Twardziel w czerwonym fiacie

Ma 95 lat na karku, ale nie brakuje mu sił na kolejne rozprawy sądowe. Karol Tendera walczy z zakłamywaniem historii niemieckich obozów koncentracyjnych.

W2015 r. zmarł Józef Paczyński, jeden ze świadków ludobójstwa w Auschwitz-Birkenau. Więzień nr 121, z przymusu fryzjer Rudolfa Hössa, był jednym z pierwszych, którzy przekroczyli bramę obozu. Jako prezes Klubu Auschwitz przez kilkadziesiąt lat swojego życia walczył o pamięć i wsparcie materialne dla innych więźniów. Pieczątka prowadzonej przez niego instytucji precyzowała nazwę: „Klub Byłych Więźniów hitlerowskiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau”. Kiedy odszedł z tego świata, jego miejsce zajął Karol Tendera, który zaskoczył wszystkich swoją pierwszą decyzją. Była nią niewielka, ale istotna korekta nazwy organizacji: przymiotnik „hitlerowski” Tendera zamienił na „niemiecki”. Nie pierwszy raz pokazał, że nie pozwoli na rozmywanie odpowiedzialności naszych sąsiadów za utworzenie obozów zagłady. Nic dziwnego: jako więzień nr 100430 przeżył eksperymenty medyczne, przeprowadzone przez niemieckich lekarzy, a przez kilkanaście miesięcy obserwował, jak umierają jego koledzy.

Tendera wielokrotnie podkreślał, że nie chodzi mu o rewanż, ale o prawdę. Właśnie dla niej regularnie spotyka się z niemieckimi wycieczkami odwiedzającymi obozy Auschwitz i Birkenau. – Młodzi pytają mnie, czy jest prawdą, że w czasie okupacji Polski budowaliśmy obozy koncentracyjne i mordowaliśmy. Szlag mnie trafia – przyznawał bez ogródek po pierwszym procesie z największą niemiecką telewizją ZDF, która w lipcu 2013 r. na swojej stronie internetowej użyła określenia „polskie obozy zagłady Majdanek i Auschwitz”. Tendera argumentował, że publikacja naruszyła jego poczucie przynależności narodowej. Za pierwszym razem przegrał proces, ale nie ustępował. Tuż przed Bożym Narodzeniem Sąd Apelacyjny w Krakowie przyznał mu rację i nakazał telewizji opublikowanie przeprosin. Nigdy się nie poddawał i chyba właśnie dlatego udało mu się przeżyć piekło Auschwitz.

Droga do Auschwitz

Karol Tendera urodził się w 1921 r. w Krakowie. Pochodzi z artystycznej rodziny: ojciec był muzykiem, a matka malarką. On sam jeszcze przed wojną chodził do szkoły powszechnej, a w czasie okupacji trafił do zawodówki – postanowił, że zostanie spawaczem. Jego plany zostały pokrzyżowane przez Niemców. Wiosną 1940 r. podczas warsztatów dyrektor szkoły wyczytał nazwiska uczniów, którzy wyjadą na przymusowe roboty. Trafili do fabryki samolotów w Hanowerze, gdzie naprawiali maszyny i czyścili silniki. Praca była ciężka, a jej wykonywanie utrudniały coraz częstsze naloty aliantów. Z kocami na głowach biegali do schronu, a perspektywa śmierci stawała się coraz bardziej realna.

Po roku Karol za przykładem swojego kolegi postanowił uciec, ale musiał się do tego przygotować. Za zaoszczędzone pieniądze kupił kapelusz i porządne buty. Wyglądał jak Niemiec, więc mógł swobodnie poruszać się po kraju. Do czasu. W Brzegu zatrzymała go Kriminalpolizei. Za ucieczkę z robót groziła mu nawet śmierć. Wywinął się, wmawiając funkcjonariuszom, że jedzie szukać zatrudnienia, bo w Polsce krucho. Uwierzyli i wysłali go do pracy we Wrocławiu. Znowu uciekł, pragnął dostać się do Krakowa. Kiedy wreszcie mu się udało, po krótkim czasie rodzinnej sielanki czekała go niemiła niespodzianka. Na początku 1943 r. aresztowało go gestapo. Nie wspominano nawet o ucieczce z robót. – Przyprowadzili pewnego księdza i kazali mi podpisać, że z nim współpracuję. Widziałem go pierwszy raz w życiu – wspominał po latach Tendera. Odmówił, więc go pobili. Od tamtej pory nie słyszy na jedno ucho.

Gdzie jest Bóg?

Miesiąc w więzieniu przy Montelupich, podróż ciężarówką i widok bramy z napisem „Arbeit macht frei”. Strażnicy bili więźniów szlauchami wypełnionymi piaskiem, później zagonili do sauny i kazali wykąpać się w gorącej wodzie. Do rąk dostali mydło z napisem „RIF – czysty żydowski tłuszcz”. Kierownik obozu zapowiedział, że nie będzie łatwo, a jak komuś się nie podoba, to od razu może pójść na druty. Załamał się. Mówił koledze, że może lepiej już teraz wszystko skończyć. – Władek był optymistą. Mówił: „posiedzimy pół roku i uciekniemy stąd”. Jemu zawdzięczam życie – przyznał po latach Tendera.

Szybko okazało się, że Karol ma wyjątkową umiejętność przystosowywania się do nowych warunków. W obozie spotkał znajomego swojego ojca. Mężczyzna pełnił w nim funkcję kapo, więc Tendera poprosił go o pomoc. Franciszek Nierychło załatwił mu pracę w kuchni. Karol szybko nauczył się gotować obozowe zupy, a kiedy przynoszono zabrany Żydom chleb, już wiedział, że w środku znajdują się kosztowności. W obawie przed ich zarekwirowaniem przekupił kowali jedzeniem i załatwił przetopienie złota w grubą, pomalowaną później na czarno sprzączkę. Przypięta do paska nie budziła zainteresowania.

Po przeprowadzonym przez esesmanów eksperymencie medycznym więzień obozu znalazł się na granicy życia i śmierci. Wstrzyknięto mu substancję, przez którą zachorował na tyfus. Miał jednak szczęście – lekarze zrobili wyjątek i pomogli mu odzyskać zdrowie.

Codziennie widział ogromne cierpienie więźniów obozu, wreszcie zwątpił w istnienie Boga i do tej pory nie odzyskał wiary. Po latach zwierzył się z tego w rozmowie z kard. Dziwiszem. – Kardynał długo zastanawiał się, co odpowiedzieć. Po czasie powiedział, że jeżeli widziałem to wszystko, to mogłem zwątpić. Dodał jednak, że do tego trzeba podchodzić z wiarą. W skrócie: „wierz i nie pytaj” – tak wspominał to spotkanie Karol Tendera.

Młody duchem

Koszmar skończył się w 1945 roku. Po powrocie z obozu Karol Tendera rozpoczął nowe życie: skończył studia i założył rodzinę. Znajomości ze współwięźniami z Auschwitz pomogły mu dobrze odnaleźć się w powojennej rzeczywistości, nigdy tego nie krył. Były więzień Lucjan Motyka, w tamtym czasie I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Krakowie, szybko załatwił mu posadę dyrektora naczelnego w Dyrekcji Budownictwa Rolniczego. Nie zapomniał o tym, co wydarzyło się w Auschwitz. Zaangażował się w Związek Bojowników o Wolność i Demokrację, zaczął działać w Związku Byłych Więźniów, a później w Klubie Auschwitz. Cały czas jeździ po Europie i wygłasza prelekcje o Auschwitz. Pozostaje czujny i sprawdza, czy gdzieś na świecie nie doszło do użycia określenia „polski obóz śmierci”. Do Baracka Obamy wysłał nawet list w tej sprawie – prezydent USA także popełnił bowiem ten błąd. Do korespondencji Karol Tendera dołączył swoją książkę „Polacy i Żydzi w KL Auschwitz 1940–1945”.

Choć jest już po dziewięćdziesiątce, cały czas jeździ po Krakowie swoim czerwonym fiatem, odwiedzając tzw. oświęcimiaków. Po wojnie w jego mieście było ich bardzo dużo, ale z roku na rok odchodzą, a z listy klubowiczów trzeba skreślać kolejnych członków. Chociaż Karol Tendera tryska energią i czuje się dobrze, przygotował już dla siebie nagrobek. W przeciwieństwie do wielu współwięźniów nie zamierza rezygnować z umieszczenia na nim informacji o tym, że przeżył obóz – głoszeniu prawdy o nim poświęcił przecież całe życie.

Walka trwa

– Wziąłem na siebie ciężar tego procesu, bo mam dość kalumnii i obelg na temat Polaków. Nigdy nie istniało coś takiego jak polski obóz zagłady. I ja udowodnię, że to Niemcy aresztowali, wieszali i mordowali – komentował w prasie sprawę ZDF-u Karol Tendera. Okazuje się, że sądowy nakaz przeprosin nie oznacza końca batalii. Pełnomocnik byłego więźnia zauważył, że telewizja niewłaściwie zrealizowała postanowienia wyroku: „Przeprosiny zostały opublikowane w formie grafiki. Z tego powodu tekstu przeprosin nie można odnaleźć z poziomu wyszukiwarek internetowych. Tekst przeprosin został poprzedzony komentarzem stanowiącym próbę umniejszenia winy”. Zaangażowany w sprawę prezes Stowarzyszenia Patria Nostra Lech Obara zapowiedział rozpoczęcie dochodzenia praw Tendery na gruncie niemieckich przepisów. Stwierdził także, że jego Stowarzyszenie nie przerwie walki przeciwko stosowaniu określenia „polskie obozy zagłady”. Cały czas toczą się jeszcze procesy przeciwko „Die Welt” i „Focus Online”.

– Polski rząd na takie stwierdzenia słabo reaguje, więc musimy działać my, ostatni świadkowie tragedii – mówił Karol Tendera, komentując materiał zapowiadający film „Nasze matki, nasi ojcowie” wyemitowany także w ZDF-ie. Były więzień obozu niedawno wyraził nadzieję, że aktualny rząd będzie bardziej zainteresowany rozwiązaniem problemu. Są na to duże szanse: w czerwcu 2016 r. MSZ przyznał Tenderze odznakę Bene Merito za walkę przeciwko stosowaniu przez media kłamliwego określenia „polish death camps”. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • Gość
    20.02.2017 16:08
    Jeśli temu panu wydaje się, że doprowadzi do skutecznego zakłamania historii i zakazu używania nazwy "polskie obozy koncentracyjne" - to pewnie się zawiedzie. Bo "polskie obozy koncentracyjne" istniały - mam na myśli te istniejące od początku 1945 roku, takie jak Zgoda - i straciło w nich życie tysiące ludzi. Pomieszanie pojęć można chyba tylko wyjaśnić wiekiem i brakami wiedzy historycznej bądź jej wyparciem. Proponuję jednak chwilę refleksji: jeśli określenie "hitlerowskie" w odniesieniu do obozów takich jak Auschwitz do stycznia 1945 jest "rozmyciem odpowiedzialności" (bo nie byli to żadni "hitlerowcy" tylko Niemcy), to analogicznie proszę nie przekonywać mnie, ze obozy istniejące od lutego 1945 to były obozy "komunistyczne" - one były polskie, oprawcy mówili w nich po polsku i podlegały polskiemu Ministerstwu Bezpieczeństwa. Jako obozy polskie były też postrzegane przez więźniów. A jeśli ktoś wysunie argument, że nie były polskie, bo przecież "Polska nie była niepodległa" proponuję namysł nad tym, czy III Rzesza była państwem w pełni wolnym i demokratycznym.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie