Byłem w więzieniu…

Przepełnione, ciasne, często rządzące się własnymi prawami. Filipińskie więzienia są tak samo znane, jak rajskie plaże wabiące turystów czy tajfuny regularnie pustoszące ten kraj. Polska urszulanka pokazała nam, jak niewiele trzeba, żeby wpuścić tam nadzieję i radość.

Stoimy obok największego aresztu w jednym z regionów na prowincji Filipin. Prowadzi do niego masywna brama wejściowa z fragmentami drutu kolczastego. Jedna furtka, potem druga. Powierzchowna kontrola. I pieczątka przybijana na dłoni z angielskim słowem „odwiedzający”. Sprawnie przechodzimy na dziedziniec. Najpierw dwie siostry urszulanki, które przychodzą tu od ponad 12 lat, za nimi my i dwóch polskich salwatorianów, którzy pomagają siostrom w więziennej pracy. – Regularnie potrzeba kapłanów do odprawiania Mszy św., spowiedzi czy też zwykłej rozmowy – tłumaczy s. Wioletta. To, że jesteśmy w składzie tej odwiedzającej ekipy, to jak wygranie losu na dziennikarskiej loterii. Przedstawicielom mediów niezwykle rzadko udaje się dostać w tej części świata do takich miejsc. Nie możemy jednak fotografować ani nagrywać. Jakub musi robić zdjęcia i-phonem.
 

Wstyd pierwszego wrażenia

Na dziedzińcu sporo ludzi. Wszyscy w pomarańczowych koszulkach. Słychać gwar rozmów. Pod jedną wiatą grupka mężczyzn mocno eksploatuje stoły do bilardu. Jeszcze większa pomarańczowa grupa im kibicuje. Pomarańczowy T-shirt to znak rozpoznawczy osadzonych. W drugim więzieniu takim identyfikatorem jest kolor żółty. Odgłos uderzanych bilardowych kul miesza się z okrzykami kibiców. A na to wszystko nakłada się dobiegająca z głośników dyskotekowa muzyka. Czy to na pewno więzienie? Gdy wchodzimy do cel, wątpliwości znikają. W jednej z nich na niewielkiej przestrzeni stłoczonych jest 300 osób. Trudno uwierzyć, że ta zakratowana przestrzeń pomieści nawet połowę tej liczby. Gdy wędrujemy po więziennym labiryncie, w pewnym momencie uderzają w nas opary smrodu. Jego źródłem są małe rybki, złożone w metalowej misce. Wcale się nie zepsuły. Jeden z więźniów oczyszcza je i przygotowuje na kolację. Będą podane z ryżem. Zresztą wszystko, co jedzą więźniowie, jest w pakiecie z ryżem. Czasami dostają sam ryż. A czasami nie mają nawet tego. Dzienny ryczałt żywnościowy przypadający na jednego osadzonego to 50 filipińskich pesos (około 1 euro). Tyle musi im wystarczyć na śniadanie, obiad i kolację.

W jednej z cel spotykamy 24-letniego doktoranta filozofii. Chłopięcy wygląd i mina, z której przebija wyłącznie smutek. Później zakonnica tłumaczy nam, że wskutek jakiejś intrygi oskarżono go o gwałt. Wszystko wskazuje na to, że niesłusznie. Jakie ma szanse, że sprawa się wyjaśni? – pytam. Na naiwne pytanie odpowiada mi tylko wymowne spojrzenie.

Niektórzy z nich długie miesiące, a czasami lata, czekają na rozprawę i decydujące orzeczenie: winny bądź niewinny. W uprzywilejowanej sytuacji są ci, którzy mówią po angielsku. Znacznie gorzej mają ci, którzy posługują się którymś ze 126 dialektów, jakie występują na Filipinach. Wówczas po długim czasie często okazuje się, że sędzia nie zacznie rozprawy, bo nie ma tłumacza. Sprawa jest odroczona, a człowiek trafia z powrotem za kratki. Czekanie zaczyna się od nowa.
 

Pod maską uśmiechu

Miejsca, które odwiedzamy są wspólne dla kobiet i mężczyzn. Spotykamy także małżeństwa. Niektóre z nich mają dzieci. Obok jednej z cel stoi kobieta w ciąży. W takich przypadkach trzeba się modlić o poród naturalny. Cesarskie cięcie to przecież operacja. W kraju, gdzie nie ma publicznej służby zdrowia, a ludzie po wielkim tajfunie „Yolanda” umierali w kolejkach do lekarza, operacja kosztuje majątek. Stać na nią niewielu, a w tej małej grupie raczej nie ma więźniów. Jeśli siostry chcą uratować kobietę i jej dziecko, muszą znaleźć pieniądze. A później zatroszczyć się o to, żeby dziecko wróciło do matki, czyli za kraty.

W drugim zakładzie karnym, który odwiedzamy, podchodzi do nas około 60-letni mężczyzna. Ciągnie za sobą prawą nogę. Nie może też podnieść do góry prawej ręki. Kilka dni temu miał wylew krwi do mózgu. Przeżył. Ma tylko sparaliżowaną jedną stronę ciała i kłopoty z mówieniem. Zakonnice ustalają, jakie lekarstwa mogą mu pomóc. Do chorujących więźniów rzadko wzywa się lekarza. To jeden z problemów, wobec których misjonarki często są bezradne.

Filipiny to piękny kraj, o dużych pokładach dóbr naturalnych, do tego gęsto zaludniony i z dużą warstwą społecznej biedy. Skrajna nędza to jedna z przyczyn ogromnej przestępczości. Gdy przechodzimy przez oddział żeński, siostry urszulanki pokazują nam kobiety, które trafiły tu za kradzież albo rozbój. Niektóre są bardzo młode. Kradły, bo nie miały czym nakarmić dzieci. Misjonarki nie usprawiedliwiają ich, starają się raczej zrozumieć, współczuć.

Bardzo dużo więźniów ma różne tatuaże. Szczególnie ważne są te na nogach. Mają znaczenie w więziennej, niepisanej hierarchii.
 

Cząstka normalności

W wielu celach zauważamy sporo akcentów religijnych. Często gdzieś na półce stoi krzyż. Widać różańce. Zza jednej z krat patrzy na nas Pan Jezus Miłosierny. W całym więzieniu przyjęła się Koronka do Bożego Miłosierdzia. Osadzeni modlą się nią codziennie o godz. 15. Trzy godziny później odmawiają w celach Różaniec. Jaki jest przepis na taką skuteczną ewangelizację? – Po prostu kupiłyśmy im wszystkim różańce. Wytłumaczyłyśmy, co to za modlitwa, czym jest dla chrześcijanina i powiedziałyśmy, że jeśli ktoś chce, to możemy się wspólnie modlić – opowiada s. Wioletta. Do więzienia trafiła 12 lat temu, tuż po przyjeździe na Filipiny, za sprawą kard. Luisa Antonia Tagle, metropolity Manili i najbardziej rozpoznawalnego z filipińskich hierarchów, nazywanego „azjatyckim Wojtyłą”. Któregoś razu kard. Tagle zaprosił na rozmowę Polkę oraz Włoszkę s. Margheritę i zapytał wprost, czy nie poszłyby do więzień, bo nikt specjalnie nie interesuje się ludźmi, którzy tam przebywają. Zgodziły się i rozwinęły to, co dzisiaj w episkopacie Filipin nazywa się dość sprawnie zorganizowanym duszpasterstwem więźniów. Nie miały żadnych wzorców. Postawiły na najprostsze środki.

– Nasze apostolstwo więzienne skoncentrowane jest na roku liturgicznym. Dbamy o to, aby ludzie mieli tutaj rekolekcje adwentowe, żeby czuli, że jest Boże Narodzenie. Staramy się obchodzić święta lokalne. W Roku Wiary mieliśmy swój festiwal wiary. W ubiegłym roku koncentrowaliśmy się na kulturze filipińskiej – wspomina s. Wioletta. – Więźniowie polubili dzielenie się słowem Bożym. Siadam między nimi, czytamy jakiś biblijny fragment i rozmawiamy. To chyba najlepszy punkt wyjścia do tego, żeby rozmawiać o tym, co to znaczy być chrześcijaninem i pokazywać wartość sakramentów – opowiada polska zakonnica. Dzisiaj więźniowie już sami dbają o przygotowanie Eucharystii. Stworzyli nawet własny chór.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Rozpocznij korzystanie