Nie chcą do Rosji

Charków jest miastem wielu niespodzianek. Większość jego mieszkańców mówi po rosyjsku, wielu ma w Rosji rodziny. A jednak oparli się rosyjskiej dywersji. Mer rządzi miastem przez Skype’a, z Izraela, a wspólnota pobożnych Żydów modli się w budynku kurii biskupiej.

Obserwując sytuację w Doniecku czy Ługańsku, gdzie wiosną wybuchła prorosyjska rebelia, zastanawiałem się, dlaczego spokojnie jest w Charkowie. Jeszcze pod koniec kwietnia doszło tutaj do wielkich starć ulicznych, a separatystom udało się zmobilizować kilka tysięcy zwolenników w centrum miasta. Wielu z nich przyjechało z Rosji, która jest oddalona zaledwie o 40 km. To właśnie Charków, drugie co do wielkości miasto Ukrainy (ponad półtora miliona mieszkańców), był pierwszym celem antyukraińskich prowokacji, które zaczęły się zaraz po ucieczce prezydenta Janukowycza do Rosji. Tutaj, na początku kwietnia, ogłoszono powstanie Charkowskiej Republiki Ludowej. Dzisiaj po separatystach niewiele pozostało.

Tarasowa Sicz
Niewątpliwie istotną rolę w tym odegrał wpływowy mer Charkowa Hennadij Kernes, przebiegły oligarcha z przestępczą przeszłością, który od lat zdominował tutaj nie tylko życie polityczne, gospodarcze, ale także skutecznie podporządkował sobie media. W lutym, po upadku Janukowycza, czujnie się rozglądał i, jak mówią, nasłuchiwał, czy rosyjskie czołgi grzeją już silniki, aby wyzwolić Charków spod „okupacji kijowskiewiej junty”. Kernes otwarcie wówczas wspierał postulaty separatystów przekształcenia Ukrainy w luźną federację. Jednak gdy zobaczył, że zamiast czołgów Putin przysłał do Charkowa bandę głupków – dywersantów, którzy budynek magistratu pomylili z teatrem, doszedł do wniosku, że nie ma się czego lękać i ponownie stał się ukraińskim patriotą.

Milicja i organy bezpieczeństwa wreszcie zaczęły ochraniać porządek, a specjalne jednostki uniemożliwiły okupację gmachów administracji państwowej i samorządowej. W końcu kwietnia miał miejsce zamach na Kernesa – w tajemniczych okolicznościach został rzekomo postrzelony. Jednak wielu ludzi w Charkowie wątpi w to, że rzeczywiście ktoś do niego strzelał. Według nieoficjalnej wersji rzekomy zamach został sfingowany, aby Kernes mógł opuścić miasto w dogodnym dla siebie czasie. Wyjechał na leczenie do Izraela i odtąd kieruje miastem przez Skype’a, co jest z pewnością rzeczą niezwykłą, ale nie na Ukrainie. Ktoś jednak czuwa w mieście, aby w Charkowie nie zapomniano, jak opatrznościowym człowiekiem jest dla jego mieszkańców postrzelony mer. Plakaty z wielkim zdjęciem Kernesa oraz napisem „Modlimy się za Pana” można spotkać w centrum miasta.

Działacze z charkowskiego Euromajdanu nie mają wątpliwości, że obecność oligarchów w polityce, nawet jeśli z powodów taktycznych obecnie pomagają centralnej władzy w Kijowie, w dłuższej perspektywie będzie ogromnym balastem dla proeuropejskich ambicji Ukrainy. – Kto z nich będzie chciał przestrzegać unijnych standardów, praworządności, transparentności, jeśli najlepsze interesy robi się w mętnej wodzie? – retorycznie pyta Natalka Zubar, jedna z najbardziej znanych działaczek społecznych w Charkowie, liderka organizacji „Majdan Monitoring”, która organizowała od listopada 2013 r. protesty w Charkowie. Jednak Kernes może liczyć nie tylko na przychylność miejscowych mediów, ale także wielu mieszkańców. Charków robi wrażenie miasta zadbanego i nieźle zarządzanego. Centrum jest czyste, wiele starych gmachów jest starannie restaurowanych. Imponujący jest stan dróg, co przeciwnicy mera Charkowa zapisują na konto tego, że ma on udziały w dużej fabryce asfaltu.

Dmitrij Marinin, radny miejski, który ma być kandydatem opozycji w wyborach na mera Charkowa, przekonuje jednak, że faktyczny obraz jest inny. Miasto jest zadłużone, w fatalnym stanie jest infrastruktura osiedli mieszkaniowych, gdzie mieszka większość charkowian. Przede wszystkim zaś w ostatnich latach system samorządu, zdaniem Marinina, zamienił się w dobrze funkcjonującą mafię, która przechwytuje najbardziej lukratywne zamówienia publiczne, nawet jeśli formalnie organizowane są przetargi. Problem w tym, że opozycja jest rozbita i poza internetem oraz demonstracjami ulicznymi nie bardzo potrafi znaleźć wspólny język z mieszkańcami miasta. – Łatwiej było organizować się przeciwko zagrożeniu ze strony Rosji – mówi Natalka Zubar. Na demonstracje pod pomnikiem Tarasa Szewczenki, gdzie zbierał się Euromajdan, przychodziły codziennie setki ludzi. Tworzyliśmy wtedy prawdziwą Tarasową Sicz, jak wspomina z uśmiechem tamten czas Aleksandr Szewczenko, z wykształcenia matematyk i jeden z pierwszej dwunastki, która wezwała Charków do poparcia kijowskiego Majdanu. Dzisiaj jednak nie wystarcza protestować, ale trzeba także przygotować konkretny program dla miasta, a przede wszystkim przekonać aktywistów społecznych, że nie wystarczy władzy kontrolować, ale należy spróbować samemu ją przejąć.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie