50 tysięcy – taki incydent

Ksiądz Ryszard nie jest Ślązakiem, pochodzi z Pomorza Zachodniego. A jednak to jemu Śląsk zawdzięcza upamiętnienie w dalekim Donbasie na wschodniej Ukrainie Tragedii Górnośląskiej 1945 roku.

Kto w Polsce słyszał o wielkiej wywózce Ślązaków na Wschód w 1945 roku? O prawdziwych łapankach na ludzi, o otaczaniu z pepeszami kopalń i internowaniu wszystkich górników, którzy akurat byli na zmianie? Dzieci latami nie miały pojęcia, gdzie podziali się ich ojcowie, którzy rano jak zwykle wyszli do pracy. Żony zostawały z małymi dziećmi i zaharowywały się, żeby je utrzymać. Całe załogi zmianowe m.in. z kopalń „Prezydent” w Chorzowie i „Bobrek” w Bytomiu zostały wywiezione.

Ten chudy pan to tata

Ludzie, słysząc tak nieprawdopodobnie brzmiące na pierwszy rzut ucha historie, nieraz nie chcą w nie wierzyć. Albo podejrzewają, że dotyczyło to jakichś incydentalnych przypadków. Jednak czy wywiezienie ponad 50 tys. Ślązaków rzeczywiście można nazwać incydentem? Ta liczba jest oparta na ostrożnych wyliczeniach Instytutu Pamięci Narodowej. Dr Dariusz Węgrzyn z katowickiego oddziału Instytutu odnalazł już imiona i nazwiska ponad 25 tys. wywiezionych na Wschód Ślązaków i wciąż odnajduje kolejne. – Z powiatów bytomskiego, zabrzańskiego i gliwickiego wywieziono w zasadzie wszystkich zdolnych do pracy mężczyzn – mówi Ewa Koj, naczelnik pionu prokuratorskiego IPN w Katowicach. Te powiaty należały przed wojną do Niemiec. Jednak Sowieci wywozili też, choć na nieco mniejszą skalę, ludzi z polskiej części przedwojennego Śląska. Dlaczego? Bo potrzebowali niewolników do swoich kopalń. Traktowali Ślązaków z założenia jako Niemców i uznali ich za żywe reparacje wojenne. W bydlęcych wagonach do Donbasu, Kazachstanu i innych przemysłowych miejsc na Wschodzie jechali więc nawet śląscy żołnierze Armii Krajowej. Na przykład akowiec Maksymilian Chrobok, dzięki którego energii w czasie przejścia frontu została uratowana przed zatopieniem kopalnia „Knurów”. Wywieziono go na Kaukaz. Ci, którzy wrócili, wyglądali jak obciągnięte samą skórą szkielety. Zdarzało się, że nie poznawali ich nawet najbliżsi. Własne dzieci na ich widok szły zawiadomić mamę, że przyszedł jakiś „cudzy chop”, taki dziwny, bo chudy i obdarty. Domownicy nie poznali np. wracającego z wywózki ojca Jana Wieczorka, biskupa seniora z Gliwic. Sytuacja wyjaśniła się dopiero, kiedy przyszła żona wywiezionego.

Na zawsze uwolnieni od głodu

Ten temat był jednak w Polsce kompletnie nieznany. Nic o nim nie wiedział też ks. Ryszard Karapuda. Ze zdumieniem wysłuchał więc rodzinnej historii jednego z jego współbraci. Ks. Antoni Tomala, rodem z Sośnicy (dziś to dzielnica Gliwic), który był wykładowcą w seminarium księży chrystusowców, opowiadał studentom o swoim wywiezionym ojcu. Ks. Ryszard słuchał więc zdumiony, że z samej tylko kopalni „Sośnica” na Wschód zostało wywiezionych siedmiuset górników. Wśród nich był Paweł, ojciec księdza Tomali, oraz jego dwaj bracia. Zadzwoniliśmy do Częstochowy, gdzie mieszka teraz ks. Antoni, żeby też poznać tę historię. Okazuje się, że na początku 1945 r. Sowieci wydali mężczyznom z Sośnicy nakaz stawienia się do pracy przy kopaniu rowów. Praca miała trwać trzy dni. – Miałem wtedy 1,5 roku. Z opowiadań wiem o przeczuciach taty, że nie chodzi tylko o trzy dni. Spróbował się ukryć: poszedł do krewnych do Kończyc, na polską stronę przedwojennej granicy, skąd wywózek było mało. Niestety, nikogo z krewnych nie zastał, więc wrócił do Sośnicy – powiedział nam ks. Antoni Tomala. – Ostatecznie wziął ze sobą różaniec, książeczkę do nabożeństwa i zgłosił się – dodał. Razem z innymi mieszkańcami Sośnicy Paweł trafił do łagru w Donbasie w Ukraińskiej Republice Sowieckiej. Każdej doby Ślązacy przez 12 godzin pracowali na dole w kopalni. Sowieci uważali ich wszystkich za „Germańców”, choć byli wśród nich Ślązacy poczuwający się zarówno do niemieckości, jak i do polskości. Paweł, urodzony w 1906 roku, poznał swoją żonę Anastazję właśnie w polskiej kongregacji mariańskiej. Choć byli obywatelami Rzeszy, brali udział w polskich pielgrzymkach (bo były też z parafii pielgrzymki niemieckie) na Górę św. Anny i do Wambierzyc. W obozie Ślązacy nie byli na szczęście traktowani źle. Od pewnego momentu mogli nawet sami chodzić po okolicy. Doskwierał im jednak straszliwy głód. Byli też wycieńczeni bardzo ciężką pracą. Kiedy przychodziła jakaś choroba, ich osłabione organizmy nie miały sił jej zwalczyć... Jak zapisał inny wywieziony do Donbasu Ślązak, Alojzy Widera, też z Sośnicy pod Gliwicami – mąż i ojciec, który przez cztery lata niewolniczo pracował na kopalni „Ananienka” pod Krzywym Rogiem: „Moi koledzy padali wokół jak muchy, na zawsze uwolnieni od głodu”.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • Klio
    06.11.2013 16:28
    A kto w Polsce słyszał o wielkiej współpracy Slązaków z wkraczającymi do Polski Niemcami w 1939 r. (w gnębieniu Polaków, swych sąsiadów, bywali gorliwsi od samych Niemców), albo o zaprzedaniu się Górali Niemcom (Goralenvolk).
  • luk
    06.11.2013 19:49
    A kto wskazywał kogo mają zabrać? Ruscy nie znali niemieckiego - to były polskie łapanki w odwecie za przegraną wojnę . Podobnie kto zawiadywał "obozem pracy " e Zgodzie? może Japończycy?
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie