Żywot człowieka pracowitego

Borówka to wymagająca dziewczyna. Potrzebuje cierpliwości i troski przez okrągły rok. Potrafi się jednak pięknie odwdzięczyć za starania, o czym przekonaliśmy się na największej plantacji w Polsce, w podlaskich Białousach.

Jerzy Wilczewski nie ma chwili wytchnienia. Jeśli akurat nie dzwoni do niego telefon od klienta, to przez krótkofalówkę odzywa się do niego elektryk albo zarządca brygad zbieraczy, albo kierownik chłodni. Na komunikaty odpowiada szybko i zwięźle. Nie ma chwili do stracenia – w jego gospodarstwie ogrodniczym praca wre: trwają zbiory borówek. Tysiące osób uwija się wśród kilkudziesięciocentymetrowych krzaczków, zrywa granatowe kulki, które następnie ciężarówkami zwożone są do chłodni, gdzie w kilku stopniach Celsjusza czekają na odbiorców. Potem jadą w najróżniejsze zakątki Europy, m.in. do Wielkiej Brytanii, Holandii, Czech czy Niemiec.

Od świń do borówki
Podlaskie Białousy leżą 40 km na północ od Białegostoku. Najbliższa większa miejscowość to Sokółka. Przy osiedlu domków dla pracowników stoją obok siebie dwie kapliczki z ikonami – jedna Matki Bożej Częstochowskiej, druga Smoleńskiej. Świadczą o wielokulturowości tych terenów – choć we wsi mieszkają prawie sami katolicy, jednak na borówki do Wilczewskich przyjeżdża także wielu prawosławnych z okolicy.

Rodzina właścicieli mieszka w Białousach od zawsze. I państwo Wilczewscy znają się od zawsze. – Gdy miałem 4 lata, w tutejszym GS-ie pracowała piękna kobieta, w której się zakochałem. Pewnego dnia, gdy przyszedłem z babcią do sklepu, zamiast pani za ladą stał srogi pan z wąsem. Babcia wytłumaczyła mi, że pani pojechała do miasta kupić dziewczynkę. Ta dziewczynka jest dziś moją żoną – śmieje się Wilczewski. Wspólnie z synami uprawiają ok. 2 tys. hektarów ziemi, na której rosną głównie krzaki borówki amerykańskiej.

To największa plantacja tej rośliny w Polsce. A pomyśleć, że zaczynali na 7 hektarach, z których musieli wyżywić stadko świń. W 1976 roku doszli jednak do wniosku, że lepiej hodować róże. Co prawda kredyt na szklarnie otrzymali, obiecując posadzić warzywa, ale w jednej nielegalnie zasadzili kwiaty. Te zaś rozrastały się, zajmowały kolejne pomieszczenia i przynosiły coraz większe dochody. – Granica ze Związkiem Sowieckim nie była zbyt dobrze strzeżona, mieliśmy dużo zamówień. Potrafiliśmy ścinać 100–150 tys. róż. Miło wspominam czasy, kiedy ciężarówki, które przyjeżdżały po nasze kwiaty, czekały po kilka dni na podwórku na nasze róże – opowiada.

Poza różami jeszcze w latach 80. Wilczewscy zaczęli uprawiać owoce, takie jak porzeczki, aronie czy rokitnik. Na początku lat 90. dołączyła do nich także borówka amerykańska. – Borówka była wtedy w Polsce tajemniczą rośliną, krążyły mity, że trudno się ją uprawia. Dlatego tym bardziej chciałem to robić. To jak z dziewczyną: im bardziej niedostępna, tym bardziej się o nią staramy. Przekonałem się, że borówka to zupełnie normalna dziewczyna, tylko trzeba nauczyć się z nią rozmawiać – opowiada. Borówka wymaga cierpliwości i nieustannej troski. Wystarczy jednego dnia zapomnieć o podlaniu krzaków i można spisać je na straty. Gustuje w glebie o dużej zawartości próchnicy i odwapnionej wodzie, nie lubi mrozów. Damy jej to, czego potrzebuje, z pewnością nam się odwdzięczy.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

TAGI| POLSKA, ROLNICTWO

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie