Ręce widzą za mnie

Zostaliśmy stworzeni na obraz Boga, czyli jesteśmy Jego portretami – mówi albertynka s. Lidia Pawełczak, która namalowała setki portretów.

Od kilkunastu lat ledwie dostrzega na nich cokolwiek. Cierpi na zwyrodnienie siatkówki. – Czy trzeba zacząć nie widzieć, żeby zobaczyć Boga? – pyta. Można dotknąć Boga? – zastanawiam się. – Bóg jest człowiekiem – uśmiecha się siostra. – Każda kobieta marzy, żeby przytulić się do pięknego, kochanego mężczyzny. – Jezus to piękny mężczyzna, który został okaleczony, sponiewierany, umęczony. Na obrazie „Ecce Homo” brata Alberta Chmielowskiego widać takiego Boga. Ludzie, którymi zajmujemy się w domu opieki prowadzonym przez nasze zgromadzenie w Krakowie, są samotni, starzy, biedni. To oni prowokują do pytania: „Czy masz odwagę mnie dotknąć w tej postaci, w jakiej teraz jestem?”.

I dopowiadają: „Byłem piękny i będę piękny”. Podczas beatyfikacji i kanonizacji brata Alberta s. Lidia namalowała dziesiątki kopii „Ecce Homo”. Wiszą w wielu kościołach. – To chwila, kiedy Piłat, wskazując na Jezusa, mówi do tłumów „Oto Człowiek”, a Chrystus stoi prawie w ciemności, trzeba podejść bardzo blisko, żeby zobaczyć twarz – opowiada. Teraz sama prawie dotyka oczyma swoich płócien i kartek, kiedy pracuje. Wśród szkiców z pierwszego etapu życia w zakonie, z których przygotowuje wystawę, jest kilka przedstawiających dłonie. – Dłonie też są portretem – mówi. – Jeśli się czegoś nie wyraża słowami, pomagają ręce. Na jednej z kartek widać ręce zakonnicy złożone po skończonym dniu. – To zgoda na to, co jest – objaśnia. – A siostra się godzi? – pytam. – Każdego dnia od nowa – odpowiada. – Kiedy rzeźbię w glinie, to ręce za mnie widzą. Wzrok jest wysubtelnionym zmysłem dotyku. Góra, na której Abraham miał złożyć ofiarę z Izaaka, w tłumaczeniu nazywa się „Bóg widzi”. To, że Bóg wszystko widzi i Jego wzrok jest dobry, daje mi nadzieję.

Twarz jak ryngraf

Zanim wstąpiła do albertynek, studiowała w Toruniu na Wydziale Sztuk Pięknych pod kierunkiem prof. Andrzeja Wojciechowskiego. Tata nie żył, mama spodziewała się, że córka, najmłodsza z piątki dzieci, będzie się nią opiekować na starość. Ale ona na trzecim roku podjęła decyzję, że idzie do albertynek. To przyszło nagle, nie była blisko Kościoła. Chodziła na Mszę w niedzielę dla świętego spokoju. Któregoś dnia sama zajrzała do Pisma Świętego. – Wtedy spotkałam się ze wzrokiem Boga, który jest światłem – mówi. – Naruszyłam normy panujące w moim środowisku. To było dla nich „stracone życie”. Dużo pomógł jej przykład samego brata Alberta. Rzucił pędzel, żeby służyć krakowskim bezdomnym.

– Stracił wtedy swoją pozycję społeczną, status materialny, przyjaciół, dobre imię – wylicza. – „Sztuka nie Bóg, nie można jej duszy poświęcić” – zapisał gdzieś. Kiedy młoda pisarka Pia Górska spytała, jak się rozliczy przed Bogiem z talentów, odparł: „Gdybym miał dwie dusze, tobym jedną poświęcił ubogim, a drugą sztuce, ale mam jedną, muszę wybrać, co ważniejsze”. Pamięta, że kiedy pojechała do domu generalnego w Krakowie, gdzie teraz wróciła po latach, siedząca na furcie stareńka s. Serafia Przydrożna zapytała ją: „A ty dziecko ile masz latek?”. „24” – odpowiedziała zgodnie z prawdą. W zakonie dobrze szyła i gotowała. Kiedyś jednak ktoś zobaczył, jak w czasie wolnym szkicuje. Jej prace się spodobały i tak malowanie wróciło. Kreśliła rysunki sióstr podczas ćwiczeń duchowych, czytania, rekreacji, konferencji, a nawet adoracji. – Szkice ich postaci to było tworzenie więzi między nami – uważa.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie