Mała solidarność

Jak wrócić do ideałów Sierpnia? Przez na pozór proste gesty i odbudowanie dobrych relacji między ludźmi.

Bohaterowie „Solidarności” sprzed 30 lat ujawniają się po raz kolejny. Nie wychodzą z podziemia, raczej z prywatności. Nie interesuje ich jednak polityczna kariera, nie mają recepty na walkę z kryzysem. Chcą po prostu pomagać. Swój program streszczają krótko: skoro nie wyszła nam „Solidarność” przez duże „S”, odbudujmy tę przez małe „s”. Są poruszeni sytuacją życiową, w jakiej znalazło się wielu ich „towarzyszy broni” z czasów walki z komuną. – Przez przyszłe pokolenia będziemy rozliczani z tego, jak traktujemy swoich bohaterów – mówi Piotr Fugiel, dziś przedsiębiorca, kiedyś jeden z założycieli Federacji Młodzieży Walczącej. I dodaje: na razie nie wygląda to najlepiej.

Przywrócić pamięć

Maciej Mach był w stanie wojennym filarem Tajnej Komisji Robotniczej Hutników. Przez 8 lat TKRH to byli najważniejsi ludzie w krakowskiej „Solidarności”, tyle że zakonspirowani. Zajmowali się kolportażem wydawnictw podziemnych, organizowali manifestacje, wreszcie przełomowy strajk w Hucie im. Lenina wiosną 1988 roku. Mach był wielokrotnie zatrzymywany, przesłuchiwany, skazywany. Jak wielu jego kolegów, po zwycięstwie „Solidarności” wciąż pozostał anonimowy. Choć najwięcej ryzykował, nie odcina dziś kuponów od swego kombatanctwa. Jego hasło w encyklopedii „Solidarności” jest długie, ale opis działalności po 1989 r. ogranicza się do kilku zdań. Od 2002 r. pozostaje na rencie. Rok temu Maciej Mach postanowił przywrócić pamięć o TKRH. – A jak Maciek coś już postanowi, to potem nic go nie powstrzyma. Idzie jak czołg – śmieje się Andrzej Stawiarski, dziennikarz, jeden z uczestników strajku sprzed 30 lat. I rzeczywiście, udało się. Chyba nawet coś więcej niż zorganizowanie okolicznościowych uroczystości.

Bo Mach to człowiek stworzony, by działać, organizować, pomagać. W tym przypadku tym, którzy pomagali kiedyś.

NFZ odmawia terapii

Edward Nowak ma równie długi staż w „Solidarności” co Maciej Mach. Nie jest jednak postacią anonimową. Przeciwnie. W Krakowie obok Mieczysława Gila i Stanisława Hanzlika to było najbardziej „gorące” nazwisko pierwszej „Solidarności”. W stanie wojennym ścigany, ujęty i skazany, po 1989 roku nadal na pierwszej linii. Poseł OKP, potem minister kilku różnych rządów. Klasyczny przykład państwowca, raczej menedżer niż polityk. Rok temu postanowił powrócić do korzeni, do działalności społecznej. Dlaczego? – Uświadomiłem sobie, że nasze dziedzictwo popada w zapomnienie. Wielu wspaniałych ludzi żyje w biedzie i choruje. Trzeba im pomóc – uzasadnia swoją decyzję, by włączyć się w tworzenie „Sieci solidarności”. Wraz z Maciejem Machem i kilkudziesięcioma dawnymi opozycjonistami. Zapalnikiem powołania stowarzyszenia była śmierć ich kolegi z konspiry, Edwarda Kubisiowskiego, który zmarł w listopadzie 2011 roku na nowotwór. Wstrząsem dla wszystkich była wiadomość, że NFZ odmówił sfinansowania terapii, która mogła przedłużyć mu życie. Emerytura Kubisiowskiego wynosiła 1150 zł, tymczasem terapia lecząca czerniaka kosztowała 400 tys. złotych.

Państwo nam się nie udało

Piotr Fugiel jest o pokolenie młodszy od Macha i Nowaka. W stanie wojennym roznosił paczki z żywnością rodzinom represjonowanych i uwięzionych działaczy, drukował i rozrzucał ulotki, organizował pomoc dla strajkujących w 1988 w Nowej Hucie. Budował w Krakowie struktury Federacji Młodzieży Walczącej. Jako człowiek czynu po 1990 r. rozwinął własną działalność gospodarczą. Przez 5 lat był wicedyrektorem Jednostki Gospodarczej Opactwa Benedyktynów w Tyńcu, teraz jego firma pracuje dla katolickiego wydawnictwa „Rafael”. Wyznaje, że dla niego impulsem do działania stała się historia jednego z działaczy „S”, pobitego w latach 80. przez milicję. Dziś ma zrujnowane zdrowie, jest inwalidą, trudno znaleźć chorobę, z którą nie musiałby się borykać. – Powinien brać 11 lekarstw równocześnie, ale stać go na wykupienie najwyżej trzech. Musi więc wybierać, czy dziś leczy padaczkę, czy raczej wątrobę – mówi Fugiel. Tego typu historie przekonują go dobitnie, że nie tylko państwo nie bardzo nam się udało, ale kłopot mamy właśnie z solidarnością. A ci, którzy na fali tej dużej „S” – jak śpiewał Jacek Kaczmarski – „poszli w generały”, nie zdali egzaminu.

Otworzyć dom

Rok temu, w kolejną rocznicę Porozumień Sierpniowych, na placu Szczepańskim w Krakowie stanęli obok siebie Nowak, Mach, Fugiel i wielu innych ludzi o różnych sympatiach politycznych, ale wspólnym rodowodzie. Zapowiedzieli, że chcą coś zrobić razem. Stowarzyszenie „Sieć solidarności”, (tej przez małe „s”) zostało formalnie zarejestrowane 18 kwietnia 2013 roku. Skupia na razie 123 osoby. Czym po roku od pierwszego wspólnego zdjęcia może się pochwalić? – Pomagamy w sprawach małych i większych. Przede wszystkim ludziom, którzy nie mają dziś za co żyć. Robimy dla nich paczki, organizujemy pomoc lekarską, czasem coś wyremontujemy – wylicza M. Mach. Najważniejszym projektem stowarzyszenia jest stworzenie „Domu Solidarności”, pełniącego zarówno funkcje opiekuńcze, jak i integracyjne. – Nie chcemy tworzyć jakiejś zamkniętej enklawy, gdzie dawni bohaterowie mieliby wegetować. To będzie dom otwarty, nastawiony głównie na opiekę dzienną, gdzie można nie tylko otrzymać wsparcie, ale spotkać się z ludźmi, porozmawiać, poczuć się częścią wspólnoty – wyjaśnia były lider TKRH.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie