Ząbki Iranu

Iran okazuje się bardziej przewidywalnym państwem niż sojusznik Zachodu Arabia Saudyjska. Zagrożenie dla pokoju na Bliskim Wschodzie płynie również z kraju Saudów.

Iran i Syria stanowią największe zagrożenie dla stabilizacji i pokoju nie tylko w regionie, ale i na całym świecie. Ta powtarzana jak mantra propagandowa zbitka weszła w obieg publicystyczny i dyplomatyczny na Zachodzie i w części świata muzułmańskiego i funkcjonuje właściwie do dziś. Niektórzy nie zauważyli widocznie, że w tym czasie jeden z tych groźnych krajów, Syria, znalazł się w totalnej rozsypce na skutek inwazji bojówek terrorystycznych, nie tylko rekrutujących się z wielu „przewidywalnych” sąsiednich krajów muzułmańskich, m.in. Arabii Saudyjskiej czy Kataru, ale też wspieranych finansowo przez ich – przewidywalne – władze. Poza tym nie zauważono, że sąsiadująca z Syrią, równie przewidywalna Turcja w ostatnim czasie zamknęła granicę dla chrześcijan uciekających przed owymi bojówkami, rozsadzającymi ich ojczyznę, jednocześnie swobodnie przepuszczając terrorystów z Państwa Islamskiego, które opanowało jedną trzecią Iraku i coraz lepiej radzi sobie w Syrii. Drugi element „osi zła”, Iran, całkiem niedawno okazał się partnerem, z którym można dogadać się w sprawie prowadzonego przez niego programu atomowego. Oczywiście sam Iran jest rozmowami bardzo zainteresowany, choćby z powodu ciążących na nim sankcji gospodarczych. Zachód z kolei porozumieniem z Iranem chce utrzeć nosa Rosji (nawet jeśli ta w negocjacjach uczestniczyła), która boi się kolejnej obniżki cen ropy przez wpuszczenie na rynki irańskich zapasów surowca. Dlaczego dotąd Zachód, głównie Stany Zjednoczone, wykluczał porozumienie z krajem ajatollahów? I czy można ufać władzom w Teheranie, przekonującym, że ich program atomowy ma charakter pokojowy?

Nie rozumiemy siebie

Tłumy Irańczyków, świętujących na ulicach osiągnięcie wstępnego porozumienia, mówiły same za siebie: Persowie są wykończeni przedłużającymi się sankcjami, których przyczyn nie rozumieją. Po maratonie negocjacji przedstawiciele sześciu mocarstw – USA, Wielkiej Brytanii, Chin, Francji, Niemiec i Rosji (choć ta ostatnia nie jest z tego do końca zadowolona) – i Iranu ogłosili zgodę co do kluczowych punktów, które będą podstawą ostatecznego układu, jaki ma powstać do końca czerwca tego roku. Ramowe porozumienie zakłada przede wszystkim, że ograniczenia w sprawie wzbogacania uranu przez Iran będą obowiązywały przez 10 lat, a jego zdolności produkcyjne w tym zakresie zostaną ograniczone o ponad dwie trzecie. Iran pozbędzie się także reaktora, który mógłby produkować pluton.

W zamian za ograniczenie programu nałożone na Iran amerykańskie i europejskie sankcje zostaną zniesione, ale dopiero wtedy, gdy Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej (MAEA) potwierdzi wywiązywanie się przez Teheran ze swych zobowiązań. Co stało na przeszkodzie, by podobne porozumienie wynegocjować wcześniej? Przez lata raziło nachalne przedstawianie Iranu jako największego zła w tej części świata. Swego czasu amerykańska Izba Reprezentantów przegłosowała ustawę, która zakazywała amerykańskim oficjelom w ogóle rozmawiać z Irańczykami. Przed stawianiem tak wysokiego muru przestrzegał m.in. admirał Michael Mullen, do niedawna najwyższy rangą dowódca amerykański.

Mówił: „Nawet w najciemniejszych dniach zimnej wojny mieliśmy jakieś kontakty ze Związkiem Radzieckim. A z Iranem w ogóle nie rozmawiamy, więc nie rozumiemy się nawzajem”. Dodajmy – relacje z Iranem zostały zamrożone po islamskiej rewolucji, która obaliła przychylnego Zachodowi szacha, rządzącego Iranem bynajmniej nie w sposób bardziej demokratyczny niż obecnie ajatollahowie. Sam Iran, mimo skrajnie antyamerykańskiej retoryki poprzedniego prezydenta Ahmadineżada, kilka razy wysyłał sygnały, że chciałby normalizacji stosunków z USA. Ajatollahowie wiele obiecywali sobie po wojnie Amerykanów z talibami w Afganistanie i Saddamem Husajnem w Iraku – największymi wrogami Iranu. Byli gotowi wejść w sojusz z Ameryką, choćby nieformalny.

To zostało odrzucone. Mimo to jeszcze w 2006 r. najwyższy przywódca Chamenei (następca Chomeiniego) wysłał do USA byłego prezydenta Chatamiego (poprzednika Ahmadineżada), żeby na spotkaniu z Radą Stosunków Międzynarodowych wysondował, czy Amerykanie są gotowi do negocjacji w sprawie programu nuklearnego (o tajnym i nieznanym prasie spotkaniu, w którym uczestniczył m.in. George Soros, napisał jeden z uczestników, Hooman Majd, w książce „Demokracja ajatollahów”).

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie