Jak pani widzi, żyję

Walce Straussa zawsze wyłączam – mówi Zofia Posmysz, która przeżyła 3 lata w hitlerowskich obozach koncentracyjnych. – Coś robię, a tu z radia wyskakuje Strauss i natychmiast jestem tam. Już nie cierpię, ale widzę tamtą scenę, orkiestrę, słyszę krzyki na rampie.

Swoją pierwszą, opublikowaną w „Głosie Ludu” notatkę o procesie toczącym się przeciw esesmanom oświęcimskim podpisała nie nazwiskiem, ale obozowym numerem 7566. – Tego się nie da zetrzeć? – pytam. – Niektóre koleżanki usunęły numery chirurgicznie – odpowiada. – A z duszy? – To niemożliwe. Pewne przeżycia – nie tylko te złe, ale i bardzo dobre – są tak utrwalone w pamięci, że się żyje nimi do końca, a to była część życia z niczym nieporównywalna, proszę pani.

Koszule i liście

– To było niewyobrażalne zło, ostateczne upodlenie człowieka – bardziej psychiczne niż fizyczne – opowiada. – Czułyśmy się upokorzone, kiedy esesmanka przychodząca liczyć naszą kolumnę, zaciskała nos palcami, powtarzając: „Ależ wy śmierdzicie”. Kobiety przecież cierpiały dodatkowo z powodu miesiączki, a nie było żadnych podpasek. Niektóre darły koszule, ale na ile miesięcy mogła starczyć jedna koszula? Niektóre, pracujące w polu, próbowały używać liści łopianu, ale co łopian mógł pomóc? Pamiętam taki incydent – wycinałyśmy w stawie trawę i wynosiłyśmy ją na tragach na brzeg. Jeden ze strażników eses- manów, gdy zobaczył, jak mojej towarzyszce strugami ciekła krew po nogach, odwrócił się ze słowami: „Co za świństwo”. Powiedział to z obrzydzeniem, ale odczułam w tym również współczucie. Wiele z nas miało biegunkę, bo jadło się wszystko, co znalazło się w polu: jagody, nawet surowe ziemniaki, wszystko, co można było przełknąć. Zresztą biegunkę powodowało również codzienne wyżywienie. Do latryny było daleko, nieraz trudno było zdążyć. – Jak pani to zniosła? – pytam. – Jak pani widzi, żyję. Człowiek nie ma pojęcia, ile może znieść.

Drugiego dnia

Do KL Auschwitz-Birkenau trafiła jako 19-latka. Aresztowali ją 15 kwietnia 1942 r. w Krakowie, posądzając o kolportaż ulotek. Po sześciu tygodniach śledztwa w więzieniu gestapo przy ul. Montelupich została zesłana do Oświęcimia. – Niezbyt się zmartwiłam, słysząc, dokąd nas wiozą, bo to znaczyło koniec przesłuchań na gestapo – mówi. – Jak tam było? – pytam. – Bili, kopali… Ojoj, dziecinko, o co pani pyta!? Ci, którzy przeżyli, często wychodzili kalekami. Rzeczywistość obozowa okazała się inna, ale równie straszna. Już następnego dnia pognali nas w pole. Dookoła wysiedlono wszystkich rolników i teren zarekwirowano dla obozu.

Ziemia w Oświęcimiu jest bardzo tłusta, to tzw. ciężka gleba. Zaorane poprzedniego roku skiby skamieniały. Musiałyśmy je rozbijać motykami, od czego wstrząsał się mózg. Roboty nie udało się uniknąć, ale można było się chronić od tych najgorszych przypadków. Każda dziesiątka kobiet miała swoją kierowniczkę. To były przeważnie Niemki, kryminalistki – najbardziej posłuszne i sprawne ramię SS. Na szczęście było ich za mało i do funkcji kierowniczek grup dopuszczono też Polki.

Po piętnaście minut

W moim komandzie była Monika Galicyna, jak mówiono, żona wysokiej rangi polskiego wojskowego. Kiedy widziała, jak zbliża się Kommandoführer, krzyczała do nas po niemiecku: „Dalej, ruszać się!”. Ale gdy odchodził, mówiła: „Odpocznijcie sobie”. Możliwość odpoczynku pojawiła się, gdy nasze komando zostało skierowane do wycinania trawy nad Sołą. Zarośla były tam gęste, a za mało funkcyjnych. Gdy komando ustawiło się do powrotu do obozu, okazało się, że brak jednej więźniarki. Uciekła, przekraczając Sołę. Komando – całe 200 osób – zostało skazane na ogolenie głów i karną kompanię. – Wtedy zrozumiałam, że najważniejsze jest przeżyć najbliższe 15 minut. A potem kolejny kwadrans. Tego mnie nauczyła towarzyszka „od trag” – Zosia Jachimczuk, krucha, delikatna skrzypaczka, absolwentka konserwatorium w Krakowie, bohaterka mojej książki „Wakacje nad Adriatykiem”. Kiedy pracowałyśmy w stawie, wycinając trzcinę, w pewnym momencie poczułam, że mam dosyć, że nie chcę dłużej walczyć o życie. Był zimny dzień, a my w pasiakach, w lodowatej wodzie sięgającej powyżej kolan. Powiedziałam: „Nie wytrzymam, wyjdę, niech mnie zastrzelą”. Chwyciła mnie za rękę: „Poczekaj jeszcze tylko 15 minut”. Nie miałyśmy zegarków, więc zaczęła odliczać sekundy „raz, dwa, trzy”. Po każdym kolejnym kwadransie mówiła: „Widzisz, wytrzymałaś jeszcze trochę”. Tak przetrwałyśmy do końca dnia.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie