Najeźdźcy nie mówią w sango

Republika Środkowoafrykańska to kraj, w którym obala się dyktatorów. Jeden drugiego, po kolei. I końca tego cyklu nie widać.

W Libii Kadafi był jeden. Przez kilkadziesiąt lat ten sam. W Republice Środkowoafrykańskiej co pewien czas jeden Kadafi wymiata drugiego. Okresy przejściowe przy „zmianie kadencji” są, jak można się domyśleć, jeszcze bardziej rujnujące niż sama dyktatura. I to dlatego kraj, opływający w bogactwa naturalne, jest jednym z najbiedniejszych i najmniej stabilnych regionów na świecie. Na powierzchni dokładnie dwukrotnie większej niż Polska mieszkają ponad 4 miliony ludzi, którzy muszą oswoić się z kolejną „zmianą pałacową”.

Umarł dyktator, niech żyje dyktator

Dawna kolonia francuska usamodzielniła się w 1960 roku. Za niepodległość przyszło jednak zapłacić chaosem na młodej scenie politycznej. Już 6 lat później prezydent kraju został obalony przez wojskowych pod wodzą pułkownika Bokassy, którego dyktatorskie zapędy doprowadziły nawet do stworzenia Cesarstwa Środkowoafrykańskiego, oczywiście w rolę cesarza wcielił się sam pułkownik. Nowy władca miał w zwyczaju – co ujawniono po jego obaleniu pod koniec lat 70. XX wieku – swoich przeciwników rzucać na pożarcie krokodylom buszującym w pałacowym stawie. Po obaleniu Bokassy władzę ponownie przejął obalony przez niego Dacko, którego z kolei obalił tym razem inny pretendent do władzy dyktatorskiej – gen. Kolingba.

Później był jeszcze jeden kandydat do obalenia, którego z kolei usunął François Bozizé... obalony w marcu tego roku przez rebeliantów z tzw. Seleki (Przymierze), pod wodzą Michela Djotodii. Tak w ogromnym skrócie wygląda grząski grunt, na którym rozwija się – choć to niezbyt trafne określenie – to afrykańskie państwo. Obecny konflikt wydaje się jednak wyjątkowo skomplikowany do zrozumienia przez Europejczyków. Nawet wrzucenie przeze mnie prezydenta Bozizé do jednego worka z takim dyktatorem jak Bokassa jest dużym uproszczeniem dla potrzeb objęcia całości. Jedno jednak nie ulega wątpliwości: nie ma jednej zorganizowanej rebelii. To raczej wybuchowy związek przecinających się interesów różnych grup etnicznych, klanów, ale również zainteresowanych przejęciem władzy w tym kraju bojówek z sąsiednich państw.

Kruchy rozejm

Obecny konflikt wybuchł na dobre pod koniec grudnia ubiegłego roku. Wówczas zjednoczone siły rebeliantów, występujące właśnie pod nazwą Seleka, zajęły wschodnią część kraju. Cel: obalenie prezydenta Bozizé. Jednym z powodów miało być niewywiązanie się prezydenta z obietnicy wcielenia grup tworzących teraz Selekę do armii. W styczniu tego roku wydawało się jednak, że sytuacja jest nieco opanowana – w Gabonie spotkali się reprezentanci Seleki, opozycji politycznej i rządu, którzy, o dziwo, podpisali porozumienie. Wydawało się, że przynajmniej przez jakiś czas mieszkańcy kraju odpoczną od kradzieży i przemocy. Tymczasem na początku marca rebelianci wznowili działania zbrojne i zaczęli zajmować poszczególne miasta, dopuszczając się przy tym gwałtów na ludności cywilnej, kradzieży mienia i niszczenia urzędów państwowych, kościelnych oraz organizacji międzynarodowych. Jak powiedzieli nam pracujący w RŚA misjonarze – niejednokrotnie dochodziło do profanacji kościołów i Najświętszego Sakramentu. – Pomimo reakcji biskupów RŚA oraz niektórych organizacji międzynarodowych sytuacja w kraju nie poprawia się, a ludzie na zajętych terenach coraz bardziej cierpią – napisał w specjalnej relacji przysłanej do GN ks. Mirosław Gucwa, wikariusz generalny diecezji Bouar. Prezydent Bozizé natomiast całą winą za pogorszenie sytuacji obarczył członków Seleki. Mówił o tym publicznie m.in. na spotkaniu z młodzieżą z okazji 10. rocznicy przejęcia przez siebie władzy (notabene dokonanej również na drodze rebelii).

Najeźdźcy muzułmańscy

Wystąpienie to nie pozostało bez reakcji Seleki. Po nim wystąpili z nowymi żądaniami, domagając się między innymi dymisji prezydenta, uwolnienia więźniów politycznych oraz wycofania wojsk południowoafrykańskich z terytorium RŚA. Wyznaczyli 72-godzinne ultimatum, po którym zapowiedzieli przejście do ataku na Bangui. W przeciwieństwie do rebeliantów, prezydent nie potraktował tych żądań poważnie. I rzeczywiście po upływie trzech dni rebelianci ruszyli na stolicę od wschodu, zajmując kolejno miejscowości położone wzdłuż drogi do Bangui. I w Niedzielę Palmową triumfalnie wjechali do stolicy, a prezydent uciekł z kraju. – W Bangui rozpoczął się istny koszmar – pisze w swojej relacji ks. Gucwa. – Żołnierze Seleki to najemnicy z krajów muzułmańskich: Czadu, Sudanu, Nigerii i z północno-wschodniej części RŚA. Przy okazji dokonanego zamachu stanu oni sami i wielu innych buntowników, których w takich przypadkach nie brakuje, rozpoczęli kradzieże i rozboje w stolicy. Po Mszy św. dzwoniłem do znajomej rodziny w Bangui. Akurat w tym momencie rebelianci dobijali się do ich bramy. Po południu, kiedy ponownie do nich zadzwoniłem, okazało się, że zabrali im „tylko” samochód. Wiele w tym czasie przeżyli kapłani tarnowscy pracujący w Bimbo, 9 km od centrum stolicy: Krzysztof Mikołajczyk i Michał Rachwalski – opowiada ze szczegółami misjonarz.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Rozpocznij korzystanie