Mój szlak

Bycie chrześcijaninem jest łatwe i trudne zarazem. Łatwe – bo zasad nie jest tak wiele, jak się wydaje. Trudne, ponieważ choć jest ich niewiele, to codzienne ich przestrzeganie wymaga stałej czujności, wielkiego panowania nad sobą.

W porównaniu z drogą, która przywiodła na ulicę św. Marka niektórych innych katechumenów, moja może się wydawać niezbyt skomplikowana. Przez ćwierć wieku życia nie byłem ani specjalnie religijny, ani jednoznacznie nie odrzucałem Boga. Kiedy sobie o Nim przypominałem, indywidualnie przeżywałem swoją z Nim relację. Niemniej relacja ta była nieuporządkowana, i choć Biblia nie była mi obca, a i kilka razy w życiu uczestniczyłem w nabożeństwach, to jednak brakowało mi narzędzi, które mogłyby moją wiarę uporządkować.

            Zbliżająca się perspektywa małżeństwa przyspieszyła moją decyzję. Oczywiście przyjmowanie sakramentów tylko po to, żeby w momencie ślubu „być w porządku”, samo w sobie nie jest w porządku. Jednak w moim przypadku chodziło o pogłębienie i uporządkowanie wiary oraz relacji z Bogiem – ślub stał się dobrą okazją.

            O spotkaniach prowadzonych w kościele św. Marka dowiedziałem się, idąc ulicą Sławkowską. Wtedy właśnie zobaczyłem transparent wywieszony na samym kościele. Dowiedziałem się o porach i godzinach spotkań i pewnego wieczoru poszedłem. Byłem wtedy bardzo spięty i praktycznie całą mszę stałem w kruchcie – dotarłem bowiem już w trakcie nabożeństwa i nie chciałem nagle wchodzić, aby nie stwarzać zamieszania. Później jednak, już po mszy, gdy przyszła pora na katechezę wygłaszaną przez księdza, siedziałem i słuchałem z dużym zainteresowaniem, konfrontując jego wykład z własnymi doświadczeniami i wiedzą.

            Po tych pierwszych, niepewnych krokach, szybko złapałem rytm. Oprócz rzeczonych mszy z katechezami dochodziły cotygodniowe spotkania z siostrą-katechistką, z którą omawiałem swoje przemyślenia na temat Boga, Pisma Świętego i ich wpływu na moje życie. Z biegiem czasu czułem się w kościele coraz pewniej i coraz bardziej świadomie słuchałem słów liturgii mszalnej, które pobudzały moje własne myśli o Bogu.

W spotkaniach katechumenatu uczestniczyłem chętnie, gdyż spotykałem tam jasne i zrozumiałe wprowadzenie do wiary katolickiej, a także niezwykle przyjazną atmosferę ze strony zarówno współtowarzyszy w drodze do chrzcielnego źródła, jak i tych, którzy nas prowadzili – sióstr jadwiżanek i świeckich katechistów. Przez cały czas wielkie wrażenie robiła na mnie siostra Alicja, kierująca całym przedsięwzięciem – rzadki przykład osoby, która potrafi robić dziesięć rzeczy jednocześnie i to na najwyższym poziomie. Potem, kiedy już do chrztu było coraz bliżej, przydzielono mi ojca chrzestnego (nikt z mojej rodziny nie jest praktykującym katolikiem). On również okazał się człowiekiem niezwykle sympatycznym, z którym prowadziłem bardzo interesujące rozmowy. Działał w ośrodku jako katechista, a na bożonarodzeniową agapę przygotowywał ciasta – prawdziwy człowiek renesansu. Generalnie, społeczność, w której się znalazłem, była bardzo życzliwa. Dzięki niej pojąłem znaczenie wspólnoty w chrześcijaństwie.

Z drugiej strony, do chrzcielnego źródła szli wszyscy razem, ale każdy we własnym tempie. Ośrodek kształtował w nas zarówno potrzebę wspólnotowego praktykowania wiary, jak rozwijania własnej, indywidualnej relacji z Bogiem. W czasie tej drogi pozbyłem się niektórych problemów, które, jak mi się zdawało, stały na przeszkodzie pełnemu odczuwaniu Bożej miłości. Jestem człowiekiem, który kieruje się w życiu bardziej rozumem niż uczuciami, więc o ile rozumiałem teoretycznie zasady wiary chrześcijańskiej i skutki ich przestrzegania, o tyle trochę niepokoiła mnie własna niezdolność do wewnętrznych przeżyć związanych z Bogiem. Miałem wiele przemyśleń, ale mniej emocji. Jednak nie było się czym martwić: po prostu każdy przeżywa tę relację po swojemu, stosownie do własnych możliwości duchowych. Jednemu wystarczy uczestnictwo w niedzielnej Mszy Świętej, podczas gdy drugi chodzi do kościoła nawet po kilka razy w tygodniu – i żaden z tych dwóch nie jest gorszy od drugiego.

Co jakiś czas natrafiam na wypowiedzi ludzi, którzy odczuwają obecność Bożą, wpływającą na nich ze wszech miar pozytywnie. Martwiłem się, że nie odczuwam Jego obecności. Potem jednak zrozumiałem, iż takie poczucie, choć niewątpliwie wspaniałe, nie jest koniecznym warunkiem bycia człowiekiem wierzącym. Często przywoływana przez moją katechistkę św. Teresa z Lisieux cierpiała właśnie z tego powodu, że nie odczuwała obecności Boga. Podobne cierpienia przeżywała matka Teresa z Kalkuty. W ich przypadku zapewne problem spotęgowany był tym, że już tę Obecność wcześniej poznały – ja natomiast zwyczajnie nie wiem, co mnie omija. Na podobnej zasadzie utrata wzroku jest tragedią dla człowieka, który wcześniej widział, zaś niewidomy od urodzenia nie ma aż takiej świadomości straty. Tymczasem wiara polega również i na tym, że można nie odczuwać w sposób niewątpliwy, że „On jest tu, On żyje”, a mimo to w Niego wierzyć.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie