Zaciemnienie

O spóźniającym się Bogu z trapistą o. Michałem Zioło rozmawia Marcin Jakimowicz.

W nocy z 26 na 27 marca 1996 roku islamscy terroryści wywlekli z klasztoru w algierskim Tibhirine siedmiu mnichów. 56 dni uwięzienia i sama chwila ich śmierci okryte są tajemnicą. Głowy mnichów znaleziono w worku na drzewie. Opowiadający tę historię film „Ludzie Boga” obejrzały aż 3 miliony Francuzów.

Marcin Jakimowicz: Łatwo okrzyknęliśmy zamordowanych mnichów „męczennikami”. Ojciec bardzo się wzbraniał przed takim martyrologicznym szufladkowaniem. Dlaczego?

O. Michał Zioło: – Bo próbowałem odszyfrować testament przeora z Tibhirine, Christiana de Cherge, dokument bardzo osobisty, pisany językiem intymnym, ale przecież będący własnością i drogowskazem całej wspólnoty. Tak – odszyfrować, czyli nie zatrzymywać się tylko na tym, co jest napisane, ale drążyć dalej i pytać, dlaczego jest to napisane. Zajęcie pasjonujące, poruszające do ostatniego włókna duszy i ciała, a zarazem przywracające chłodne myślenie i niezwykły dystans wobec najbardziej pobożnych etykiet, tytułów i bezdyskusyjnych „zakwalifikowań”. Proszę mnie dobrze zrozumieć, bo w innym wypadku wyjdę na jakiegoś kanonistę samozwańca, zadufka wariata, który nadaje i cofa tytuły – temu damy w brewiarzu tytuł „ pasterza”, ale nie „męczennika”, bo są ku temu następujące powody etc. Nie! Jestem przekonany, że Christian jako chrześcijanin i bardzo dobry literat (!) chciał zostawić dokument osobisty, ale w konwencji starożytnego kościelnego przekazu, żeby „osobistość” nie zatłukła Chrystusowego świadectwa. Jak każdy święty miał wzór w postępowaniu naszego Pana i On był najważniejszy, żeby się wykonało, żeby było przebaczone i żeby nikt nie rozsiewał już nienawiści, żeby świadomie i dobrowolnie oddać życie za przyjacioły swoje, w tym za mordercę – przyjaciela ostatniej minuty, żeby oczekiwać wszystkich bez wyjątku w domu Ojca, w którym jest mieszkań wiele. Christian pragnął być jak Chrystus, jego Mistrz – kochać ziemię, która została mu dana za mieszkanie, być jak inni, być dla nich „uniwersalnym bratem”, dzielić ich smutki i strapienia, zagrożenie i ich gwałtowną śmierć, nie mieć nawet własnego grobu, być z nimi do końca, być jak oni, ci najubożsi, ci wyśmiani przez władzę, wojsko, policję. Jak ci, co nie mieli gdzie uciekać przed śmiercią. Czy wygląda to na kaprys francuskiego paniczyka, który ubzdurał sobie, że jest Algierczykiem?! Christian po prostu kochał Jezusa ponad wszystko i wiedział o Nim wiele, bo miłość to poznanie przecież! A skoro tak, to widział i ten moment: kiedy Jego własny Ojciec nie przyznał się do Niego jako swego umiłowanego Syna. I to wszystko dla nas...

Christian – tak się domyślam, medytując tekst testamentu – chciał uniknąć nawet najświętszych „tytułów”, bo wiedział, że chętnie użyjemy tego do kolejnego dzielenia ludzi. I sprawa całkiem banalna i nie mistyczna – Christian był też Francuzem, wiedział, ile strasznych ran zadała Francja jego ojczyźnie z adopcji, ilu zdrad się dopuściła. Nie mógł nie pamiętać paryskiej masakry Algierczyków z 17 października 1961 roku, kiedy to policja pod rozkazami prefekta Maurice’a Popona, znanego z czasów okupacji łowcy Żydów, rozbiła pokojową manifestację popierającą algierską niepodległość, spychając bezbronnych ludzi w nurty Sekwany! Myślę, że historia żyła w nim, i doświadczenie historyczne także. Nie chciał być pomnikiem niewinności szlachetnej i kulturalnej Francji. Zbyt dobrze znał swoich rodaków – ich niechęć do historycznych rozrachunków i mistrzostwo w zamiataniu śmierdzących spraw pod dywan.

Brat Christopher notował: „Brat Luc rzucił: »Śmierć? Mam to gdzieś, nie boję się terrorystów«. A ja... patrzę na Ciebie, Jezu. Twoje przejęcie w obliczu śmierci. Pozwalasz mi nie uważać się za bohatera, męczennika”. Trzykrotnie na spotkaniach po projekcji filmu zauważyłem, że ludzie chcą widzieć w mnichach herosów i nie zgadzają się na ich rozdarcie...

– Ludzie nie są głupi, warto się przyjrzeć z bliska ich oczekiwaniom. Pragną świadectwa. Słów mają dosyć, wiedzą z marketingowej praktyki, że słowa zachwalające produkt nie muszą być prawdziwe... Ludzie chcą ikony, chcą dotknąć rzeczywistego – jeśli jesteś cały dla Boga, poświęciłeś Mu swoje życie, to powinieneś być choć trochę inny niż my. Mnisi powtarzają za św. Benedyktem, że są żołnierzami Chrystusa. Jeśli tak, to nie ma dyskusji, taryfy ulgowej i puszczania oka. Nie można zwołać konferencji prasowej, rozebrać się z habitu do cywilnych gaci i powiedzieć jak pułkownik u Gombrowicza, że nam się odwaga w strach przemienia i że już nie kochamy, koniec kropka i jedziemy na wakacje. Ludzie powiedzą nam prosto: „Ty oszuście”. Choć też dodadzą: „Masz prawo, twoje życie, twoja sprawa”. I to też jest racja. Jeśli mówię: „Nie wolno”, to nie w imię podtrzymywania tzw. dobrego imienia Kościoła, fasady, obrywającej się zasłonki. Chodzi o to, żeby dać Bogu szansę! Ojcowie pustyni radzili mnichom, którzy znaleźli się w bardzo ciężkich terminach, żeby nie uciekali, żeby spali, jedli, robili cokolwiek, ale żeby się nie włóczyli, nie rezygnowali, siedzieli w celi. Mówi się, że ludzie będą chcieli tego samego, co ludzie Boga, jeśli ujrzą piękno sprawy Bożej – czyli konkret, owoc przyjaźni z Bogiem. Nie tajemniczą, bezcielesną pustkę. To piękno tworzą dla nich również strach i rozdarcie Christophera, jego ucieczka, ale nade wszystko powrót i pójście ze wszystkimi na śmierć. Bardzo ich interesuje ta przemiana, bo widzą go najpierw rozdartego, a potem na ringu ostatecznej walki. Myślą: no więc może Bóg nie jest aż tak daleki i tak obojętny, jak myśleliśmy? Choć oczywiście są i tacy, którzy mają i Jezusowi za złe agonię w Getsemani, bo co ludzie pomyślą! Nie o Jezusie, ale o nas, którzy zaszczycili swoją obecnością Kościół.

Na długo po projekcji filmu w uszach pulsuje bezradny krzyk o. Christophera: „Uratuj mnie!”. Katolik nad Wisłą raczej nie krzyczy w czasie modlitwy. Poczyta o Bartymeuszu, ale sam jakoś nie ma odwagi…

– Może jednak krzyczy, ale bez świadków? Kto to wie... Może krzyczał, ale później miał przeprawę z antyterrorystami, bo zaniepokojony sąsiad wezwał… Odwagi raczej mu nie brakuje, ale to praktyczny umysł i woli pokrzyczeć „na” niż „do”. Na przedstawicieli Boga, bo pod ręką, w domu na kobietę (kobieta chce, Bóg chce), a w internecie na księdza, bo ogólnie męczący i gorszący. W parku na przedstawicieli natury, która niesprawiedliwie rozdzieliła talenty w firmie, no, oprócz rozumu oczywiście – więc dostaje się kotu, psu i wiewiórce, bo co jej tak wesoło. Poza tym Polak ma doskonale rozwiniętą orientację i już z góry wie, kto zawinił, kto jest przyczyną jego nieszczęść i gdzie czai się wróg – też pod ręką, oczywiście. Nie ma więc potrzeby odwoływać się do Najwyższej Instancji. Polak raczej nie lubi siebie, wstydzi się siebie, umiera na myśl, że mógłby się skompromitować, stać się przedmiotem żartów, on – właściciel cudownie opanowanego mentorskiego tonu, on, który zna się na wszystkim, on, który reprezentuje sławne, ale nieszczęśliwe plemię i ma zadziwić świat, oczywiście wstrzymujący oddech. A pokrzykiwanie do Boga jest jakieś takie, no, nienormalne, niepoważne. Nie zapominajmy, że Polak-katolik jest pod spodem też trochę niewierzący, dlatego lgnie do dużych zgromadzeń, które go niosą, z których czerpie siłę, które go reprezentują oficjalnie przed światem. Indywidualnie raczej z Bogiem się nie spotyka. Nie lubi krępujących sytuacji sam na sam.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • To już było
    28.01.2013 11:06
    Droga redakcjo mam wrażenie że to już gdzieś czytałem.Pan Marcin już dawno nic nowego nie zrobił :)
  • Viator
    28.01.2013 13:30
    Przepiękne. Takie inne. Trudno mi znaleźć słowa, ale inne. Zanurzone mocno w Bogu, a nie tylko wskazujące gdzie Bóg jest....

    Dzięki :)
  • dinozaur
    29.01.2013 19:58
    Już dawno nie czytałam tak fascynuącego tekstu!Ojcze Michale pięknie dziękuję za te słowa,dla mnie bardzo inspirujące i dające wiele do myślenia.Czasem krzyczę na mojego BOGA,wadzę sie z NIM,ale ufam MU bezgranicznie.Ojciec dodał mi odwagi.Po przeczytaniu wywiadu utożsamiam się ze słowami Ojca i cieszę się,że jest KTOŚ kto wypowiedział to,co myślę i czuję!Serdeczne dzięki.Super tekst!
  • Ewa
    13.02.2013 15:02
    Dzięki za te słowa. Szczególnie za Pandę- pasuje do mnie jak ulał. Całe życie myślałam, że to mój krzyż bycie taką pandą a okazuje się ,że to błogoslawieństwo.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie