Kawa z Jezusem

Z siostrą Haliną Madej rozmawia Marcin Jakimowicz.

Marcin Jakimowicz: Jak smakowała dziś kawa z Panem Jezusem?

S. Halina Madej: – Pan Jezus lubi taką jak ja: z mleczkiem i łyżeczką cukru (śmiech). Mogłabym zrobić niezły spot reklamowy: „Dzień bez kawy z Jezusem – dzień stracony”.

Skąd taki oryginalny pomysł?

– Odkrywam, że Pan Jezus jest pełen prostoty, zupełnie inny, niż sobie wyobrażamy. Tęskni za nami, chce być blisko nas.

Nie słyszała Siostra zarzutów: to zbytnie spoufalanie się z Najwyższym!

– Czasem było lekkie zdziwienie, ale większość osób „połykała haczyk”. Mówię im zresztą, że może to być równie dobrze „herbata z Panem Jezusem” (śmiech). Skąd ten pomysł? Mamy przyjaciół, lubimy z nimi przebywać, wypić dobrą kawuchę. A Pan Jezus jest moim Najwspanialszym Przyjacielem, więc czemu Go nie zaprosić?

Nie ma Siostra przed Nim żadnych tajemnic?

– Nie mam. Przeciwnie, chcę, by wiedział o wszystkim. Nie trzeba przed Nim niczego ukrywać, bo On zna się na rzeczy i wie, jak przyjść z pomocą. Tak naprawdę to nie muszę absolutnie nic robić, a On i tak się mną cieszy…

Ojciec Pelanowski powiedział kiedyś w naszej wspólnocie: „Boję się, że Jezus powie: »Augustyn, nie znam cię. Nigdy nie mówiłeś, jaki zespół piłkarski lubisz, jakiej muzyki słuchasz... Zawsze tylko lista skarg i zażaleń«. A Siostra? O czym Mu Siostra opowiada?

– O wszystkim. Jezus jest tak cudowny, że... zapominam o całym świecie! Nikt nie ma dla Niego czasu, więc cieszę się, że mogę Go ugościć.

Kiedy Siostra się z Nim zaprzyjaźniła?

– Jeszcze przed moim wstąpieniem do zgromadzenia. Należałam do oazy i miałam we wspólnocie naprawdę fajne przyjaciółki. Pewnego dnia, pamiętam, że była to sobota, coś mnie „napadło” i bardzo chciałam spotkać się i pogadać. Złożyło się jednak tak, że żadna z nich nie mogła mi poświęcić nawet chwili na rozmowę. Jedna akurat wyjeżdżała, inne były zajęte. Było mi jakoś ciężko na sercu, myślałam sobie rozżalona: „No tak, jak one chciały pogadać, to ja zawsze miałam dla nich czas...” i… poszłam do naszego kościoła. Był otwarty cały dzień, więc weszłam i usiadłam przed obrazem Jezusa Miłosiernego. Pamiętam, że ogarnęła mnie wyjątkowa bliskość Jezusa, odczułam, że On chciałby mi powiedzieć, że zawsze ma dla mnie czas, że mogę do Niego przychodzić, kiedy tylko zechcę, i dzielić się wszystkim, co mi leży na sercu. Zobaczyłam, że Pan Jezus dopuścił do tego zdarzenia, gdy koleżanki nie miały dla mnie czasu, by pokazać mi, jak wyjątkowym i niezawodnym Przyjacielem jest On sam.

Czy potrzebne jest osobiste przyjęcie Jezusa do serca? Kowalski zapyta: „A co to, sam chrzest już nie wystarczy?”.

– Chrzest jest warunkiem, by należeć do Pana Jezusa, obmywa nas z grzechu pierworodnego. Podczas różnych uroczystości odnawiamy we wspólnocie Kościoła przyrzeczenia chrztu świętego. Jednak bardzo ważną sprawą jest dobrowolne i pełne zaufania powierzenie siebie, swojego życia Jezusowi. On tak bardzo nas szanuje, że nie chce czynić niczego na siłę, klamka drzwi naszego serca jest tylko z naszej strony, Pan Jezus może jedynie kołatać, prosząc o wejście. Gdy Jezus staje się twoim Panem, nie musisz żyć w strachu o siebie, o twoich bliskich, o twą przyszłość, i wszystko, co cię spotyka, widzisz w zupełnie innym świetle.

Opowiada Siostra o osobistym doświadczeniu. Takie kruche, delikatne historie są podatne na wyśmianie, ironię, szyderstwo. Gdy zapytałem o nie o. Joachima Badeniego, pokiwał smutno głową: „Kto tego nie doświadczył, nic nie zrozumie. Nic a nic”.

– Opowiem o niesamowitym zdarzeniu tutaj, na Ukrainie. To dowód, jak bardzo o każdego z nas walczy Boże Miłosierdzie. Zachorował na raka staruszek. Przywieziono go do szpitala. Konieczna była amputacja języka. Pacjent leżał już na sali operacyjnej, a młody chirurg (niewierzący, nieochrzczony) szykował się do operacji. Chirurg chciał trochę rozweselić staruszka i żartobliwie zwrócił się do niego: „No, dziadku, powiedzcie jakieś ostatnie słowo, bo potem już nie będziecie mogli mówić”. I wtedy wzruszony dziadek wyszeptał: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Z oczu chirurga popłynęły łzy... Po trzech miesiącach odszukał kościół, poprosił o chrzest, spowiedź. Przyjął Jezusa do serca.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie