Bieda
 nad rozlewiskiem

Prowizoryczna osada nad niewielką rzeką Minantok. 9 lichych drewnianych chatek. Łącznie mieszka w nich 150 osób,
w tym 50 dzieci. Na Filipinach podobnych miejsc jest wiele. 


Ubóstwo – odmieniane przez wszystkie przypadki. Ono zawsze padało na początku, ilekroć pytaliśmy Filipińczyków o najważniejsze problemy w ich kraju. W samej Manili często uderza na zasadzie kontrastu. Przechodzimy obok schludnego, ładnego banku. Kawałek dalej stoi okazały biurowiec. Za sąsiedztwo mają one zwykły barak, kryty falowaną blachą. Kobieta pichci coś w nim na malutkiej kuchence. Słychać głosy dzieci. Zapachy i odgłosy zwykłego rodzinnego życia. Za chwilę ulicą przejeżdża elegancki samochód. Kolejny stoi na poboczu. Wyskakuje zza niego kilkoro dzieci ulicy. Brudne, obdarte, ale uśmiechnięte. „Cześć, jak masz na imię” – zagadują. Nie wiemy, czy czegoś chcą, może są głodne, może trzeba im dać jakieś pieniądze… Czy tak po prostu są miłe. Duże pieniądze mają tu nieliczni. Większość żyje w nędzy. 90 proc. ziem uprawnych na Filipinach skupiło w swych rękach zaledwie 100 bardzo zamożnych rodzin. 


Nędza z prowincji


Poza stolicą i poza miastami bieda wydaje się bardziej rozproszona. Do niektórych miejsc nie sposób dotrzeć bez przewodników, którzy znają teren i lokalny język. Naszym jest salwatorianin ks. Adam Januś, który na Filipinach pracuje od 10 lat. Jesteśmy jakieś 70–80 km od stolicy. Na terenie prowincji Cavite, w regionie Calabarzon, w środkowej części wyspy Luzon. Towarzyszą nam Andy i Michel, którzy znają najbardziej popularny w tej okolicy dialekt tagalop. 
Jedziemy w bliskie okolice miasteczka Amadeo, znanego z uprawy i produkcji bardzo dobrej filipińskiej kawy. Przejeżdżamy obok pól i ogrodów oraz niezbyt gęsto rozsianych domów. W krajobrazie dominują palmy kokosowe, bananowce, drzewa mango. Wąską drogą wjeżdżamy pod niewielką górkę. Tu musimy zostawić samochód. Dalej trzeba iść pieszo. Po około 20 min marszu wąskimi ścieżkami, między wąwozami nad rzeką Minantok, docieramy do położonej na zboczu osady. Ubita gliniana ścieżka prowadzi w górę między szałasami. Całą dziką wioskę można obejść w kilka minut. 14 rodzin mieszka tu od kilkunastu lat. – Przyjechali z innych rejonów Filipin w poszukiwaniu pracy. Z różnych powodów nie powiodło się im w życiu. Zostali z niczym. Wybrali to miejsce, bo leży z dala od miasteczka i wioski położonej z drugiej strony. To taka ziemia niczyja, mająca w dodatku strategiczny walor, czyli rzekę – tłumaczy ks. Januś. Przechodzimy przez mostek. W dole na wielkim kamieniu młoda dziewczyna robi pranie. Witają nas same kobiety i gromada dzieci. Mężczyźni i starsi chłopcy mijali nas, gdy zbliżaliśmy się do slumsów nad rzeką. Szli w milczeniu, jeden za drugim. Mieli ze sobą różne proste sprzęty. Młotki, siekierki i liny. Może uda im się znaleźć jakieś dorywcze zajęcie. Mieszkańcy slumsów znad rzeki Minantok nie mają stałej pracy, a ich dzieci nie chodzą do szkoły. Żeby zarobić kilkadziesiąt pesos, podejmują się każdej pracy, którą gardzą mieszkańcy Amadeo i okolic, jak plewienie plantacji ananasów, które są tak ostre, że ranią dłonie nawet przez grube rękawice. 
Chodząc po osadzie, trzeba mieć oczy dookoła głowy. Trzeba uważnie patrzeć pod nogi, bo kupy psów i kur mieszają się tam z kupami mniejszych dzieci. Te większe, tak jak dorośli, chadzają w miejsca bardziej ustronne. Nie należy lekceważyć również korzeni, których pełno na zboczu. Trzeba też uważać, żeby nie zawadzić głową o różne sznury czy kable, najczęściej służące do suszenia ubrań. 


«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Rozpocznij korzystanie