40 węzłów – to lubię

O pogoni za uciekinierami, walce z żywiołem i nauczycielach aniołach z Piotrem Kulą, zawodnikiem kadry narodowej żeglarstwa klasy Fin, rozmawia ks. Piotr Sroga.

Ks. Piotr Sroga: Media donosiły o Twoim dobrym wyniku podczas ostatnich Żeglarskich Mistrzostw Świata w Holandii. Jak wyglądała walka o siódme miejsce?

Piotr Kula: – Regaty Pucharu Świata są bardzo ustandaryzowane w tej chwili. Jest to cykl imprez odbywających się w różnych częściach świata. W poszczególnych zawodach bierze udział około 80 osób, które kwalifikują się na podstawie wcześniejszych wyników. Regaty trwały sześć dni. Podczas pierwszych pięciu odbywały się dwa wyścigi na określonej długości i podczas ustalonego czasu. Przyjechaliśmy bezpośrednio z Pucka, gdzie także żeglowaliśmy z kadrą i nie mieliśmy czasu, aby zbadać akwen. Cieszę się obecnie dobrą kondycją, więc byłem wypoczęty. Wiał silny wiatr, nawet do 40 węzłów – a ja to lubię. Pamiętam jeden z wyścigów. Na pierwszej boi byłem trzeci. Prowadzących dwóch zawodników uciekło daleko do przodu. Za mną była reszta floty. Poczułem się tak mocny, że nie myślałem o tych, co za mną, ale żeby dogonić prowadzących. Mieli oni przewagę około 70 metrów. Dogoniłem jednego z nich i zredukowałem przewagę do długości łodzi. Był tak zmęczony, że popełnił kilka błędów na kursie na wiatr, dzięki temu zająłem wtedy drugie miejsce.

Co to jest właściwie klasa Fin, w której startujesz?

– Jest to klasa łodzi olimpijskich. Największa jednoosobowa łódź olimpijska. Waży 116 kilogramów. Ma 10 metrów kwadratowych żagla i 4,5 metra długości. Zaprojektowano ją na igrzyska w 1952 roku w Finlandii. Stąd nazwa Fin.

Pochodzisz z Biskupca, tam się wychowałeś. Kiedy pierwszy raz chwyciłeś za ster?

– Gdy miałem siedem lat. Mój tata i ojciec chrzestny zabierali mnie, mojego brata i kuzyna na rejsy po Mazurach, podczas których zdobyliśmy podstawy żeglowania. Choć były to rejsy turystyczne, wymagano od nas pełnego zaangażowania. Nie można było poszczególnych zadań wykonywać pobieżnie. Mieliśmy zostać przyzwoitymi żeglarzami. Jako siedmiolatek dostałem także od ojca wyremontowaną łódeczkę klasy Optimist. Pamiętam pierwsze szoty, które musiałem buchtować, to znaczy tak zwinąć linę, by się nie poplątała.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie