Spotkania z filatelistyką: Klaser

Piotr Drzyzga

publikacja 28.07.2025 11:57

Albo inaczej: stówka. Bo tyle zwykle żąda się na rozmaitych targach staroci za klaser pełen znaczków.

Spotkania z filatelistyką: Klaser Klasyczny klaser. Właśnie na takie trafiamy najczęściej w antykwariatach i na targach staroci. Lerdsuwa / CC-SA 3.0

PRL-owskich, NRD-owskich, radzieckich, czechosłowackich… - zwykle takie znajdziemy w środku. Bo takie to też były czasy. Takie „trendy” i kontakty.

Wielu roi sobie, że przechowywany gdzieś na strychu klaser po dziadku watr będzie fortunę. Albo, że znaczki, niczym wino, im starsze, tym bardziej zyskują na wartości. Nic bardziej mylnego.

Potwierdziła to niedawna aukcja o której informował - nawiasem mówiąc bardzo fajnie prowadzony - facebookowy profil „Ładne znaczki”. Otóż za trzy klasery, w których znajdował się komplet polskich znaczków pocztowych z lat 1944-1967, zapłacono około 5000 zł. Dużo to, czy mało?

5000 zł piechotą nie chodzi, ale gdy podzielimy tę kwotę przez ilość lat z których pochodziły znaczki, wychodzi że za jeden rocznik zapłacono nieco ponad 200 zł. Czyli znacznie mniej niż za abonament (a więc wszystkie nowe znaczki) np. z roku 2024, czy 2023.

Zaglądam do jednego z filatelistycznych sklepów internetowych. Rocznik znaczków z 1962 (komplet czystych) – 60 zł. Z 1963 – 65 zł. Z 1964 – 40 zł… Czyli akurat za te roczniki, które były we wspomnianych, licytowanych klaserach, zwycięzca aukcji mocno przepłacił.

Sporo jest na rynku takich właśnie klaserów. Kompletów. Ale przyznam się Państwu szczerze, że ja za takimi, oraz taką strategią/filozofią zbierania, nie przepadam. Znacznie bardziej podobają mi się klasery tematyczne.

Ktoś zbierał ryby, ktoś inny żaby, a jeszcze komuś innemu najbardziej podobały się np. samochody. I nie ważne z jakiego roku, czy z jakiego kraju – ważne, żeby wizualnie wszystko grało.

W jednym miejscu róże, w innym tulipany, a dalej kaktusy. A może lepiej kolorystyczne? Najpierw kwiaty żółte, potem czerwone, a dopiero na końcu fiolet, pomarańcz, czy róż.

Takie klasery „żyją”. Mienią się barwami i koncepcjami. Do takich zagląda się z największą przyjemnością. A i naprawdę dobrze zbiera się w ten sposób. Zwłaszcza od czasu, gdy mamy do dyspozycji klasery segregatorowe.

Nie trzeba już przekładać dalej znaczków z tygrysami, bo lwów nam się namnożyło i co tu teraz z tymi nowymi zrobić? Wystarczy dołożyć jedną nową kartę lub dwie i spokojne można kolekcjonować dalej.

Zabawa trwa.

*

Tekst z cyklu Spotkania z filatelistyką