Wybraliśmy wiarę, więc...

W Iraku wciąż trwa wojna z Państwem Islamskim. Przyjechaliśmy tu dzięki ks. Tomaszowi Jegierskiemu, który przywiózł pomoc dla chrześcijańskich uchodźców. Oni są największą ofiarą Daesh.

Coraz mocniej zaciska się pętla wokół Mosulu, irackiej stolicy państwa Islamskiego, pejoratywnie nazywanego tu Daesh (po arabsku brzmi to podobnie do „nieudolny”). Z jednej strony atakowane przez żołnierzy Irackiego Kurdystanu (Baszur), z drugiej – przez wojska związane z władzą w Bagdadzie. Tysiące żyjących tu chrześcijan zostało zamordowanych, dziesiątki tysięcy musiało uciekać ze swoich domów. Ale nie wszyscy zdecydowali się na los uchodźcy. Wielu z nich także chwyciło za broń i ruszyło, wraz z Kurdami, do walki.

Módlcie się za nas

Obóz dla chrześcijańskich uchodźców. W pobliżu Irbil, stolicy Irackiego Kurdystanu. To tu trafiła pomoc z Polski. Mleko w proszku dla niemowląt i małych dzieci – bardzo potrzebny tu produkt.

Wszystko tonie w rdzawym pyle. Jest bardzo gorąco. Z podłoża wciąż wzbijają się tumany piachu, który drażni nozdrza i oczy. Dorośli snują się powoli po swoistych „ulicach” obozu, ścieżkach między kontenerami i namiotami. Grupka mężczyzn patrzy tępo przez metalowe siatki otaczające obóz na rozciągające się za nim pustkowie. Wiara jest tu mocno akcentowana. Postacie Chrystusa namalowane na ścianach kontenerów, istny las krzyży, złożonych z czego popadnie, czasem jest to kilka desek, czasem w odpowiednim kształcie przybite do drzwi lampki choinkowe.

Najbardziej aktywne są dzieci. Biegają po terenie obozu, grupka bawi się na ziemi miniaturowymi piłkarzykami. Nagle w obozie poruszenie. Dzieci śmieją się wraz z rodzicami. Przyplątał się wielki, biały pies. To suka, ma nabrzmiałe sutki, zapewne karmiąca. Dzieciaki i dorośli mają chwile rozrywki. Biegną za psem, rzucając w niego piaskiem i drobnymi kamieniami. Suka ucieka, piszcząc, płacząc prawie jak człowiek.

Jeden z chrześcijan mówi nam: – Kiedyś nie byliśmy biedni. Mieliśmy domy i naszą ziemię, nasze bogactwo. Ale wybraliśmy wiarę, więc musieliśmy uciekać. Zostawiliśmy wszystko. Jest nam strasznie ciężko. Z każdym miesiącem jest coraz gorzej. Proszę, błagam was: módlcie się za nas.

Wybrali walkę

Jednak nie wszyscy zdecydowali się uciec. Niektórzy wybrali walkę.

Droga na pozycje żołnierzy walczących z ISIS pod Mosulem wiedzie przez apokaliptyczny krajobraz. Mijamy kolejne zniszczone wioski. Zrujnowane pałace bogaczy, wysadzone mosty, poryte wybuchami drogi i zrujnowane domy. Wojna toczy się już kolejny rok. Pętla wokół Mosulu zaciska się, ale pierwotny dynamizm przeciwników ISIS osłabł. Trwa pełne napięcia oczekiwanie na sygnał do kolejnego natarcia. Żołnierze, z którymi jedziemy, pokazują nam zniszczenia i mówią, że to dzieło Ali Babów. Tak określają tu Daesh.

Zmasakrowane, widmowe miasto. Ostrzał artyleryjski zrównał z ziemią całe kwartały domów. Wszystko tonie w bliskowschodnim piasku, który wisi w powietrzu, zasnuwając krajobraz. Ta piaszczysta mgła przypomina trochę mleczną zawiesinę, w której światło gęstnieje, nabiera białawej barwy. Mieszkańcy już dawno opuścili to miejsce. Zapadnięte od ostrzałów dachy i ściany domów odsłaniają metalowe szkielety. Kiedyś w tym mieście mieszkało ponad 10 tys. chrześcijan. Nie został nikt, poza żołnierzami, okupującymi posterunki i bunkry wśród ruin.

Jesteśmy w Tel Skof, na linii frontu, która przedziela terytoria zajęte przez Peszmergów, wojowników Irackiego Kurdystanu (zwanego Baszur), od pozycji pozostających pod kontrolą Państwa Islamskiego. Bojownicy ­Daesh znajdują się kilkaset metrów od miasteczka. Miasto Tel Skof zostało odbite z rąk terrorystów, ale mieszkańcy nie chcą wracać na terytorium działań wojennych. Przemierzając opuszczone ulice, dochodzimy do zniszczonego kościoła. Nad bramą wyryta została płaskorzeźba przedstawiająca św. Jerzego zabijającego smoka. Ale tutaj, ledwie kilkadziesiąt kilometrów od Mosulu, stolicy Państwa Islamskiego w Iraku, obecność smoka czuć aż nadto. Sporadycznie słychać serie z broni automatycznej, przetykane wybuchami moździerzy.

Wojna lubi wymowne symbole

Ściany kościoła znaczone są śladami kul. W środku chłodno, pod nogami przebiega zdenerwowana myszka, zdziwiona obecnością nieproszonych gości. Przed ołtarzem stoi, częściowo spalona, figurka Jezusa Miłosiernego. A właściwie jej dolna część. Jezus został rozczłonkowany. Urwana głowa leży z boku, ręce ktoś położył na ołtarzu. Obok resztek korpusu stoi figurka świętej, modlącej się do Zbawiciela. O jedną z ław oparto obraz. Przedstawia pogrążonego w modlitwie Chrystusa, nad którym nachyla się żołnierz rzymski. Przedstawiony został on jednak jak wojownik arabski, w muzułmańskich szatach, z turbanem na głowie. Obraz jest pocięty. Dalej, z boku, znajdziemy także figurę Matki Boskiej. Bez głowy. Wojna lubi wymowne symbole.

Tel Skof to jedno z setek chrześcijańskich miasteczek zniszczonych przez Daesh. W trakcie ofensywy terrorystów życie straciło wiele tysięcy wyznawców Chrystusa, setki tysięcy musiały uciekać, większość z nich nadal nie może wrócić do domów. Część z nich znajduje schronienie w obozach dla uchodźców, ale nie wszyscy. Peszmergowie zaczęli tworzyć oddziały chrześcijańskich milicji, wchodzących w skład ich sił. Szczególnie w związku z odnoszącą coraz większe sukcesy ofensywą połączonych sił irackich i kurdyjskich na Mosul. Jak jednak przyznaje w rozmowie z nami jeden z najważniejszych dowódców Peszmergów, generał Silvan Barzani (klan Barzanich jest dziś najsilniejszą polityczną frakcją w irackim Kurdystanie, z niego wywodzi się aktualny prezydent, Masud, Silvan to jego bratanek), nie chodzi tu tylko o sprawy militarne.

Chrześcijańska milicja

Kurdowie chcą przede wszystkim wykorzystać niechęć chrześcijan do Arabów, po tym, co wydarzyło się w tym regionie. Poza tym nie chcą ryzykować, jakże w tym miejscu prawdopodobnych, spięć etnicznych. Wolą więc, by to chrześcijańskie siły porządkowe trzymały kontrolę nad chrześcijańskimi terytoriami, zwłaszcza że z powodu wspomnianych animozji z Arabami mogą z dużą dozą pewności liczyć na ich lojalność. Milicja nie jest zbyt dobrze uzbrojona. Trochę moździerzy, karabinów i kilka wozów opancerzonych. To za mało. Ale lepsze niż nic.

Niechęć do Arabów wybrzmiewa także ze słów młodego chrześcijanina, którego spotykamy na froncie w Tel Skof. To jeden z młodych dowódców milicji. Ma ciekawe, jak na zwyczaje bliskowschodnie, imię – Walentin. Wysoki, czarnooki, chudy, ze zniszczonymi, czarnymi zębami. Stacjonuje wraz ze swoimi ludźmi tuż przy pozycji kurdyjskich Peszmergów. Oddział rozlokował się w kilku domach, nieźle zachowanych, umocnionych jednak workami z piaskiem na wypadek ataku. Miejsce ich stacjonowania dość łatwo zauważyć z powodu dumnie zatkniętych krzyży na szczytach ufortyfikowanych pozycji strzelniczych, umieszczonych na dachach domów. Dookoła w zachodzącym słońcu snują się ciemne postacie z karabinami. Wieczór jest dosyć spokojny, słońce zabarwia na czerwono ruiny Tel Skof.

Rozmawiamy z Walentinem w pomieszczeniu pełnym symboli chrześcijańskich – krzyży, wizerunków świętych. Nasz rozmówca z dumą ogłasza: Peszmerga to też ja! Nie kryje swojej niechęci do Arabów. W końcu uczciwie przyznaje: – Tak, kiedyś w Tel Skof żyli też Arabowie, ale jak mam z nimi teraz żyć, skoro widziałem, co zrobili, widziałem, jak popierali Daesh Nie chcę ich już tutaj. Wolę Kurdów. Jest pewny, że Bóg jest z nimi, że zaraz skończy się panowanie Daesh i wróci pokój. Im dłużej rozmawiamy, tym wyraźniej widać zmęczenie Walentina. Okazuje się, że jego miasteczko znajduje się kilka kilometrów w głąb frontu, wciąż zajęte przez terrorystów. Walczy już od dwóch lat, ale nie wyobraża sobie, by przestać. – To mój kraj, moje miejsce. Trzeba walczyć. Jak mógłbym uciec? Czym będzie ta kraina bez nas, chrześcijan? – pyta. W końcu z rozbrajającą szczerością przyznaje: – Czasem nie rozumiem Boga. Gdybym był Nim, to bym załatwił całe ­Daesh w jeden dzień. Ale On tego nie robi a ja Nim nie jestem. Dobrze, że Bóg jest po naszej stronie. To najważniejsze.

Jeszcze ostrzej o relacjach z muzułmanami Arabami wyraża się dowódca Walentina. To potężny łysy mężczyzna z sumiastym wąsem. Jest wojskowym od ponad 30 lat. Od 20 lat stoi po stronie irackich Kurdów i ich przywódcy – Masuda Barzaniego. – To nasza ziemia od tysięcy lat! – emocjonuje się dowódca. – Byliśmy tu przed nimi wszystkimi. To nie jest ich ziemia. I już nie będzie. Nigdy nie będziemy z nimi żyć. Po tym, co się stało, nie ma już na to szans – mówi z przekonaniem. Generał tłumaczy swoją wierność Kurdom: – Tylko oni zapewniają nam wolność, tylko oni oddadzą nam ziemię. Dlatego jestem z nimi.

Cmentarz ożywa nocą

Opuszczając Tel Skof, mijamy cmentarz. Zarośnięty wyschniętymi, żółtymi chwastami, wysokimi czasem i na dwa metry, zasłaniającymi część nagrobków. Spalone słońcem przywodzą na myśl afrykański busz. Zaniedbane groby zapadają się w podłożu, opierają się o siebie nawzajem, krzyże coraz bardziej przechylają się w stronę ziemi. W krzakach znalazły schronienie całe rodziny rdzawych synogarlic. Co ciekawe, to właśnie cmentarz, poza wojskowymi posterunkami, jest jedynym żywym miejscem w głębi tego widmowego miasta. Okazuje się, że część uciekinierów wciąż powraca w to miejsce, by chować swoich zmarłych.

Żołnierze pokazują nam malutki fragment cmentarza niedaleko wejścia. Widać kilka świeżych grobów. Peszmergowie sądzą, że zmarli są grzebani nocą. Nie widzieli nigdy pogrzebu. Ci, co przynoszą zmarłych, przychodzą w ciszy i odchodzą w milczeniu, niezauważeni. Poza zmarłymi zostawiają podarki dla tych, co odeszli. Koc w róże otulający świeży kopczyk ziemi, plastikowa zabawka i kwiaty, mały krzyż, który wiatr zdążył już przewrócić…

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie