Z prądem i pod prąd

Biblioteka w Łunnie niedaleko Grodna. Choć połowę mieszkańców stanowią Polacy, „Nad Niemnem” Elizy Orzeszkowej dostępne jest tylko w języku białoruskim. Pożółkłe, zakurzone, nieczytane od lat stronice czekają na swoje miejsce w antykwariacie.

Ani razu w swym życiu nie widziała tych błyskawic, które z nieba ideałów zlatają w dusze mieszkańców ziemi; ani razu przed jej oczami nie wypadł z ziemi – nieba ideałów sięgający grot bohaterstwa. Nie widziała nigdy poświęcenia, dobrowolnie podejmowanych śmierci, walk, których by pole nie mierzyło się rozległością majątku czy szczęścia jednostki, a celem były ludzkość, naród, idea. („Nad Niemnem”, tom II, rozdz. IV).

Licencji na obiad brak

Polskie dyktando 2010. Co dwa lata organizowane przez Polską Macierz Szkolną. Tym razem miało odbyć się w trzech miastach: Mińsku, Brześciu i Grodnie. W sumie swój udział zgłosiło 600 osób. Władze białoruskie zrobiły wszystko, żeby utrudnić lub wprost uniemożliwić jego przeprowadzenie. W Mińsku dyktando odwołano. W Grodnie Macierz miała już załatwione wejście na uniwersytet. Nagle, dzień przed, o godz. 22, dzwoni sekretarka rektora z informacją: dyktanda na uczelni nie będzie. Szybka rezerwacja w restauracji: będzie obiad, a potem pisanie. Właściciel oddzwania po chwili i tłumaczy, że... nie ma licencji na wydawanie obiadów. 300 osób, z długopisami i kartkami w rękach, ciśnie się w polskim konsulacie. Podobnie w Brześciu, choć konsulat pomieścił tylko 100 uczestników.

– Opowiedzieliśmy się po tej „niewłaściwej” stronie Związku Polaków na Białorusi, to i problemy z władzą się zaczęły – Teresa Kryszyń, wiceprezes Polskiej Macierzy Szkolnej w Grodnie, mruga znacząco okiem. Podział na Polaków „reżimowych” i „polskich” jest tutaj bardzo głęboki. Nie mają ze sobą praktycznie żadnego kontaktu. – Toż ten ich Siemaszko nawet po polsku mówić nie potrafi – pani Teresa rozkłada bezradnie ręce, mówiąc o szefie ZPB uznawanego przez władze. Faktycznie, nawet do polskich dziennikarzy zwraca się po rosyjsku. Jest właścicielem najdroższego hotelu w Grodnie o swojskiej nazwie „Siemaszko”. Jego poprzednik, Józef Łucznik, przez ostatnie lata dla Polaków pozostających w nielegalnym ZPB także był synonimem oportunizmu wobec Łukaszenki. Ale przynajmniej miał na koncie wcześniejsze dokonania dla kultywowania polskości na Białorusi. I po polsku mówił. – A ja patrzyłam na te schodzące po schodach konsulatu dzieci, które przyjechały mimo tylu utrudnień i zastraszania, i zaczęłam płakać ze wzruszenia – dodaje. Jest jednak realistką. Zdaje sobie sprawę z tego, że to elita. Nad Niemnem większość Polaków nie mówi na co dzień po polsku. Według spisu powszechnego z 2009 roku, z ponad 230 tysięcy rodaków, zamieszkujących obwód grodzieński, zaledwie 5 proc. rozmawia po polsku w rodzinach.

Matematyk z ludzką twarzą

Łunna, ok. 30 km od Grodna. Na tle stolicy obwodu, imponującej świeżością odnowionych kamienic, wiejska gmina sprawia wrażenie, jakby zastygła kilkadziesiąt lat temu i przespała zmiany ostatnich dekad. Z Leonem Karpowiczem umawiamy się pod jego domem. Właśnie wrócił z Grodna ze zjazdu Związku Polaków na Białorusi. Rozmawiali głównie o sytuacji po aresztowaniu Andrzeja Poczobuta. – Ja z tego „niedobrego” Związku – zaznacza z uśmiechem. Właściwie nie musi, bo w klapie marynarki prowokująca biało-czerwono-biała nielegalna flaga Białorusi. Znak rozpoznawczy opozycji. – Trzeba jakoś wesprzeć tych Białorusinów. A milicja? Oni sami z siebie, bez rozkazu z góry, nic mi nie zrobią – mówi, stawiając wodę na herbatę na białym kaflowym piecu. Emerytowany nauczyciel matematyki. Kiedyś zaczął interesować się historią swojej miejscowości i został lokalnym krajoznawcą. Okazuje się, że w sennej Łunnie trochę się działo. – Odkryłem, że tutaj przed wojną żyło 1549 Żydów. Hitlerowcy wszystkich wywieźli do Auschwitz, wszystkich wymordowali, oprócz jednego. No więc zacząłem się starać, żeby tu było jakieś upamiętnienie tych ludzi. Bo jak to: zabito 1549 ludzi i nie ma po tym żadnego śladu? No i stoi teraz kamień z napisem – pokazuje nam owoc swoich działań. Jeden z wywiezionych Żydów uciekł do Izraela. Leon do dziś koresponduje z jego siostrą. – Piszemy w swoich językach, nic nie rozumiemy, ale wrzucamy mejle w tłumacza Google i wszystko jest jasne – śmieje się Leon.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie