Chrześcijanie w czasach zarazy

Pierwszy przypadek zarażenia ebolą w Europie zaniepokoił rządy i wielu zwykłych ludzi. Tymczasem w Afryce sytuacja się nie polepsza.

„W styczniu będzie już 1,5 mln zarażeń ebolą w zachodniej Afryce. To jest statystyka, ale ja boję się szczególnie o coś, co się z tym wiąże. Jestem pielęgniarzem. W lipcu i sierpniu pracowałem w państwowym szpitalu w Kanemie, w zachodniej części Sierra Leone. Mój szczególny strach jest związany z dwojgiem dzieci z Kanemy, bratem i siostrą. Chłopczyk miał koło czterech lat, dziewczynka siedem, może osiem. Chłopiec miał biegunkę, był bardzo słaby, zbyt słaby, by się podnieść, więc załatwił się pod siebie. Zdjąłem z niego brudne ubranie, umyłem go najlepiej, jak mogłem, brakowało wszystkiego. Następnego dnia rano znalazłem go w tej samej pozycji, jak go zostawiłem, nie oddychał. Potrząsnąłem jego rękę, by potwierdzić to, czego się domyślałem. Jego ciało było sztywne i zimne. Jego siostra patrzyła, kiedy wkładałem ciało do worka. Nie wiedziała, co się dzieje. Wyniosłem jego ciało na zewnątrz, tam, gdzie leżały inne ciała. Stan dziewczynki bardzo się pogorszył, następnego ranka cała była we krwi, jej twarz była obrazem bólu, nie oddychała. Włożyłem ją do worka i położyłem obok brata. Nie wiem, co się stanie, jeśli to się powtórzy milion razy. Więc, bez względu na cenę, trzeba to powstrzymać, proszę”. William Pooley, katolik, brytyjski wolontariusz, który mówił to drżącym głosem na konferencji prasowej, powołał się tu na najbardziej pesymistyczny scenariusz, przewidziany przez symulację statystyczną przeprowadzoną przez amerykański rządowy Ośrodek Kontroli i Prewencji Chorób.

Model matematyczny, który zastosowano, wskazał, że za kilka miesięcy liczba zarażonych ebolą w Afryce sięgnie od 500 tys. do ponad 1,4 mln przypadków. Takie algorytmy potrafią być zawodne, ale trzeba pamiętać, że pierwszy raz Afryka ma do czynienia nie z jednym, lecz dwoma ogniskami epidemii. Jedno, znane już od pół roku, powstało w Gwinei, by rozprzestrzenić się na sąsiednie kraje, a drugie w środkowej części kontynentu, w Prowincji Równikowej Demokratycznej Republiki Konga (dawnym Zairze). To drugie jest znane dopiero od dwóch miesięcy i pozostaje na razie zjawiskiem lokalnym, jednak prawie każdy, kto był ostatnio w Afryce, jest raczej pesymistą. Epidemia wyrasta na czymś, czego nie da się szybko usunąć.

Choroba skrajnej biedy
Kraje najbardziej dotknięte chorobą – Liberia, Gwinea i Sierra Leone – zajmują kolejno 175., 179. i 183. miejsce na oenzetowskiej liście wskaźnika rozwoju ludzkiego (Kongo jest 186., przedostatnie). Weźmy przykład Gwinei. Światowa Organizacja Zdrowia zaleca, by całość wydatków na ochronę zdrowia wynosiła co najmniej 15 proc. środków budżetowych – w tym kraju (i sąsiednich) to niecałe 3 procent. Ten procent nieustannie zresztą kurczy się, gdyż międzynarodowe instytucje finansowe, jak Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy, domagają się spłaty pożyczek, które miały podnieść jakość życia. Prawie cała Afryka Zachodnia jest zadłużona po uszy – jeśli dostaje jeszcze pożyczki, to głównie na spłatę poprzednich. Skutki są przewidywalne. W 2012 r. w Gwinei pojawiła się dawno niewidziana epidemia cholery – wówczas 8 tys. przypadków i z każdym rokiem więcej. 30 tys. ludzi umarło tam w zeszłym roku na malarię. Jeśli policzyć ofiary innych występujących masowo chorób, jak odra, biegunka, AIDS, dotychczasowy śmiertelny bilans eboli wygląda na razie wręcz marginalnie. Problem polega na tym, że epidemia eboli, z powodu szybkości rozprzestrzeniania się (na obecnym etapie liczba zarażonych podwaja się co 3 tygodnie), doprowadziła do faktycznego rozpadu i tak bardzo skromnych systemów opieki zdrowotnej. Na przykład w całej Liberii przed epidemią było tylko 49 lekarzy. Połowa z nich już nie żyje. We wszystkich dotkniętych krajach 60 do 75 proc. śmiertelnych ofiar choroby stanowią kobiety, bo to one najczęściej zajmują się chorymi, począwszy od pielęgniarek i sprzątaczek w szpitalach i lazaretach. W Sierra Leone od ubiegłego tygodnia trwa strajk grabarzy wyznaczonych do grzebania ofiar eboli. Państwo miało im płacić olbrzymie jak na tamtejsze warunki pieniądze – ok. 400 dolarów miesięcznie, ale sparaliżowana jest również administracja i wypłaty przestały napływać. Śmiertelność wśród grabarzy nie różni się od reszty zagrożonej populacji, bo w Afryce, ze względu na temperaturę i wysoką wilgotność powietrza, nie da się pracować w szczelnych kombinezonach dłużej niż 15 minut, nawet jeśli są do dyspozycji. Ani personel medyczny, ani grabarze najczęściej nie są więc odpowiednio chronieni. Dostęp do czystej wody pozostaje trudny, ludzie są niedożywieni, a bardzo uboga infrastruktura i trudności transportowe w sytuacji rozpadu służb państwowych faktycznie uniemożliwiają prawidłową walkę z epidemią.

«« | « | 1 | 2 | » | »»
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Rozpocznij korzystanie