Fikcyjna transakcja

O kredytach udzielanych we frankach szwajcarskich powiedziano już wiele. Nie tylko powiedziano, ale także obiecano. Na obietnicach utemperowania niczym nieograniczonych apetytów banków się skończyło. Dlaczego?

W ostatnich dniach spory oddźwięk i ferment wywołała opinia profesora Witolda Modzelewskiego, prawnika i doradcy podatkowego. Profesor mówi wprost, że niektóre zapisy w umowach kredytowych są niezgodne z prawem, a państwowe instytucje są albo uwikłane w niejasne interesy z bankami albo są za słabe, by na łamanie prawa reagować. W obydwu wypadkach instytucje powołane do pilnowania prawa i ochrony obywateli nie działają, a obywatel ze swoimi problemami zostaje sam. W udzielonym „Gościowi Niedzielnemu” wywiadzie prof. Modzelewski precyzuje, które zapisy są niezgodne z prawem. Tłumaczy także, dlaczego – jego zdaniem – instytucje państwowe wykazują dziwną obojętność, i odpowiada na zarzuty krytyków dotyczące jego opinii. 

Tomasz Rożek: Czy banki były w posiadaniu franków, które pożyczały swoim klientom?

Prof. Witold Modzelewski: Przez ostatnie miesiące czy nawet lata przy każdej większej zmianie kursu franka szwajcarskiego przez media przetacza się dyskusja na temat tzw. frankowiczów. Przedstawia się ich kredyty jako kredyty walutowe, ale to nigdy nie były kredyty walutowe. Przed rokiem na posiedzeniu komisji senackiej przedstawiciel ministerstwa finansów powiedział, że wśród tych tak zwanych kredytów frankowych kredytów walutowych było tylko ok. 2 proc. Reszta to były kredyty złotowe denominowane lub indeksowane w walutach obcych. Cały czas mówimy zatem o kredytach złotówkowych.

Denominowanych czy indeksowanych – co to oznacza w praktyce?

Najprościej mówiąc, bank nie pożyczał od Szwajcarii żadnych franków, a więc ich nie miał. Nie mógł zatem pożyczać ich swoim klientom. Pożyczał złotówki, ale przeliczał je tak, żeby wysokość długu i rat była uzależniona od kursu franka.

Czy to nie jest detal techniczny?

Nie. My nie dyskutujemy o kredytach walutowych, tylko o jakiejś formie kredytu złotowego o zmiennej kwocie długu. I powstaje pytanie, czy udzielanie takich kredytów jest legalne. Przecież wielkość długu była tutaj uzależniona od zmiennej niezależnej, jaką jest kurs franka. Gdyby kredyt był udzielany we frankach, gdyby klient na swoje konto w banku dostawał przelew we frankach, nie byłoby problemu. Bo we frankach wielkość długu nie ulega zmianie. Tyle tylko, że klient dostawał złotówki, bo banki nie miały żadnych franków.

Czy można takich kredytów udzielać?

Oczywiście, że nie. Od lat powtarzam, że takie postępowanie jest niezgodne z prawem. Zresztą moja opinia nie jest odosobniona, potwierdzały ją sądy, do których zwrócili się kredytobiorcy. I nie ma znaczenia, czy taką umowę podpisaliśmy, czy też nie. Jeżeli w umowie znajdzie się paragraf niezgodny z prawem, w tym zakresie umowa jest nieważna. Jest jeszcze drugi aspekt tego problemu walutowego. Banki co miesiąc zamieniały się w kantor i handlowały walutami, których nie było. Same ustalały kurs franka i na niego narzucały swoją marżę, zwaną spreadem. Czy ktoś, kto nie posiadał w chwili sprzedaży walut, mógł dokonać tego rodzaju czynności? Czy ta czynność nie była pozorna, a w zasadzie fikcyjna? To pytanie, na które także odpowiadały już sądy w naszym kraju. Cała operacja sprzedaży franków była tylko operacją na papierze, bo sprzedający w chwili sprzedaży nie miał franków, więc nie mógł ich sprzedać. Tym samym nabywca ich nie otrzymywał. Otrzymywał złotówki. Pod tym względem operacja ta jest tylko albo aż tworem księgowych i ich wyobraźni.

Znany ekonomista prof. Witold Orłowski stwierdził, że nie jest złamaniem prawa sprzedaż czegoś, czego się nie posiada. Jako przykład podał dilera samochodowego. Klient płaci za samochód, ale diler dopiero po zapłaceniu samochód sprowadza. W chwili dokonania transakcji sprzedający nie ma towaru, który sprzedaje.

To nie jest dobre porównanie. Samochód jest tak zwaną rzeczą oznaczoną co do tożsamości, czyli umowa dotycząca sprzedaży samochodu może dotyczyć rzeczy przyszłej pod warunkiem, że ta rzecz zostanie faktycznie dostarczona. Pieniądze nie są oznaczone co do tożsamości. Gdy pożyczam komuś np. 1000 franków i chcę, by później oddawał mi je po kawałku, muszę mieć 1000 franków i muszę przelać na rachunek kredytobiorcy 1000 franków. Innymi zasadami prawnymi rządzi się sprzedaż rzeczy oznaczonych co do tożsamości, a inne zasady obowiązują w przypadku rzeczy nieoznaczonych. Podam inny przykład. Sprzedaję 1000 litrów paliwa, którego nie mam. Pan też tego paliwa nie ma, bo niby skąd, skoro go panu nie dostarczyłem. Ale pan za nie zapłacił. To jest złamanie prawa. Transakcji nie było, bo przed jej zajściem ja nie miałem tego, co sprzedawałem, a po transakcji nie miałem tego ani ja, ani pan. To nie są żadne odkrycia, to zasady wynikające jeszcze z prawa rzymskiego.

Skoro w umowach kredytowych znalazły się zapisy niezgodne z prawem i sądy to potwierdziły, dlaczego nie zajęły się nimi instytucje kontrolne?

Komisja Nadzoru Finansowego (KNF), która ma bardzo duże uprawnienia i została powołana, by dbać m.in. o legalizm działania, powinna zalecić usunięcie niedopuszczalnych klauzul.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • Jacek
    14.03.2015 20:31
    Witold Modzelewski to ten sam, który opracował "dziurawe" prawo podatkowe, a później poprzez swoją firmę pomagał za opłatą korzystać ze stworzonych przez siebie luk podatkowych?
  • Mirax
    20.03.2015 23:09
    Tak, Jacku, to ten. Zastanawia mnie, który z Panów, pytający, czy pytany, bardziej nie wiedział o czym mówi. Red. Rożek chciał usłyszeć o tym, że państwo nie działa, a prof. Modzelewski podważył zasadę działania chociażby giełd towarowych.
  • adamp_314
    09.04.2015 15:01
    Banki mają wiele za uszami, stosują wiele nielegalnych chwytów. Ale akurat udzielanie kredytów indeksowanych frankiem szwajcarskim do nich nie należy. Może zamiast przydługiego gadania o niczym rozmówca podałby choć namiary na konkretny artykuł ustawy, który jego zdaniem został naruszony? Z tego wywodu wynika, że gdyby banki udzielały kredytu we frankach a klient sam zamieniał je na złotówki to było by OK. A, że to samo wykonuje się razem w pakiecie to jest be. Jaka tu logika?
  • Andrzej H.
    12.04.2015 22:17
    Do Adamp_314

    "..Jaka tu logika" - ano taka ze banki sa zmuszone do tworzenia tzw. rezerw walutowych a skoro nie maja frankow i ich nie mialy to rezerw w tej walucie tez nie maja. I tego boi sie Belka - bo nasz bank centralny daje gwarancje skarbu panstwa dla w/w bankow. Dziwnym narodem jestesmy - banki robia sobie co chca - zreszta nie ma co im sie dziwic skoro prawo na to pozwala a ludzie dalej je bronia. NIe wspomne o fakcie ze tytlko Polska i Rumunia daja kredyty nie pod zastaw nieruchomosci ale pod wartosc - a to oznacza ze bank zabierze mieszkanie , wplacona kase i moze sobie naliczyc kosztow operacyjnych 200% kredytu i scigac goscia do konca zycia. WUALA
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie