Otwarci i ortodoksyjni

O chrześcijaństwie między fundamentalizmem a naiwnością ze Zbigniewem Nosowskim, redaktorem naczelnym „Więzi”, rozmawia Jacek Dziedzina.

Jacek Dziedzina: „Więź” obchodzi swoje 55-lecie. Dociągniecie do setki?

Zbigniew Nosowski: – Ja na pewno nie (śmiech). Ale jak patrzę na młodzież, którą mamy w zespole, to myślę, że tak. Najlepsze, co „Więzi” przytrafiło się w ostatnich latach, to silna, młoda, twórcza i dynamiczna ekipa, z nowymi pomysłami.

Media się zmieniają, wyścig na newsy i ostrą polemikę sięga zenitu, a „Więź” staje się jeszcze bardziej „refleksyjna”, przechodząc z miesięcznika w kwartalnik. Nie boicie się, że z taką pogłębioną publicystyką zostaniecie w tyle debaty o sprawach bieżących?

– I jedno, i drugie jest potrzebne. „Nie ma nic bardziej praktycznego niż dobra teoria” – zwykł mawiać kard. Wojtyła, gdy jego świeccy współpracownicy narzekali na zbytnie teoretyzowanie kardynała. W środowisku „Więzi” próbujemy robić niektóre rzeczy szybciej, przygotowujemy się do mocniejszej opiniotwórczej aktywności w internecie. Natomiast pismo „Więź” z założenia ma zachowywać dystans. Jeśli się czegoś obawiam, to zjawiska nakręcania się różnych skrajności, walki „obozu postępu” z „obozem tradycji”. Bo wtedy te głosy, które nie chcą się w tak zdefiniowaną walkę włączać, przez obie skrajności mogą być skazywane na marginalność. I w tym widzę niebezpieczeństwo, że skoro nie mamy jasno zdefiniowanego wroga, nasz głos może być słabiej słyszalny.

Niekoniecznie wroga, ale nie ma co ukrywać, że toczy się ostra walka między różnymi wartościami, i to też znak czasu, na który trzeba odpowiedzieć. Nie uważa Pan, że „Więzi” brakuje bardziej radykalnego opowiedzenia się po konkretnej stronie?

– Radykalnie nie znaczy skrajnie. Wiele osób myśli, że skoro żyjemy w świecie rozmytych tożsamości, to znaczy, że nasza chrześcijańska tożsamość powinna polegać na odcinaniu się od złego świata. Mocną tożsamość myli się często z wojowniczością. A więcej jest w świecie ludzi pogubionych niż złych. Z nimi nie trzeba walczyć, raczej wspólnie z nimi trzeba poszukiwać.

Mówi Pan o dominacji rozmytych, niejasnych tożsamości, a czasem można odnieść wrażenie odwrotne: że ukształtowały się raczej tożsamości bardzo wyraziste, w których nie ma miejsca na szukanie prawdy, tylko na celne, błyskotliwe sformułowania. I niektórzy uznali, że „Więzi” zabrakło trochę jednoznaczności w tych sporach o wartości.

– Zarzut niejednoznaczności wobec „Więzi” oznacza, moim zdaniem, że albo ktoś nie zna „Więzi”, albo że myli jednoznaczność z atakowaniem wrogów, prawdziwych czy wyimaginowanych. My opowiadamy się jednoznacznie za wartościami, ale językiem dialogu, a nie językiem walki. I to nie jest „słabe” opowiedzenie się po konkretnej stronie. Wydaje mi się, że jest to język bliski temu, do czego wzywał chrześcijan Sobór Watykański II, i bliższy ewangelicznemu traktowaniu ludzi, którzy myślą inaczej. Powołaniem Kościoła jest być znakiem, obrazem stosunku Boga do człowieka. Jezus był gwałtowny wobec „swoich”, natomiast wobec „innych” bardzo łagodny. To współwyznawców wyganiał ze świątyni i nazywał grobami pobielanymi. Weźmy aktualny przykład związków partnerskich. Nic nie przyjdzie z oburzenia czy potępiania myślących inaczej. Trzeba szukać takiego sposobu mówienia o spotkaniu kobiety i mężczyzny oraz o małżeństwie, który może przekonać nieprzekonanych. Katolickie myślenie o antropologii i moralności opiera się przecież na założeniu, że to nie jest wizja specyficzna dla chrześcijan, ale uniwersalna, dla każdego człowieka. Można dojść do tego rozumem, niekoniecznie trzeba do tego używać wiary. I zwłaszcza w przypadku małżeństwa trzeba dziś olbrzymiego wysiłku, żeby w nowy sposób argumentować to, co przez wieki było oczywiste, a dziś już nie jest. W raporcie Laboratorium „Więzi” pod tytułem „Małżeństwo – reaktywacja” próbowaliśmy pokazać piękno małżeństwa, nie używając argumentów religijnych.

W wywiadzie rzece z arcybiskupem Józefem Michalikiem pada stwierdzenie prowadzących rozmowę, że tzw. katolicyzm otwarty obumiera. Na co hierarcha odpowiada, że ta tradycja nie jest już życiodajna i brak w niej młodego pokolenia.

– Na konferencji prasowej, na której prezentowano tę książkę, trójka młodych ludzi z „Więzi” wstała i wyraziła zdziwienie taką tezą, bo dla nich jest to tradycja życiodajna. Na co arcybiskup odpowiedział: Nie wiedziałem o waszym istnieniu...

Słuchałem nagrania z tej konferencji i arcybiskup Michalik mówił też, że czyta „Więź”, korzysta nawet z myśli w niej zawartych przy pisaniu kazań, ale akurat o tych młodych nie wiedział. Natomiast dziewczyny poprosiły też o rady dla „Więzi”. I padła odpowiedź: żebyście byli bardziej eklezjalni, złączeni z Kościołem i utożsamiali się także z jego wymaganiami, i żebyście nie powtórzyli starych błędów tzw. Kościoła otwartego.

– Nie bardzo zrozumiałem tę wypowiedź, bo „Więź” akurat od dawna walczy o to, by otwartość rozumiano jako tożsamość Kościoła, a nie tożsamość jakiejś frakcji.

Tak się jednak złożyło, że pewna grupa intelektualistów, „katolików otwartych”, sama wytworzyła taką aurę elitarności i wyższości nad masami i pobożnością ludową.

– Owszem, ale niewiele to ma wspólnego z oryginalną ideą katolicyzmu otwartego. W obecnym numerze „Więzi” sięgamy na przykład do klasycznej książki Juliusza Eski „Kościół otwarty” (wydanej 50 lat temu). Tam nie ma żadnej wyniosłości, żadnego potępiania „zamkniętych”. Otwartość to dla nas po prostu niezbędna część katolickiej tożsamości. Być otwartym na innych to znaczy być ortodoksyjnym.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Rozpocznij korzystanie