Co robi sędzia po godzinach?

Prowokacja wobec znanego sędziego wywołała temat granic politycznego zaangażowania trzeciej władzy.

Tę historię jako pierwsi opisali na portalu Kulisy24.pl Agnieszka Burzyńska, Michał Majewski i Sylwester Latkowski, byli dziennikarze tygodnika „Wprost”. Ale nie wprost. Brak w ich opowieści nazwisk, autorzy zarzekają się, że „jeszcze nigdy nie mieli takiego dziennikarskiego dylematu”. Nawet nie co do faktów, ale sposobu, w jaki zostały one pozyskane.

Wszystko zaczyna się od pewnego internauty, który dla zabawy (?) założył na Twitterze fałszywe konto dziennikarza znanego ze zdecydowanych, „antypisowskich” poglądów. Wkrótce dostał na nie wiadomość prywatną, niewidoczną dla innych użytkowników Twittera.

To ważna okoliczność, bo świadcząca o tym, że inicjatywa kontaktu nie wyszła od internauty, a dotyczyła propozycji „zmiany strategii” medialnej wojny z obecną władzą. Tweet podpisano: „pewien znany sędzia, chociaż z innego profilu”. Ale już w drugiej wiadomości ów sędzia podał imię i nazwisko. Faktycznie znane. Mało tego, nalegał na osobisty kontakt, zaś fałszywy dziennikarz, cokolwiek spłoszony, odpowiadał: „spotkanie z jakimkolwiek sędzią mogłoby mieć negatywny oddźwięk (dla obu nas) wśród opinii publicznej, muszę się zastanowić”. „Potrafiłbym takie spotkanie zorganizować. Dalibyśmy radę: )” – nalegał „sędzia”.

Owa wymiana zdań miała miejsce 18 stycznia. Dopiero w tym momencie na scenie pojawiają się dziennikarze. Internauta przesyła im bowiem skany rozmów z retorycznym pytaniem: „Czy tak powinien zachowywać się niezawisły, sławny sędzia?”.

Kim jest ten pan?

„Chcieliśmy mieć pewność, czy jako dziennikarze nie staliśmy się celem prowokacji. Nabraliśmy pewności, że tak nie jest. Sędzia przesłał »selfie« X-owi i przeprosił, że w wyciągniętej koszulce, ale akurat pisze uzasadnienie do wyroku. Ktoś powie, że zdjęcie to nie dowód. Można je podrobić. Można. Jednak pewnej rzeczy podrobić się nie da. »Znany sędzia« o umówionej godzinie i konkretnego dnia pojawił się pod wskazanym przez X-a adresem, by omówić strategię walki z nową władzą” – opisują finałową scenę tej komedii pomyłek autorzy tekstu na portalu Kulisy24.pl.

Publikacja wywołuje natychmiast w sieci falę dociekań i spekulacji. Fundacja Court Watch Polska, monitorująca wymiar sprawiedliwości, apeluje do redakcji o ujawnienie personaliów bohatera. „Bez tego po publikacji sędzia, którego ona dotyczy, mógł podlegać naciskom. Jeśli natomiast korespondencja była fałszywa i ktoś podszywał się pod sędziego, aby go skompromitować, tylko ujawnienie nazwiska pozwoli na ukaranie prowokatora” – czytamy na stronie fundacji. Autorzy tekstu jednak konsekwentnie odmawiają.

Na apel odpowiada natomiast Paweł Miter z „Warszawskiej Gazety”. Zapowiada opublikowanie całej korespondencji wraz z nazwiskiem. I dopiero stąd cała Polska dowiaduje się, że chodzi o Wojciecha Łączewskiego, sędziego, o którym głośno zrobiło się w 2015 r. po wydaniu drakońskiego wyroku na Mariusza Kamińskiego, b. szefa CBA. Zdaniem dziennikarza to ten właśnie sędzia miał (używając nazwiska Marek Matusiak) korespondować z Tomaszem Lisem… a raczej kimś, kogo za znanego dziennikarza uważał.

Na początku było przestępstwo

Wojciech Łączewski nie ma wątpliwości, że jest w tej sprawie poszkodowanym. Złożył nawet doniesienie o popełnieniu przestępstwa. Prokuratura Okręgowa w Warszawie wszczęła już w tej sprawie śledztwo. Kodeks karny przewiduje do 3 lat więzienia dla tego, kto „podszywając się pod inną osobę, wykorzystuje jej wizerunek lub inne jej dane osobowe w celu wyrządzenia jej szkody majątkowej lub osobistej”.

To właśnie jest powód, dla którego dziennikarze portalu śledczego umywają ręce od tej prowokacji, twierdząc, że nie byli jej pomysłodawcami ani wykonawcami, lecz jedynie całą sprawę opisali. To był ów dylemat, o którym napisali w swoim tekście. Nie ma bowiem wątpliwości, że na początku tej historii było przestępstwo. – Mieliśmy propozycję od internauty, aby przejąć owe fałszywe konto i prowadzić konwersację ze znanym sędzią, ale uznaliśmy, że to byłoby już przekroczenie granicy dziennikarskiej prowokacji – mówił w wywiadzie dla Polskiego Radia M. Majewski. Co więcej, autorzy tekstu poważnie rozważali wariant, że to oni mogą być prowokowani przez służby, tak nieprawdopodobna wydawała się cała historia.

Czy zatem można w ogóle mówić w tym przypadku o dziennikarskiej prowokacji, podobnej do tej, jakiej dopuścił się choćby wspomniany Paweł Miter, który we wrześniu 2012 r. zadzwonił do prezesa Sądu Okręgowego w Gdańsku Ryszarda Milewskiego, podając się za asystenta szefa kancelarii premiera Tomasza Arabskiego? Jeżeli już dziennikarze portalu Kulisy24.pl posłużyli się prowokacją, to dopiero w momencie, gdy podsunęli internaucie przyjęcie propozycji „znanego sędziego” w sprawie spotkania w konkretnym miejscu i czasie. I jeśli rzeczywiście osobą, która tam się zjawiła, był Wojciech Łączewski, to bez względu na nielegalne działania prowokatora trudno będzie sędziemu wyjść z tej sprawy bez szwanku.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie