Cuda i anioły

– Wyszedłem na ulicę i wpadłem na dzieciaki wąchające klej – opowiada Sławek. „Daj mi coś”, błagały po kolei. Dał. Razem z Basią morze miłości. Kiedy sami prosili, też dostali… zdrowe dziecko. – To był cud wymodlony przez Jana Pawła II – mówi Basia.

Nie chcieli z Basią o sobie mówić. Naciskałam. – Wszystko, co robimy jest zwykłe, naturalne. Nie ma potrzeby się tym chwalić – tłumaczył mi długo Sławek Wichary. Sławka i Basię poznałam na kolędowaniu u przyjaciół. Blisko 40 osób w napięciu czekało na przyjazd… „Aniołów”. Basia, figielki w oczach, zadbana, o pięknym głosie. Czuliśmy wibracje nieba, kiedy śpiewała. Sławek z pełnym dobra uśmiechem. I córeczki: Weronika i Zosia. „Anioły” – niebiańska ksywa jak lustro odbija ich życie. Klej i cuda Poznali się jako wolontariusze w Domu Aniołów Stróżów na katowickim Załężu. Ona psycholog, on po pedagogice. Zakochali się w sobie. I pomaganiu.

Był rok 1993. Na katowickim Załężu dzieci pałętały się po ulicach.

Choć wizerunek dzielnicy zmienia się, wisi wciąż nad nią niesłuszne piętno. Bo bezrobocie, bieda, rozlatujące się familoki, przestępczość... Na ulicach parujące denaturatem oddechy mężczyzn. Sławek: – Jako wolontariusze zaczęliśmy się spotykać w mieszkaniu ciotki jednego z dzieci. Była pijana, nie wiedziała, że jesteśmy. Kilkoro starszych dzieci stało na tzw. bramce. Jak ktoś mocno na kleju był, nie wpuszczali. Taka samodyscyplina.

Jak ciotka otrzeźwiała, wyrzuciła ich z mieszkania. Basia: – Pamiętam, jak pierwszą Wigilię spędziliśmy z dziećmi na kartonach. Dzieci przybywało. Niczym pod skrzydła garnęła się setka. – Kieszonkowcy, prostytuujące się dziewczynki – dodaje Basia. – Dzieci, które chciały z kimś być. Tęskniły za miłością. Razem sprzątaliśmy, myliśmy naczynia. – Pamiętam, jak chłopczyk w pantoflach przyszedł – mówi Sławek. – Byłem w szoku. „A ty tu co?” Z domu dziecka uciekł. Po kilku latach Sławek i Basia biorą ślub. Jest czerwiec 2000 r. Basia jest w domu. Dostaje krwotoku. Traci pierwsze dziecko. Basia: – Dwunasty tydzień był. Tuż przed Bożym Ciałem. – Dokładnie 18 czerwca – przerywa Sławek.

Zapada cisza. Słychać przełykanie pachnącej wanilią kawy. Sławek zatapia się w filiżance herbaty. Rozmowie przysłuchują się ich dwie córeczki – Weronika 10 lat, Zosia 8. – Mamy braciszka w niebie – przerywa ciszę starsza dziewczynka. Na twarzach uśmiechy. – Takie miałam silne przeczucie, że to chłopczyk – mówi Basia. – Nie umiałam sobie znaleźć miejsca. Poradzić sobie. Stres zajadałam, tyłam. Praca z dziećmi mobilizowała mnie. Rok 2001. Rzym. Kadra „Aniołów” jedzie do Jana Pawła II. Pielgrzymka połączona ze szkoleniem. – Co roku jeździliśmy z dziećmi do Toskanii. Było taniej niż w Polsce, gościły nas wspólnoty. Dla tych dzieci z Załęża to jedyne dobre wspomnienia w życiu – opowiada Sławek. – Do Rzymu już tylko pracownicy i wolontariusze jechali. Naładować akumulatory. Audiencja. Aula Pawła VI.

Cały zespół miał podejść. Nie udało się. Nagle ojciec Hejmo podbiega: jeszcze dwie osoby do papieża. Basia rusza z koleżanką. – Uklękłyśmy i zamarłam. Nie umiałam nic wyrzucić z siebie. Płakałam i płakałam. Miałam w głowie tylko jedno: prosić o modlitwę o dziecko. Myślałam o tym intensywnie. Spojrzałam w błękitne oczy ojca świętego i płakałam. Krótko po powrocie… Basia jest w ciąży. – Ale cud dopiero się wydarzył. Weronisia w piątej dobie miała niepokojące drgawki. Lekarze coś podejrzewali. Zaczęły się szarpanina, nerwy, diagnostyka. Nawet w Warszawie. Mieszkaliśmy tygodniami w akademiku przy Centrum Zdrowia Matki, bo w szpitalu nie było miejsca. Pamiętam, to było w czasie pielgrzymki Jana Pawła II do Polski. Łagiewniki. Przez radio słuchałam całą dobę. I Magda Anioł zaśpiewała wtedy „Zaufaj Panu już dziś”. Tonęłam we łzach. Modliłam się: „Panie, już ją mam, proszę, żeby była zdrowa”.

W szpitalu padła trudna diagnoza. Potrzebne były leki, które mogły uszkodzić układ nerwowy Weronisi. Ktoś powiedział: odstawcie to. I odstawili. Wbrew lekarzom. Znowu badania i… Weronisia była zdrowa. Bez śladów choroby. Lekarze nie wierzyli. Basia: – Dla mnie to cud. Ja wiem, że Jan Paweł II się za mnie od tej audiencji modlił. Podziękowałam mu osobiście, po jego odejściu. Bułka – Pomyślałam wtedy, że skoro dostałam zdrowe dziecko z powrotem, to nie tylko mogę, ale muszę dalej pracować dla tych z ulicy. Bo gdyby Weronisia była chora, musiałabym jej poświęcić cały czas – mówi Basia. – Dostaliście, dawajcie. To, że pomagam, to przywilej. Weronisia i Zosia uśmiechają się.

W czasie naszej rozmowy Zosia czyta przypowieść o miłosiernym Samarytaninie. Weronisia przewraca karty ze świętymi. Dziewczynki mają świadomość trudnej pracy rodziców. Jakby ocierają się o ten inny wymiar życia. – Raz tylko Weronikę na wizytę wzięłam. Ale byłam pewna, że nie zastanę w domu bójki. Raz Ania, córeczka pijącej matki, spała u nas – mówi Basia. – To też szkoła miłości dla dzieci. – Pamiętam, jak kiedyś wyszedłem na ulicę i wpadłem na dzieciaki wąchające klej – opowiada Sławek. – „Daj mi coś, daj”, błagały. Nie zapomnę tej sceny. Prześladowała mnie. A przed tygodniem puka dziewczyna. „Przyszłam panu powiedzieć, co u mnie słychać”. Trafiła do mnie do MOPS-u jedna z dawnych podopiecznych. W pięć minut wyrzuciła z siebie życiorys. I poszła. To jest świetne. Dostajesz skrzydeł, wiesz, po co ta praca – dorzuca Sławek.

Basia: – Praca pozwala mi żyć życiem innych, wielokrotnie. Gdyby nie pomaganie, nie doświadczyłabym tego. To transakcja wymienna. Ania, która spała u nas, przeszła piekło. Matka w konkubinacie, w domu wódka, ciągle policja. Konkubin siedział. Dziewczynkę odebraliśmy, do domu dziecka trafiła, potem do rodziny zastępczej. Potem matka zachorowała. Rak. I robiła wszystko, żeby połatać zerwane więzi. Starała się o Anię. Chodziłam do niej codziennie o 8 rano. Miała raka przełyku, nic nie jadła. Wchodzę raz, a na stole bułka leży. „To dla ciebie, bo ty latasz i nie masz czasu zjeść” – rzuciła oschle. Były w tym wielkie krople miłości. Wtedy zobaczyłam, że to wszystko ma sens. Wymodlone zdrowie Weroniki, trudne interwencje – bo egzorcyzmy odmawiam, wchodząc do niektórych domów. Że Pan Bóg nadał temu logikę. Jak już po ludzku nie potrafię pomóc, to mówię Bogu: „Ty to załatw!”.

Nosisz na sobie ciężary innych i swój. Swój, utraconego swojego dziecka. Nie da się zagłuszyć go pracą. Ani odciąć, jak w „Misji”, ciężaru z pleców. Ale aniołowie są wśród nas. I pomagają go nieść. Nam i naszymi rękami innym. Sławek: – Wyszliśmy na ulice. Szukaliśmy uciekinierów, wałęsających się dzieci. Basia: – Na początku był zapał i serce tylko. Z czasem zaczęliśmy włączać rozum – śmieje się. – Dziś nawet Holendrzy nas szkolą. To ciekawe, bo od nich uczymy się Ewangelii. Jeden przypomniał przypowieść o talentach.

Zapytał, czy widzimy je u tych dzieci z ulicy. Byliśmy zdziwieni, bo zwykle skupiamy się na ich słabościach. Potem zadałam jednemu dziecku pytanie: „A co ty chcesz w życiu robić? Jaki masz talent?”. Aż je wbiło w fotel. To była mobilizacja. Zaczęło w sobie dobra szukać. Dziś Basia prowadzi poradnię rodzinną. Ponad 80 rodziców i 100 dzieci przewija się rocznie. 400 maluchów angażują w akcje na ulicy. Sławek pracuje też z rodzinami zastępczymi. I w MOPS-ie. Basia: – Wierzę, że cud wymodlenia zdrowego dziecka, że pomoc Jana Pawła II pomogły nam zobaczyć w tym wszystkim inne cuda. Że nawet w bułce może być kawał miłości. Sławek: – Że 5 minut streszczenia życia przez twojego wychowanka z ulicy to też opowieść o miłości. To też cud.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie