Biją!

Kto bije w Krakowie? Wisła? Cracovia? Nie! Dzwonnicy Zygmunta.

Andrzej Bochniak dotarł na Wawel na rowerze. Jak zawsze. Pozostawił za sobą zmarznięty, zasnuty mgłą, smacznie chrapiący Kraków. Zza solidnych drzwi katedry sączy się łacińska liturgia. Pan Andrzej mija groby królów i maszeruje do zakrystii. Bierze do ręki talię specjalnie wydrukowanych kopert. „Uroczystość Wszystkich Świętych. Królewska Katedra na Wawelu. Dzwonnik odpowiedzialny: Andrzej Bochniak”. Do każdej wkłada symboliczne „podzwonne”, ok. 30 złotych. Tradycja nakazuje – uśmiecha się – by tuż po dzwonieniu skonsumować tę symboliczną wypłatę w jednej z krakowskich kawiarni. 9.15.

Za pół godziny rozpoczyna się wielkie dzwonienie. Pan Andrzej zaczyna żwawo wdrapywać się po 68 drewnianych stopniach. Jest dzwonnikiem od 32 lat. Powołany na zaszczytną funkcję „mechanika dzwonu” zna Zygmunta od podszewki. Potrafi po samym dźwięku zdiagnozować wszelkie choroby i niedyspozycje sędziwego pacjenta.

Elita

Uf! Wreszcie mogę popatrzeć sobie na Kraków z góry. Za oknami puściutkie ulice skąpanego w listopadowym słońcu miasta, setki kamienic przygotowujących się powoli do snu zimowego. Pod dzwonem zbiera się dwunastu mężczyzn. Dzwonnicy Zygmunta to niezwykle zżyta ekipa. Elita, w której skład wchodzą naukowcy, dyrektorzy urzędów, prezesi firm. Obecnie jest ich około trzydziestu. „Parszywa dwunastka” – prycha ze śmiechem jeden z dzwonników. A może „Dwunastu gniewnych ludzi?” – dopowiada jego kolega. Nic z tego! W przeciwieństwie do bohaterów filmu Lumeta mężczyzn na Wieży Zygmuntowskiej łączy jedno: ogromna pasja. Żadnego zmęczenia materiału, dyskretnego ziewania. W czasie rozmowy z dzwonnikami niebezpiecznie jest rzucić od niechcenia imię Zygmunt. Ożywiają się i z płonącymi oczyma opowiadają o kolosie z Wawelu, a po godzinie okazuje się, że dopiero zaczynali się… rozkręcać. Przykład? – Niezwykłe dzwonienie związane jest z datą 31 października 1918 roku. Opisał je znakomicie Karol Estreicher – opowiada Witold Szczygieł (nauczyciel historii i WOS-u, szef Muzeum Ślusarstwa w Świątnikach Górnych – wsi, której mieszkańcy mieli przywilej służenia w katedrze na Wawelu). – Do Krakowa wchodziło wojsko polskie. Austriacy nie chcieli oddać miasta bez walki. Czekali na rozkazy. Gdy Polacy podchodzili od strony Podgórza i wkraczali już na ulicę Krakowską, odpowiedzialni za dzwonienie mieszkańcy Świątnik pobiegli z tą informacją do proboszcza na Wawelu. Ten zarządził krótko: „Jak nasi wchodzą – dzwonić w Zygmunta!”. Gdy mieszkańcy Krakowa usłyszeli potężny znajomy głos dzwonu, tłumnie wylegli na ulice i wnieśli wojsko polskie na rękach. Aż na sam Rynek. Austriacy byli bezradni, nie chcieli strzelać do ludności cywilnej. Stanisław Estreicher opisuje, że był wówczas na wagarach. Na Rynku nagle napatoczył się na ojca – Karola. Ten ściągnął pas i przyrżnął synowi w tyłek: „Nie dlatego, że jesteś na wagarach, ale po to, byś ten dzień zapamiętał do końca życia”. Dzwonnicy wybuchają rubasznym śmiechem.

Uwaga! Nadlatuje serce

Pod dzwonem panowie ściągają kurtki, zakasują rękawy. Nad nami wisi najsłynniejszy polski dzwon. Nie jest największy w Polsce, a jednak to nie o dwóch gigantach z Lichenia śpiewa cały kraj. „Dopóki na Wawelu Zygmunta bije dzwon, tak długo (tu wpisz nazwę ukochanej drużyny) wygrywać będzie wciąż” – słychać na stadionach sparafrazowaną krakowską pieśń. Kilka danych z dowodu osobistego? „Imię: Zygmunt. Miejsce zamieszkania: Kraków. Data odlania: 1520 rok. Fundator: Zygmunt I Stary. Ludwisarz: Hans Beham z Norymbergi. Średnica: 2,42 m, Wysokość: 1,99 m. Znaki szczególne: płaskorzeźby św. Zygmunta i św. Stanisława, godła Polski i Litwy oraz inskrypcja: »Bogu Najlepszemu, Największemu, Dziewicy Bogurodzicy i świętym patronom swoim, znakomity Zygmunt, król Polski, ten dzwon godny wielkości umysłu i czynów swoich kazał sporządzić Roku Pańskiego 1520«”. Jeden z dzwonników odbezpiecza serce dzwonu. Jeszcze pięć minut, trzy, jedna... „Na stanowiska!” – pada krótka komenda. Gigant poruszany siłą mięśni dwunastu mężczyzn budzi się z drzemki i zaczyna miarowo kołysać. W końcu wydaje z siebie potężny dźwięk. Przy dobrej pogodzie słychać go na odległość 30 kilometrów! Powietrze drży, ponad deski wzbija się tuman kurzu. Żadnej komputeryzacji, diod, deski rozdzielczej. 365-kilogramowe serce dzwonu co chwila przelatuje tuż na głowami kłaniających się do ziemi mężczyzn. Góra, dół, góra, dół. Wyprost, skłon. To praca wymagająca zręczności i precyzji. Lina ma 12 metrów, jest złożona w pół. Każdy nieumiejętny ruch może spowodować, że owinie się wokół ciała i porwie dzwonnika w górę. Zdarzały się takie wypadki. Andrzej Bochniak staje pośrodku. Przymyka oczy, nadstawia uszu i zaczyna nasłuchiwać. Wyłapie każdy fałszywy ton. – Czy nam nie dzwoni w uszach? Nie!

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • gr3
    08.12.2013 18:25
    "w czasie dzwonienia jego masa ze względu na siłę odśrodkową rośnie niemal trzykrotnie"

    "wilgoć sprawia, że zdarza mu się nawet przybrać sto kilogramów"

    Szczerze mówiąc, nie wiem jak to skomentować... Ręce opadają :(

    Prawo zachowania masy jest jednym z najbardziej elementarnych praw, ale w Krakowie nie obowiązuje. O higroskopijności metali to już chyba byłoby zdecydowanie za skomplikowane...
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie