Afganistan, duma i rozczarowanie

Zakończenie 13-letniej interwencji NATO w Afganistanie nie oznacza, niestety, końca wojny.

Pobity, publicznie wykastrowany Mohammad Nadżibullah, były prezydent Afganistanu z czasów 10-letniej interwencji ZSRR w tym kraju, we wrześniu 1996 roku zawisł na latarni w Kabulu, kiedy talibowie ostatecznie zdobyli stolicę. Wcześniej, w 1979 roku, gdy Moskwa zdecydowała się wysłać swoje wojska, by poprzeć komunistyczny rząd w Kabulu, doradca prezydenta Cartera, Zbigniew Brzeziński, wpadł na pomysł, by na użytek zimnej wojny poprzeć zapomniany od kilku stuleci koncept świętej muzułmańskiej wojny przeciw najeźdźcy. Wielkie pieniądze ze Stanów i Arabii Saudyjskiej popłynęły do madras – pakistańskich i afgańskich szkół koranicznych – i tak narodził się zbrojny, narodowo-religijny ruch talibów, który dziś przymierza się do powrotu do władzy. Doskonale wie o tym Aszraf Ghani, aktualny prezydent Afganistanu. Jak inni, uznawani przez talibów za kolaborantów, nie chciałby podzielić losu Nadżibullaha. W ubiegłym wieku talibowie potrzebowali 7 lat, by po wyjściu wojsk ZSRR zdobyć stolicę. Jak będzie tym razem? Bilans afgańskiej wojny NATO zależy od odpowiedzi na to pytanie.
 

Niebezpieczne miejsce

„Razem wyprowadziliśmy Afgańczyków z ciemności i rozpaczy, by dać im nadzieję na przyszłość” – mówił gen. John Campbell, amerykański dowódca Międzynarodowych Sił Wspierania Bezpieczeństwa 28 grudnia 2014 roku, na uroczystości kończącej misję NATO. Problem polega na tym, że czas i miejsce uroczystości trzeba było do ostatniej chwili trzymać w tajemnicy w obawie przed zamachem lub atakiem. NATO opuściło Afganistan, czując oddech talibów na plecach. Prezydent Obama zapewnił, że jego kraj wychodzi „bezpieczniejszy” z „najdłuższej wojny w historii Stanów Zjednoczonych”, podkreślił, że amerykańska interwencja pomogła Afgańczykom odbudować ich kraj, przeprowadzić pierwsze wybory i dokonać pierwszej demokratycznej transformacji.

Tym niemniej przyznał, że „Afganistan pozostaje miejscem niebezpiecznym”. Jeszcze przez rok pozostanie tam więc 12,5-tysięczny kontyngent wojskowy z misją ochrony stolicy i szkolenia afgańskich jednostek rządowych. W styczniu 2017 roku ma tam pozostać już tylko ochrona amerykańskiej ambasady. Amerykanie nie chcą popełnić błędu Rosjan, którzy niedługo po zakończeniu interwencji przestali popierać „swój” lokalny rząd. Według porozumienia podpisanego we wrześniu ubiegłego roku NATO będzie wypłacać pensje 350 tys. członkom afgańskich sił bezpieczeństwa (wojsku i policji) do 2024 roku, by utrzymać kruche status quo. „Jesteśmy dumni z dokonań w Afganistanie” – powtarzają w wywiadach telewizyjnych amerykańscy oficerowie. Lista sukcesów jest jednak krótsza od listy porażek.

Afganistan ma dziś więcej dróg, szkół i szpitali niż w 2001 roku. W edukacji, która mocno ucierpiała w czasie wojny domowej (1989–1996) odnotowano największy postęp: liczba uczniów szkół podstawowych i średnich wzrosła z 1 miliona do ponad 7 mln – 68 proc. chłopców i 44 proc. dziewczynek uczęszcza dziś do szkół. Znacznie, choć nierównomiernie, poprawił się dostęp do podstawowej opieki medycznej. To skutek 104 mld dolarów wydanych przez Stany Zjednoczone na poprawę infrastruktury. Stanowiły one tylko 10 proc. wydatków wojennych, ale przyniosły najbardziej wymierne efekty społeczne. Gigantyczne pieniądze, które wraz z wojskami zagranicznymi napływały do kraju, pobudziły jego wzrost gospodarczy – średnio 9 proc. rocznie. Temu rekordowi towarzyszył inny, nigdzie dotąd nie spotykany na świecie: zagraniczna pomoc finansowa była co roku wyższa od całości produktu krajowego brutto. Było to jednak stosunkowo łatwe, bo Afganistan ciągle należy do najbiedniejszych krajów naszej planety.
 

Stabilizacja bez stabilizacji

Zabihullah Mudżahid, rzecznik prasowy talibów, ocenił skutki wojny oczywiście zupełnie inaczej niż gen. Campbell – według niego 13 lat pobytu NATO w Afganistanie zakończyło się „absolutną porażką” Sojuszu. Po odsunięciu talibów od władzy w 2001 r. NATO nazwało swą misję „stabilizacyjną”, jednak statystyki są bezlitosne: im dłużej trwała ta stabilizacja, tym bardziej była iluzoryczna. Talibski ruch oporu, złożony głównie z Pasztunów, największej grupy etnicznej kraju, narastał systematycznie, mimo szerokich ofensyw, bombardowań, akcji pacyfikacyjnych, tortur czy prób przekupstwa. Tylko w ciągu 10 miesięcy ostatniego roku obecności NATO z rąk talibów zginęło 4,6 tys. Afgańczyków należących do rządowych sił bezpieczeństwa, podczas gdy NATO przez całe 13 lat straciło niespełna 3,5 tys. żołnierzy. Tę dysproporcję łatwo wytłumaczyć: żołnierze z Zachodu, chronieni pancerzem najnowszych technologii militarnych w ufortyfikowanych bazach, byli dużo bardziej bezpieczni od talibów, sił rządowych czy zwykłych cywilów. Wzrost antynatowskiego oporu, szczególnie od 2006 r., był spowodowany licznymi „szkodami ubocznymi” bombardowań, codzienną śmiercią cywilów. Kiedy ostatniej jesieni Brytyjczycy opuścili „swoją” prowincję Helmand, niemal całe jej terytorium błyskawicznie opanowali talibowie – bez wątpienia dzięki poparciu ludności, która ma dość wojennego chaosu. Paradoksalny fakt, że wielu Afgańczykom „spokój i bezpieczeństwo” kojarzy się dziś raczej z talibami niż wojskami NATO, to największe rozczarowanie władz Sojuszu.

Hamid Karzaj, były „amerykański” prezydent Afganistanu, myśląc o losie Nadżibullaha, już w 2010 r. podjął pierwsze próby rozmów z talibami. Niewiele z nich wynikło, gdyż nie chcą oni rozmawiać o żadnych rozwiązaniach politycznych, dopóki zachodnie wojska całkiem nie opuszczą kraju. Dziś rząd afgański zechce bez wątpienia podjąć podobne próby, ale problemem jest narastająca niestabilność władzy. Przeprowadzone wiosną ubiegłego roku wybory były według obserwatorów zagranicznych kompletną farsą. „Wygrał” je mało znany Aszraf Ghani, były dyrektor w Banku Światowym, który prawie całą karierę zawodową prowadził za granicą. Drugi kandydat na prezydenta – Abdullah Abdullah, bardziej popularny bojownik antytalibski, a później dyplomata, nie pogodził się z porażką, przez co o mało nie doszło do rozpadu całej kabulskiej administracji. Dopiero długotrwała mediacja Johna Kerry’ego doprowadziła do kompromisu: Ghani pozostał prezydentem, a Abdullah „szefem władzy wykonawczej”, kimś między prezydentem a premierem. Takiego stanowiska nie przewiduje afgańska konstytucja, ale pozorny polityczny spokój został uratowany. Kłopot w tym, że obaj rządzący nie byli w stanie dojść do porozumienia w sprawie składu rządu. I rządu ciągle nie ma.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Rozpocznij korzystanie