Opowieść o wyjściu z doliny

Długo nie wierzyłam, że znajdę się w tym miejscu mojego życia… Że będę mogła zaświadczyć, że istnieje wyjście z ciemnej doliny skłonności homoseksualnych.

Wielu ludzi wspierało mnie na drodze. Ta droga zaprowadziła mnie do prawdy o mnie samej i do radości życia. Chcę być też głosem nadziei dla tych, którzy w swoich zmaganiach czują się osamotnieni, zagubieni, pogrążeni w ciemnościach i może nie widzą sensu swojego życia.

Pogrążanie się w mroku

Urodziłam się jako bardzo żywa, bystra, radosna, ciekawa świata wrażliwa dziewczynka. Jednak wiele wydarzeń z mojego życia, a także zranień w relacjach zatrzymało mnie w drodze i nie pozwalało ufać, rozwijać się i rozkwitać. Przez wiele lat nie chciałam przyjąć swojej tożsamości, wyniszczałam się. Byłam zagubiona, wewnętrznie bezdomna, chodziłam po omacku. Od dziesiątego roku życia byłam uzależniona od seksu, potem od pornografii. W okresie dojrzewania zaczęłam zabijać swoją kobiecość w różny sposób – alkohol, papierosy, głodzenie się… Miałam też długotrwałe stany depresyjne. Żeby czuć cokolwiek, potrzebowałam mocnych wrażeń, więc była też muzyka „prosto z trumny” – rock gotycki, tańce ezoteryczne i rytualne, sztuki walki, alternatywne metody leczenia… Pogrążałam się coraz bardziej.

Istniałam głównie na poziomie intelektu i działania. Nie potrafiłam nawiązać żadnej bliskiej, zdrowej relacji. Było wprawdzie mnóstwo ludzi wokół mnie, ale nikt mnie nie znał. Wśród rówieśników zawsze czułam się inna i w okresie szkolnym większość czasu spędzałam sama. Nie odczuwałam też żadnego zainteresowania płcią przeciwną. Tak naprawdę chciałam być chłopakiem. Czułam się gorsza i bardzo cierpiałam z powodu poczucia odrzucenia. W okresie studiów wzmogło się moje pragnienie przyjaźni z kobietami. Jednak w wielu relacjach, które próbowałam nawiązać, przekraczałam niepostrzeżenie granicę bliskości i relacje przeobrażały się w uzależniające związki homoseksualne. Wtedy jeszcze nie chciałam tego dopuścić do swojej świadomości i przez wiele lat żyłam w zakłamaniu.

Wychowałam się w rodzinie katolickiej i od dzieciństwa wierzyłam w istnienie Boga, ale strach nie pozwalał mi się do Niego zbliżyć i przyjąć Go do swojego życia. Tak naprawdę wolałam je mieć pod kontrolą. Ale przyszedł taki moment, kiedy wszystko runęło i stanęłam pod ścianą… Rozpadł się mój czteroletni związek z kobietą, jednocześnie, duchowo uwikłana w tańce rytualne ku czci obcych bóstw, byłam w destrukcyjnej relacji z mężczyzną. Nie rozumiałam już niczego i zobaczyłam, że nie potrafię poradzić sobie z życiem.

Na granicy życia i śmierci

Wtedy Bóg wyciągnął do mnie koło ratunkowe i trafiłam na wieloletnią terapię, w czasie której potrzebowałam też pomocy farmakologicznej. Ten intensywny, bardzo trudny i bolesny proces, w którym wielokrotnie byłam na granicy życia i śmierci, pomógł mi poznać przyczyny moich skłonności, mojego zagubienia we własnej płci, umożliwił powrót do tych wydarzeń z życia, które zatrzymały mnie w drodze. Dla mnie oznaczało to powrót aż do życia prenatalnego. Zawsze myślałam, że dostałam w domu rodzinnym wszystko, czego potrzebowałam, i patrząc z zewnątrz, tak się mogło wydawać. Ale w terapii odkryłam brak bliskiej, emocjonalnej relacji z mamą, szczególnie w okresie dojrzewania, i swoją silną identyfikację z ojcem. Zobaczyłam, że w naszych rodzinnych relacjach zabrakło okazywania mi ciepła i miłości. Powoli zaczęłam zbliżać się do prawdy o sobie, także o swoich skłonnościach, które dopiero na terapii zostały nazwane.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • Zbyszko z Bogdańca
    11.01.2016 13:31
    Z zainteresowaniem i lekkim zdumieniem przeczytałem dwa razy ową opowieść w najnowszym numerze Gościa i szczerze mówiąc jestem zdziwiony. Pewną niefrasobliwością Redakcji w zatwierdzeniu tego akurat tekstu jako "świadectwa osoby wychodzącej z homoseksualizmu". Moim bowiem zdaniem z wychodzeniem nie ma to bowiem wiele wspólnego. Raczej z akceptacją swojej osoby i swojej seksualności po serii różnych wydarzeń w zyciu osobistym. Mamy tutaj egocentryczkę zapatrzoną w siebie, egoistycznie postrzegającą rzeczywistość wokół siebie. Pisze niemal wyłącznie o sobie, wszędzie i co chwilę jest "ja, mnie, moich". Widać olbrzymie skupienie na sobie - cecha większości homoseksualistów. Monstrualnie wyolbrzymione cierpienie psychiczne, opisywane w nieskończoność w różnych przesadnie upiększonych zwrotach zasłania to czego brakuje w owym świadectwie - brak uznania swojego homoseksualizmu za grzech i zdecydowanej chęci postawienia tamy dotychczasowemu życiu, zrobienia kreski i rozpoczęcie normalnego życia z mężczyzną. Na półtorej strony tekstu są pokazane przeżycia kobiety nie potrafiącej sobie poradzić z własną seksualnością, która zresztą ma wokół siebie różnych pomocników w rodzaju choćby znajomego księdza przyjaciela, który "jako człowiek wrażliwy i żyjący w Bogu przyjął ją ze wszystkim, także z jej skłonnościami i cierpieniami", a mimo to ona wciąć upadała i wstawała i ksiądz ten jej w tym pomagał... I mimo to znów dotykała dna czyli jej homo przygoda trwała w najlepsze...
    Tyle tu jest o bólu, cierpieniu, a gdzie postanowienie, że nie będę już tego robić? Gdzie twarde podjęcie decyzji o zmianie stylu zycia? Gdzie poszukiwanie męskich odpowiedników poznawanych kobiet, gdzie próby zakochiwania się w facetach? Zamiast tego czytamy o rodzeniu się z Ducha, o miłości Bożej trwającej w nas mimo naszych słabości, mimo naszych upadków. Wszystko pięknie, ale w końcu trzeba sobie powiedzieć dość, nie można w nieskończoność powtarzać, że Bóg mnie kocha taką jaką jestem, więc mogę iść tak dalej i upadać i się podnosić, bo jest mój dobry kapłan, który zawsze przyjmie mnie i przytuli i zrozumie moje cierpienie...
    Błędne koło, w jakim tkwi autorka świadectwa, nakręca tylko jej egocentryzm i skupienie się na sobie, na kochaniu tylko siebie, kochaniu swojego ciała, cieszeniu się swoją kobiecością itp. Gdzie tutaj jest duchowa walka ze swoją seksualnością? Ja jej nie widzę. Zamiast tego pod koniec tekstu (strona 50) czytam: "A ilekroć zdarzają mi się jeszcze fascynacje i zakochania, Bóg pokazuje mi, czego pragnę w sobie, zakochując się w drugiej kobiecie. Często danie sobie czułości (sic!) czy współczucia oddala fantazje" - wg mnie to nieporozumienie i niezrozumienie sensu ewangelicznego podejścia Jezusa do homoseksualizmu.
    Po takich przejściach, bo godzinach spędzonych na rozmowach z księdzem przyjacielem, ta kobieta nadal pozwala sobie na zakochania, na związki homoseksualne oparte na czułości, zwyczajnie nie kontroluje siebie, jest jej widocznie dobrze tak jak jest i dorabia do tego ideologię "kochającego Boga, rozumiejącego jej potrzeby". Duży błąd - Bóg nie może tego zaakceptować, bo to nie jest związek kobiety z mężczyzną, tylko wciąż homoseksualne doznania.
    Żeby zacytować dalej ze str.50-tej: "Zaczynam też nawiązywać i utrzymywać różne bliskie relacje, także z mężczyznami, wobec których czuje się coraz bardziej swobodnie jako kobieta". Zwracam uwagę na to "także z mężczyznami", bo to dobitnie dowodzi, że autorka nadal nawiązuje bliskie relacje z kobietami, czyli nadal jest czynną homoseksualistką, a tylko czasami nawiązuje relacje z facetami. Jednocześnie kobieta uważa się za bliską Bogu, uważa że Bóg sprawuje nad nią opiekę i nie wymaga od niej właściwie nic w zamian, np. tego aby - wzorem ewangelicznych nakazów - porzuciła całkowicie homoseksualną sferę życia dla całkowicie heteroseksualnej. Nie ma w tekście nic z tych rzeczy. Jest za to szczegółowo opisana droga wyjścia z pustki (bagna) egoistycznego seksu bez związku z drugim człowiekiem do - może mniej egoistycznego, ale wciąż nie nastawionego głównie na dawanie - związku z nim. Ale wciąż z kobietą i czasem może z mężczyzną. A gdzie tutaj jest - bo ja tego nie widzę u autorki świadectwa - choćby wzmianka o nastawieniu się odtąd na wyłącznie trwały i jednoznaczny związek z płcią przeciwną, tylko z mężczyzną, dążenie do małżeństwa, twarde postawienie sprawy, że mój homoseksualizm jest błędem i odtąd już nie będę utrzymywać związków z kobietami? Że tego wymaga ode mnie ewangeliczny Bóg, który twardo i jasno mówi mi, że homoseksualizm zawsze był, jest i będzie grzechem ciężkim przeciwko naturze, obrzydliwością, bezwstydem.
    Zamiast tego jest rozmywanie Boga, rozdrabnianie Go na drobne, dokładnie tak jak postępują dziś środowiska przychylne homolobby - ukazuje się Boga jako dobrego pasterza, który przyjmuje cię takim jakim jesteś, ze wszystkimi twoimi troskami i cierpieniami i pozwala ci robić dalej to co robisz i jeszcze się tobą opiekuje, abyś mógł to robić bez dalszych cierpień. Nie wymaga, nie karze, jest bardzo cierpliwy i wybaczający. Także gdy po raz pięćdziesiąty zrobisz to samo i znów do Niego przyjdziesz po rozgrzeszenie... zamiast poczynić mocne postanowienie poprawy już po pierwszym, albo piątym razie i trwać będziesz w tym postanowieniu, rozumiejąc, że tak trzeba, że to jest miłe Bogu. (cdn)
  • Zbyszko z Bogdańca
    11.01.2016 13:32
    (cd poprz. komentarza)
    Dla mnie to nie jest realne świadectwo wychodzenia z homoseksualizmu, ale rozmydlenie sprawy, pokazanie rzekomego braku wymagań Boga wobec homoseksualistki, która uważa, że może robić co tylko zechce, a Bóg i tak będzie ja kochał i jej sprzyjał. Dziwi, że katolicka redakcja katolickiego pisma tak bezkrytycznie przyjęła owe świadectwo i zamieściła je na łamach pisma drukowanego. Moim zdaniem był to błąd, tak jak błędne jest moim zdaniem podejście autorki do swojego homoseksualnego problemu i pokrętne metody wychodzenia z niego.

    Najpierw musisz podjąć decyzję czy chcesz zerwać ze swoim homoseksualizmem, czy chcesz całkowicie zmienić swoje życie, brutalnie wywrócić je na drugą stronę, a to nie jest decyzja prosta, bo wiąże się z tym być może osamotnienie, niezrozumienie i może życie ze świadomością, że nikomu bliskiemu nigdy nie będziesz mógł się zwierzyć z historii swojego życia, że to będzie taka mega tajemnica pomiędzy tobą i Bogiem. W sumie nikogo nie obchodzi twoja historia i nikt - poza Bogiem - tak naprawdę cię nie rozumie. Nie myśl, że jakikolwiek kapłan zrozumie twoją sytuacje i "cię przyjmie taką jaką jesteś". Jest tylko człowiekiem z całym zasobem swoich osobistych przeżyć i uwarunkowań, ma swoje podejście do życia i na pewno czytał nieraz ewangelię.
    A im dalej w to nowe życie tym trudniej. Nie przestajesz gdzieś w głębi odczuwać pociągu do tobie podobnych, ale twardo stoisz przy raz podjętej decyzji i idziesz za ciosem, nie pozwalasz, aby krótkotrwałe uczucia znane ci z przeszłości zniweczyły to co już dokonałaś - zakończyłaś niemoralną stronę swego życia i rozpoczęłaś nową - zgodną z Ewangelią. Idziesz w kierunku związku z mężczyzną jeśli jesteś kobietą i na odwrót - poznajesz kobiety jeśli jesteś facetem. Na początku ci nie idzie, kolejne nieudane faule, spotykasz różne dziwne indywidua, dziękujesz, zapominasz, ale próbujesz dalej... Prosisz Boga w modlitwie, aby pomógł ci rozeznać tych ludzi, których sama nie rozumiesz, ale chcesz poznać, by pomógł ci wybrać dobrze, bo to jest wybór na resztę życia. W końcu spotykasz kogoś, kto pasuje może nie całkowicie ale z kim dobrze ci się rozmawia i +/- podoba ci się fizycznie. Zaczyna się cos nowego, zdrowa relacja, z którą nie musisz się wstydzić pokazać na ulicy, ani pocałować/przytulić w metrze, która nie wywoła na twarzy przechodniów grymasu niechęci czy wrogości, a wręcz przeciwnie - uśmiech:).
    Stała codzienna modlitwa jest częścią tego procesu, pomaga też nieco wsparcie najbliższych, jeśli wiedzą o tobie... jakaś msza zamówiona przez nich w twojej intencji... ale pamiętaj, że udać się to wszystko może jedynie przy twoim osobistym mega mocnym postanowieniu i sukcesywnym działaniu na rzecz budowania związku z płcią przeciwną i wyłącznie przeciwną - przy jednoczesnym całkowitym odrzuceniu "zalotów" twojej własnej płci.
    Osobiście jestem w trakcie takiej zdrowej, choć bardzo brutalnej przemiany - po 10 latach (od rozpoczęcia życia seksualnego ze swoją płcią) trwania w homoseksualnych związkach, trwam w 12-letnim jak dotąd już okresie czysto heteroseksualnym, z kilkuletnim stażem małżeńskim, w którym jest mi raz dobrze, a raz gorzej - jak to w małżeństwie - i nie chcę tego stanu zmieniać. Swojego świadectwa jednak nie opiszę, bo to sprawa pomiędzy mną i Bogiem.

    Uważam jednak, że homoseksualizm nie jest wrodzony ani genetycznie uwarunkowany, jak lubią podkreślać środowiska gejowskie. Jest on sprawą wyboru drogi życia, która dokonuje się w młodości, a ten wybór można zawsze dokonać na nowo. Jeśli zaczynasz seks w młodości, może być on równie dobrze gejowski jak i heteroseksualny - zależy jak zaczniesz, w jakich warunkach, na co trafisz szukając wyładowania swoich emocji. W okresie fascynacji swoim ciałem i ciałem drugiego człowieka jest zrozumiałe, że młodziaki potrzebują się wyszumieć. Wszystko zależy od tego jak się zacznie. Z czasem jednak, jeśli pojawią się w twym życiu jakieś sprzyjające warunki, masz szansę zakończyć ten okres czystej, acz grzesznej i z zasady nietrwałej przyjemności i rozpocząć coś trwalszego w nowej rzeczywistości.

    Jednak zniechęcam do określania siebie jako niedostatecznie mocnego w silnej woli jaka jest potrzebna, by zmienić siebie trwale.
    Nawiązując jeszcze do świadectwa autorki tekstu w Gościu - która sprawia wrażenie takiej właśnie bezradnej wobec własnej seksualności, nie umiejącej się z tego samodzielnie wydobyć, nie potrafiącej podjąć decyzji - tak, możesz taką decyzję podjąć i konsekwentnie iść w tym kierunku, z Bożą pomocą. Ale musisz stanąć w prawdzie wobec siebie i nazwać rzeczy po imieniu! Tak, możesz zakończyć swoje homoseksualne kontakty i znajomości, aby nie przypominały ci owego grzesznego życia, które zostawiasz za sobą. Możesz wszystko, musisz jednak najpierw chcieć. Powodzenia:)
  • czytelnik
    05.02.2016 09:12
    Piękne świadectwo!

    Zbyszko - być może rzeczy, o których piszesz, to kolejne etapy wychodzenia z homoseksualizmu. Lecz umknęła Ci jedna kluczowa sprawa: w zmaganiach z homoseksualizmem (nieczystością, pornografią, alkoholizmem itd) to nie homoseksualizm (nieczystość...) jest głównym wrogiem. To zaledwie skutek, więc nie pomoże "wyrzekanie się", "uznawanie za grzech" itd. To tak, jakbyś walczył z grzybem na ścianie, nieustannie go usuwając i pomijając fakt, że metr wyżej jest dziura w dachu. Najpierw trzeba załatać dziurę!
    I o tym jest to świadectwo. Łatanie siebie to nie egocentryzm, tylko mądrość.
  • c-a
    09.02.2016 22:50

    Piękne świadectwo !!!
    Zbyszko z Bogdańca@- nie oceniaj , żebyś sam nie był w taki sam sposób oceniony przez Stwórcę .
    Powtarzam , piękne świadectwo wychodzenia z ciemności , choroby itp. Nie można , jak Ty to Zbyszku proponujesz ,, urabiać " kogoś na swoją modłę . Cierpienie jak też i wychodzenie z niego jest indywidualną cechą każdego człowieka . Chwała Panu , że następnej osobie udało się wyjść z tego zaklętego kręgu . Ponadto wypowiedź bohaterki jasno wskazuje na przyczyny , które w tę chorobę mogą wpędzić i na to powinni zwrócić uwagę rodzice wychowujący swoje dzieci .
    Istotne jest też to , co podkreśla autorka świadectwa -  dzisiejsza moda na akceptację , właściwie bezmyślną akceptację choroby  osób homoseksualnych .Utwierdzanie ich , że nic się nie stało , chociaż oni we własnym sumieniu doskonale wiedzą , że się STAŁO !!!

    Niech to świadectwo posłuży innym , niech im doda odwagi w walce o siebie .

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Rozpocznij korzystanie