Język jak wino

O dobrych i złych przemianach w języku polskim z prof. Walerym Pisarkiem rozmawia Piotr Legutko

Piotr Legutko: Panie Profesorze, jak Pan ocenia obecne pokolenie młodych ludzi studiujących dziennikarstwo?

Prof. Walery Pisarek: – Nie było takich beznadziejnie słabych, jak są teraz. Ale zarazem nie pamiętam tak dobrych. To zresztą typowe dla dzisiejszych Polaków, w większości dziedzin różnice między nimi są większe niż kiedykolwiek. Zarówno pod względem zamożności, jak i poziomu wiedzy czy ruchliwości społecznej, a także znajomości ortografii. Staliśmy się krajem wielkich kontrastów. Studentów ta prawidłowość też nie omija.

Ale czy cechą dominującą nie stał się wśród nich problem ze swobodnym porozumiewaniem się językiem polskim, szczególnie w mowie? Wszyscy dziś piszą, nikt nie czyta. I nie rozmawiamy ze sobą, tylko się „komunikujemy” (od słowa „komunikator”).

– Krótko mówiąc: komunikatorzymy sobie. To trafna obserwacja, choć nie brak osób niezwykle wymownych, ale paradoksalnie bardzo źle mówiących. Zwłaszcza jeśli idzie o wymowę. Za mały nacisk kładzie się na to – podobno z braku czasu – zarówno w szkole, jak i na studiach. Mówi się teraz bardzo szybko i niestarannie. To także mój główny zarzut dotyczący wielu dziennikarzy pracujących w mediach elektronicznych, choć i tak oni wypadają nieźle na tle osób występujących w programach typu talk-show, nie wyłączając aktorów. Coraz trudniej o Łapickich, Radziwiłowiczów, Globiszów.

A to właśnie media, zwłaszcza publiczne, powinny kształtować językowe normy. Może zbyt pochopnie zrezygnowano z wymogów posiadania kart ekranowych uprawniających do prowadzenia programów w TVP?
– To był bardzo istotny warunek występowania przed kamerą telewizji publicznej, powiedziałbym, wręcz niezbędny i wielka szkoda, że już się go nie egzekwuje. To samo dotyczy karty mikrofonowej dla pracowników Polskiego Radia. W efekcie nawet ci, kiedyś dobrzy językowo, stają się gorsi, nie przykładają należytej wagi do swojej wymowy. Mniej się nią przejmują, stają się bardziej pewni siebie i przez to nonszalanccy. Celowo nie wymieniam nazwisk, bo jestem przeciw bełkotliwości wymowy, a nie przeciw konkretnym dziennikarzom.

Teraz liczy się co innego: naturalność, luz, swoboda, a mniej językowa poprawność czy elegancja.

– Nie zwraca się uwagi na bylejakość, bo też i sam odbiór nacechowany jest bylejakością. Ogląda się audycje telewizyjne za pośrednictwem nie tylko komputerów, ale np. smartfonów. I już tego nie zmienimy, także dlatego, że za dwadzieścia, trzydzieści lat prawie nikt już takiej telewizji, jaką od półwieku mamy, nie będzie oglądał. Odwrót młodzieży od tego medium już się dokonał i jest to proces raczej nieodwracalny.  

Niechlujność zbiega się z gubieniem uroku polszczyzny, tego, co nawet w pisowni różni ją od angielskiego.

– Ale to nie publiczność naśladuje pod tym względem ludzi mediów, jest na odwrót. Bylejakość potocznej polszczyzny niestety przeniknęła do telewizji. Gdy rozmawiam z kimś ze swego środowiska, mogę sobie pozwolić na mniej staranną wymowę, bo i tak będę rozumiany. Natomiast w kontaktach z innymi taka nonszalancja prowadzi do kłopotów w komunikacji. Dotykają one zwłaszcza starszych ludzi, mających coraz większy problem ze zrozumieniem, co się mówi w mediach, podobnie jak w środkach transportu. Mój znajomy, który powrócił po kilkudziesięciu latach pobytu w Afryce Południowej, niedawno jechał pociągiem w towarzystwie młodych ludzi i nie był w stanie ich zrozumieć, głównie ze względu na – jak mu się przynajmniej wydawało – szybkość mówienia. W dodatku został zagadnięty przez stewardesę, czy chce kawę, herbatę czy napój. Opuszczając przed laty Polskę, był przekonany, że kawa i herbata też są napojami.

Czy jesteśmy jeszcze wspólnotą językową, czy też w Polsce mówi się różnymi językami, w zależności od środowiska, wieku, regionu?

– To był temat debaty podczas spotkania w Pałacu Prezydenckim z okazji Międzynarodowego Dnia Języka Ojczystego.  Nazywało się to spotkaniem „Polszczyzny czterech pokoleń”. Paneliści reprezentowali pokolenia międzywojenne, powojenne, dziwaczne „pokolenie X”, które zbudowało nam III RP, i to obecne, milenijne. Zdania były różne, ja mówiłem, że wyraźnych granic językowych między pokoleniami nie widzę. To wciąż ten sam, nasz wspólny świat polszczyzny. Jako dowód podałem, że młodzi ludzie z własnego wyboru śpiewają utwory poetów urodzonych przed I wojną światową.  Staram się nie patrzyć na polszczyznę podzieloną na języki, podjęzyki i różne ich odmiany jako osobne systemy. Wolę ją widzieć jako jeden wielki ocean wyrazów i form gramatycznych, różnie nacechowanych, budzących różne skojarzenia i emocje. Z taką wizją języka traktuje się jako całkiem normalne to, że młody człowiek na Facebooku używa zupełnie innych słów niż w rozmowie z dziadkiem. Ze swojego zasobu bierze to, co akurat jest mu potrzebne. A i dziadkowi polszczyzna młodych nie jest całkiem obca. Natomiast najmłodsze pokolenie gubi słowa i formy gramatyczne zapisane w literaturze z powodu tego, że dziadkowie już ich nie używają. Odkrywam to, gdy człowiek po maturze pyta mnie: a co to są lice (bielsze od mleka). Albo kiedy pytam moich studentów: co to znaczy drzewiej? A oni odpowiadają: stawaj się drzewem. Onegdaj nie znaczy dla nich ‘przedwczoraj’, ale w ogóle ‘dawniej’. A samotrzeć? A półtrzecia dnia? Nikt nie wie, a przecież Trylogię czytali.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie