Cisza przed nowym życiem

Zostawili domy, samochody, pracowicie budowaną świetlaną przyszłość, która okazała się ułudą. Wygoniły ich bomby. Teraz, nad polskim jeziorem, jest cisza. Trzeba w spokoju pozbierać myśli i zaczynać od początku. Całe życie…

Ponad 170 osób, dorosłych i dzieci, głównie polskiego pochodzenia. Mieszkańcy Doniecka i Ługańska. Na decyzję niektórzy mieli dosłownie parę chwil. Początek stycznia 2015 r. Podróż do Charkowa. Samolot i przelot w nieznane. I nie wiadomo, czy rzeczywiście lot był nienaturalnie długi, bo tego wymagało bezpieczeństwo, czy po prostu się dłużył. Ze strachu, z niepewności i z poczucia, że może to już na zawsze. Że może się już swojego domu, mieszkania i przyjaciół nigdy nie zobaczy. Wielu ewakuowanych musiało na Ukrainie zostawić bliskich. Czasem męża, chorych rodziców. Nawet i dzieci… Lądowanie w Malborku. Przesiadka do autokarów i wieczorna podróż. Znów w nieznane. Rybaki, Łańsk. A gdzie to leży? Warmia, kraina nad jeziorami? Byle żyć, pani. Byle żyć…

Życie w Rybakach

Długi korytarz ośrodka Caritas w Rybakach. Kilkuletnie dziewczynki wożą lalki do zabawkowego wracza. Lekarza znaczy! Po polsku rozumieją, choć mają problemy z mową. Bogdan i Mikołaj, 6- i 5-letni bracia, mówią całkiem dobrze. No, ale ich ojciec, Andrzej, jest polonistą. Nie wypada inaczej. Andrzej Młodnicki, urodzony pod Lwowem, skończył polonistykę na UMCS. Potem pracował jako przedstawiciel handlowy w Rzeszowie, by w końcu wrócić na Ukrainę. Dobra praca tam była, perspektywy. Osiem lat piął się po szczeblach handlowej kariery. Nikomu wtedy nie przeszkadzało, że on z pochodzenia Polak. Z dziada, ojca i babki nawet. Dorobił się i ludzkiego szacunku, i stabilizacji życiowej. Andrzej, jeszcze na studiach w Lublinie, poznał Wiktorię, Ukrainkę z Doniecka, absolwentkę stosunków międzynarodowych. W Polsce robiła doktorat. Pobrali się i zamieszkali w Doniecku, skąd pochodziła Wiktoria. Urodziły się dzieci: Bogdan, potem Mikołaj. I w końcu najmłodsza, 3-letnia dziś Weronika.

– Jestem katolikiem, żona prawosławna. Ślub wzięliśmy w obrządku greckokatolickim. Tak… pośrodku. A i dzieciom dawaliśmy imiona „wspólne” – żeby po polsku dobrze się kojarzyły i po Ukraińsku. I dobrze nam się żyło, pracowało. Nigdy bym nie przypuszczał, że nasz los tak się potoczy – opowiada pan Andrzej. Bo zdarzył się taki moment w życiu, którego nikt nie przewidział i który by się nie przyśnił, w najgorszych snach. – Gdyby rok temu ktoś mi powiedział, że będę mieszkał w Polsce jako uchodźca, na garnuszku polskiego państwa, parsknąłbym śmiechem. A ponad miesiąc temu, pakując się w pośpiechu, myślałem tylko, by ocalić dzieci – dodaje. Kończy się język polski w grupie zaawansowanej w ośrodku w Rybakach. Wieczór. Pan Stanisław, lekko po pięćdziesiątce, łagodnie uśmiechnięty.

– Głowa ciężka po tej nauce – żartuje i siada pogadać. W Doniecku, zostawił wszystko (co materialne). Dom piękny, samochód, klinikę ginekologiczną, a w niej sprzęt do USG, taki, którego i szpitale by się nie powstydziły. Kiedy niemal nad głową latają pociski, a w głowie dziki strach, że bomba zabije syna czy żonę, zostawiasz wszystko i uciekasz. I cóż z tego, że prawie 30 lat pracy w zawodzie, studia wyższe, specjalizacja z ginekologii i położnictwa. Żona Helena, dyplomowana pielęgniarka. Pracowali wspólnie, by dwóm synom niczego nie brakowało. – Dobre mieliśmy życie… Współpracownicy, choć ja z pochodzenia Polak, szanowali mnie, lubili. I dopiero niedawno zaczęło się wszystko zmieniać – mówi. Wielu prorosyjskich mieszkańców Doniecka zaczęło widzieć w Stanisławie wroga. Dla nich zresztą wszyscy, którzy nie popierają separatystów i Putina, stali się wrogami.

– Zaczęli mnie traktować najpierw z dystansem, potem coraz gorzej. Dlaczego? Pytam. Że nie wierzę w całą tę propagandę o „separatystach” i DRL? – pan Stanisław przestaje się uśmiechać. Trudno mówić o dawnych przyjaciołach, którzy zawiedli tak bardzo. – Jeśli z Donbasu coś w ogóle zostanie, jeśli zapanuje pokój i jakaś cywilizacja, przede wszystkim trzeba by coś zrobić z umysłami ludzi. Żeby przejrzeli na oczy. Zobaczyli prawdziwe oblicze Rosji. Oni tam tylko wciąż powtarzają, że Europa to faszyzm, że zagrożenie, że cały świat przeciwko nim. A jedyna nadzieja – Moskwa! I nie widzą, że wokół giną bezbronne dzieci, kobiety, że terror, strach i beznadzieja.

Nie ma Radości

Pani Irina szykuje się do zajęć z dziećmi. W Rybakach, tak zupełnie z potrzeby serca, prowadzi taniec i aerobik. Przez lata tak jej to w krew weszło, że nawet tutaj działa i tworzy. Inaczej nie umie. W Doniecku prowadziła 200-osobowy dziecięco-młodzieżowy zespół taneczny o nazwie Radość. Ciężko pracowali, ale efekt cieszył: jeździli po świecie, dostawali nagrody. Jeszcze rok temu, koncertowali w Katowicach. A teraz Radości już nie ma. Dosłownie.

Z 200-osobowego składu w Doniecku może zostało 20 osób. – Przecież tam straszno. Babach! Babach! Strzały słychać codziennie. Codziennie jakiś dom – znajomych dalszych czy bliższych – dosięga bomba. Ludzie giną niewinni! – mówi. Wszyscy, którzy tylko mogli, uciekli. Irina, gdy tylko pojawiła się możliwość ewakuacji, niemal jak stała, zabrała 7-letniego syna Makarego, wsiadła w samolot. Spakowała, co najważniejsze. Ubrania dla dziecka i mały komputer, bo w komputerze zdjęcia męża i nagrania zespołu. Mąż musiał zostać. Nie miał Karty Polaka, nie zebrał dokumentów. Jeśli nie uda mu się do nich dołączyć…

Pogodna pani Irina nagle wybucha płaczem. Zakrywa usta, ale szloch wypełnia salkę, w której za chwilę poprowadzi aerobik dla dziewcząt. Płacze, gdy Makary nie widzi. Przy nim trzeba się trzymać i zapewniać, że ojcu nic się nie stanie. I niedługo do nich dojedzie. Na pewno.

Zebrać myśli i siły

Kilka kilometrów od Rybaków. Gęsty las i Jezioro Łańskie. Oleg, przedsiębiorca z Łużańska, i żona Diana, z wykształcenia prawnicy, czekają na zajęcia z polskiego. Jeszcze nie tak dawno każdy zimowy urlop spędzali w Zakopanem. Kochają to miasto, polskie góry i narty. Może to polskie korzenie Olega tak ich zakopiańsko nastrajały? Dziś uspokajają się, gdy patrzą na zimną taflę wody. W Ługańsku zostawili firmę, mieszkanie, dobrobyt, na który pracowali latami. W ciągu kilku miesięcy właściwie stracili wszystko. Najpierw bomba zniszczyła ich dom. Potem walki z dnia na dzień stawały się cięższe. Ludzie zaczęli się bać. Żyć w ciągłym, niezmiennie rosnącym strachu. Do wystrzałów, do kul niemalże nad głową nie da się przyzwyczaić. – Pani nie rozumie. Nikt nie rozumie, kto tego nie przeżył.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Rozpocznij korzystanie