Nie wstydźmy się wiary

O świętych i grzesznikach z włoskim piosenkarzem Al Bano

Piotr Legutko: Zacznę od komplementu. Po spotkaniu w Filharmonii Krakowskiej przez blisko godzinę podpisywał Pan książki. Nikt nie odszedł bez autografu.

Al Bano: Gdybym zachował się inaczej, nie miałbym po co wychodzić na scenę. Szacunek dla publiczności to podstawa.

Przyjęcie w Krakowie było bardzo gorące. Pewnie zdążył Pan do tego przywyknąć. Ale jak to było na początku? Co się dzieje w głowie siedemnastoletniego chłopaka, który widzi, że dziewczyny mdleją na dźwięk jego głosu

To było dla mnie bardzo dziwne doświadczenie, bo dorastałem w zabitej deskami wsi w Apulii. Tam mi się coś takiego nie zdarzało. Na pierwszych koncertach reakcje były zresztą różne, niektóre dziewczyny mdlały, inne doznawały niepokojącego przypływu energii. Ale poważnie, muzyka towarzyszyła mi w życiu zawsze, także jako rodzaj terapii. Pamiętam z dzieciństwa czas biedy, którą trudno wręcz opisać. Muzyka była wtedy czymś w rodzaju pożywienia, żyło się muzyką. I dostawało od tego pokarmu skrzydeł. Ja na tych skrzydłach szybko odleciałem z południa, z Cellino San Marco, na północ, do Mediolanu, który był wówczas stolicą włoskiej piosenki.

Podobno dopiero tam po raz pierwszy w lecie założył Pan buty…

To prawda. W Apulii przez całe lato chodziło się boso. Nie mogłem więc do tych butów długo się przyzwyczaić. Przez jakiś czas pracowałem jako prosty robotnik. Wynająłem pokoik, w którym nie było tynku na ścianach ani prądu. Miałem jedynie materac i cztery świeczki. Samotność zabijałem śpiewem. Wszystko się zmieniło, gdy w gazecie zobaczyłem ogłoszenie „Adriano Celentano szuka nowych głosów”. Oczywiście – jak to w tym wieku bywa – nie miałem wątpliwości, że to ja jestem owym poszukiwanym głosem. Stawiłem się na przesłuchanie i okazało się, że to prawda. W wieku 17 lat podpisałem swój pierwszy kontrakt.

Adriano Celentano to ktoś w rodzaju włoskiego Elvisa Presleya. Z Pana wspomnień można się dowiedzieć, że był także wychowawcą i mentorem dla młodych ludzi.

To wspaniały artysta, a jedynym jego ograniczeniem było to, że bardzo nie lubił latać. I pewnie tylko dlatego nie zrobił jeszcze większej, światowej kariery. Miałem to szczęcie, że debiutowałem w jego zespole, który był jak rodzina, zresztą nazywał się „Klan Celentano”. To człowiek głębokiej wiary i twardych zasad, które starał się i stara wcielać w życie.

Choć dla wielu bardzo kontrowersyjny. Rok temu w San Remo zaatakował media katolickie i oskarżał biskupów o mieszanie się do polityki. Wracając do Pana korzeni, w książce najczęściej pojawia się właśnie nazwa Cellino San Marco.

Paradoks polega na tym, że ja stamtąd uciekłem. I byłem pewien, że moja noga w Cellino więcej nie postanie. Przywiozła mnie tam dopiero Amerykanka, Romina Power. Od razu stwierdziła, że to idealne miejsce do życia, w dodatku przypominające jej rodzinną Kalifornię: morze, winnice, wspaniały klimat, wyborne jedzenie. I namówiła mnie, by kupić tu ziemię i zamieszkać. Blisko Boga i natury. Popełniłem szaleństwo, bo wybudowałem tu, oprócz domu, hotel, restaurację i dwa kościoły, korzystając z usług jednego architekta, który zresztą nigdy nie wystawił mi faktury. Nazywa się Albano Carissi. A kościoły są piękne, jeden zbudowany od zera, drugi odrestaurowany.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie