Być uchodźcą nie planowałem

Farid od lat wiódł wygodne życie. Jego kariera rozwijała się, pieniędzy było sporo. Sielanka jednak nie miała trwać wiecznie. W podaniu o pracę zaznaczył, że ma wysoki poziom odporności na stres. O tym, jak wysoki, miał się wkrótce przekonać.

Farid pracował w Dubaju w sklepie z luksusowymi garniturami. Do pracy przyjeżdżał taksówką – tam prawie nikt nie chodzi po ulicach, bo od upału aż mdli. Wchodząc do pracy, spoglądał zawsze 200 pięter w górę, gdzie Burdż Chalifa niczym karcący paluch wygrażał niebu. Tu, u stóp tej najwyższej budowli świata, osiadło luksusowe centrum handlowe, Dubai Mall, którego progi Farid przekraczał każdego dnia z pewnością siebie godną człowieka sukcesu. Podczas naszych spotkań przy kawie Farid opowiadał, że klienci go uwielbiali, bo nie szczędził im atencji. Praca była jego dumą.

Farid pracował w Dubaju już od siedmiu lat. To długo, bo większość przyjeżdża do Emiratów raptem na dwu-, trzyletni kontrakt. Po tym czasie z reguły spokojnie można kupić w rodzimym kraju dom i samochód. Z Emiratami obcokrajowcy raczej nie wiążą swoich życiowych planów. Farid też nie wiązał, choć zakończenie życia w surrealistycznej bańce bogactwa o posmaku pól naftowych przyszło w momencie najmniej przez Farida spodziewanym.

Dobre złego początki

Farid mówi mi, że w Emiratach nie ma bezrobocia. Tajemnica tego sukcesu jest jednak bardzo prosta. W kraju, gdzie 81 proc. populacji stanowią obcokrajowcy, wizy utrzymują się w mocy wyłącznie, gdy ma się podpisany kontrakt. W momencie utraty pracy delikwent ma miesiąc na znalezienie nowej lub opuszczenie kraju. Wiedząc o tym, Farid wcale się nie stresował, gdy dostał zatrudnienie w nowym miejscu i w związku z tym złożył wypowiedzenie w poprzednim. Okres bezczynności pomiędzy czasem zatrudnienia wynosił bowiem zaledwie pięć dni. Ale Farid miał jeden problem, którego w ten sposób jednak nie postrzegał. Był Syryjczykiem. A w Syrii od czterech lat toczyła się coraz mniej przewidywalna wojna.

Gdy Farid przyszedł do nowej pracy, dowiedział się, że pracodawca musi zerwać z nim kontrakt, bo w trakcie pięciodniowej bezczynności wiza Farida wygasła. Pracodawca próbował dyskutować z ministerstwem, ale odpowiedź była krótka: Syryjczykom niezajmującym najwyższych stanowisk menedżerskich w przypadku zmiany pracy wiz nie przedłużamy.

Farid zebrał dobytek siedmiu lat swojego życia i wrócił do domu. W końcu miał tam przyjaciół i rodzinę, która posiadała dwie wille i hektary dobrej ziemi. Większość ludzi tak właśnie żyła w Syrii – zamożnie. Kraj się rozwijał i niczego nie brakowało. Ale gdy Farid wrócił, po niedawnej świetności nie było już śladu. Z domu została ruina, a na dodatek chwilę po powrocie Farida zniknęła jego siostra, 22-letnia studentka zarządzania o kruczoczarnych, gęstych włosach i spojrzeniu łani. Leila wróciła po kilku tygodniach z obłędem w oczach i nic nie mówiła. Co można powiedzieć po porwaniu przez ISIS? Jeśli się je przeżyło, to można tylko dziękować Bogu za drugą szansę. Choć czasem Leila nie jest pewna, czy jest za co. Powiedzieć, co się działo – może by ulżyło, ale coś, o czym wiedzą wszyscy, zaczyna żyć własnym życiem. A Leila chce zapomnieć, więc milczy.

Wkrótce o powrocie Farida dowiedziały się oddziały rebeliantów. 30-letni Farid nie miał własnej rodziny. Dla takich jak on są tylko dwie opcje: walczyć w armii albo w oddziałach rebeliantów. Oba rozwiązania w przypadku Farida sprowadzają się w sumie do jednego: awansu na pierwszą linię frontu. Stamtąd do spotkania z ISIS już niedługa droga, a pewne jest, że Państwo Islamskie takiemu jak on nie popuści. Bo Farid jest „niewierny”. Bo Farid jest chrześcijaninem.

Rodzina każe Faridowi uciekać. Jest silny, da radę. Zabiera, co może, i znika. Wcześniej obiecuje sprowadzić rodzinę, choć jego rodzice nigdzie się nie wybierają – starych drzew się nie przesadza.

Trawa sąsiada

Farida poznaję we Frankfurcie podczas spotkania integracyjnego uchodźców z tubylcami. Jestem w nie zaangażowana, bo pracuję dla katolickiej organizacji zajmującej się pomocą humanitarną w krajach, gdzie jest ona potrzebna. Pomoc uchodźcom przybywającym do Europy nie leży w zakresie statutowej działalności mojej organizacji, ale jak się na co dzień przerabia dziesiątki, setki informacji o dramatach ludzi w odległych krajach, to trudno nie zauważyć tych dramatów na własnym podwórku. Wraz z kolegami z pracy postanawiam więc robić coś po godzinach dla uchodźców z pobliskiego obozu. Najbardziej komunikatywny spośród nich jest właśnie Farid. Wkrótce zaczynamy więc mieć coraz częstszy kontakt, bo mężczyzna staje się reprezentantem grupy i to z nim ustalamy szczegóły kolejnych spotkań integracyjnych między uchodźcami a lokalną społecznością.

Pewnego dnia spotkamy się sami, bo jestem ciekawa jego historii, a podczas zbiorowych spotkań trudno się otworzyć i mówić o prywatnych przeżyciach, szczególnie t a k i c h.

Umawiamy się w jednej z frankfurckich kawiarni. Jest ciepły dzień, więc wybieramy stolik na zewnątrz. Rozsiadając się w wygrzanym wczesnowiosennymi promieniami słońca wiklinowym fotelu, zamawiam dla nas kawy i ciasto dla siebie. Farid ciasta nie chce. Już po pierwszym kęsie przepysznej szarlotki z lodami i bitą śmietaną mocno żałuję, że ją zamówiłam. Nie bacząc bowiem na konwenanse i pomijając kurtuazyjne wstępy na stopniowe rozkręcenie rozmowy, Farid od razu przechodzi do sedna. W jednej chwili zalewa mnie, i przy okazji siedzącą przy stoliku obok parę staruszków, historią o handlu żywym towarem, o czarnym rynku ludzkich organów, o szczuciu psami, o wyłudzeniach, o spaniu w dzikich górach pod gołym niebem, o zimnie, o głodzie, o wzburzonym morzu, o drutach kolczastych, o lęku przed tym, co za tobą, i przed tym, co na ciebie czeka, w skrócie – historią, jakich wiele. „Zwykłą” historią drogi, jaką pokonuje przeciętny uchodźca.

Zastygam z niedorzecznie nadzianym na widelczyk kawałkiem szarlotki i czuję się potwornie zażenowana. Najpierw tym, że ludzie obok to wszystko słyszą, a potem tym, że choć przez chwilę właśnie to mnie zażenowało. Powinnam raczej zawstydzić się tym, jak łatwo oswajamy się z takimi historiami. Na domiar złego po dwóch godzinach opowieści o tułaczce Farida, o lęku o rodzinę, o niepewności co do jutra w Niemczech, o życiu w fatalnych warunkach w obozie dla uchodźców i o bezsilności do naszego stolika podchodzi zblazowany bezdomny młody chłopak, który ewidentnie włóczęgę i żebranie obrał jako styl życia. Patrzy na nas i wyciąga rękę po pieniądze. Będąc na fali przeżywania i współodczuwania z Faridem, spoglądam na włóczęgę z pogardą i myślę: gdybyś wiedział, w jakiej sytuacji jest człowiek, u którego żebrzesz… Wtedy Farid sięga do kieszeni po ostatnich parę centów, jakie ma, i daje je włóczędze, o nic nie pytając. To przypieczętowuje mój upadek.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • Dario
    17.01.2017 12:31
    Niedawne wydarzenia w Ełku pokazują jak bardzo są potrzebne takie artykuły, przedstawiające tych ludzi inaczej niż filmiki w internecie z atakujacymi policję "dzikusami". Wśród uchodźców są nasi bracia chrześcijanie, bardzo dobrzy ludzie, doświadczeni przez los, którym zobowiązani jesteśmy pomóc. Tego wymaga od nas nasza wiara i ludzkie współczucie.
  • Gość
    04.02.2017 11:27
    Ten artykuł to klasyczne wręcz "rozmiękczanie" czytelników. Polacy w większości są przeciwni sprowadzania imigrantów i uchodźców z krajów muzułmańskich, więc trzeba wzbudzić w nich współczucie. Najlepiej do tego nadaje się historia chrześcijanina z Syrii. Wiadomo jednak, że wystarczy tylko otworzyć furtkę, a za chrześcijanami wleją się hordy muzułmańskie. Obecnie toczy się walka o być i nie być Europy Środkowej- jeszcze ma szansę być niemuzułmańska. Bo Europa Zachodnia jest stracona. Redakcja GN bierze udział w tej walce po stronie muzułmańskiej. Gra na uczuciach katolików. Nie twierdzę, że robi to z premedytacją.
  • sp
    05.02.2017 12:15
    Nie rozumiem ni w ząb, dlaczego nas próbuje się obciążać winą moralną za cierpienia tych ludzi. Bez przerwy się nas oskarża o "brak miłosierdzia", ale WIELKA CISZA na temat tych wszystkich, którzy wywołali i utrzymują stan wojny w tym kraju, którzy na tym utrzymują swoje ciemne interesy.
  • circ
    06.02.2017 02:31
    Socjalizm wszędzie. Jakieś odczłowieczenie. Boże, zlituj się.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie