Pruję do przodu!

Jako kilkulatek narysował na lekcji samolot i podpisał „pruję do przodu”. I leciał. Jak na skrzydłach. Zakochany po uszy w Kościele założyciel Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich, który… zmywał po braciach naczynia.


Jaki był zmarły przed dwoma tygodniami Pierre-Marie Delfieux? Dlaczego nazywano go jedną z najważniejszych postaci współczesnego Kościoła? Znów poczułem pociąg do Jerozolimy. Ruszyłem do wspólnot modlących się w Warszawie obok stadionu Legii. I włączyłem dyktafon.


Słynny założyciel
przy zlewie


Brat Ireneusz-Maria (Polak): Pierwsze nasze spotkanie dokonało się przez regułę. Przez „Livre de vie”. Później patrzyłem na Pierre’a-Marie przez pryzmat tego tekstu. „Źródło na pustyni miast” wpadło mi w ręce, gdy byłem już księdzem diecezjalnym na Warmii. „Przypadkowo” znalazłem się w Paryżu. Pojechałem na zjazd Taizé w 1994 roku. Wtedy spotkałem go twarzą w twarz. Pamiętam, że wszystko było na „tak”. Co zapamiętałem? Że potrafił słuchać. Przyjmował cię całym sobą. Wyczekiwał, nie przygniatał swą obecnością. Człowiek nie musiał przełamywać żadnych barier. 
Nieustannie odsyłał do Boga, nie zatrzymywał na sobie.

Chcieliśmy zorganizować mu urodziny, imieniny, ale uciekał od tego. Potrafił połączyć w sobie dwie postawy: ojca i brata. To nieprawdopodobnie trudne! Był ojcem (podejmował trudne personalne decyzje), ale jednocześnie bratem. Słowo „podwładny” nie istniało! Przez 17 lat nigdy nie usłyszałem tego słowa! Nie używał formuły „ojciec”, ale „brat”. 
Rozmawiał z tobą, przekonywał do swoich racji, ale na końcu uśmiechał się: „Jesteś wolny. Sam podejmiesz decyzję”. Zmieniałem często domy wspólnoty (Francja, Niemcy, Kanada, Polska). Zawsze Pierre-Marie wysyłał mnie na rekonesans, a potem pytał: „Czy chcesz jechać?”. To był zawsze dialog, nigdy dekret. Zawsze osobiste spotkanie, rozmowa, rozeznanie.
Sam przyjeżdżał na place budowy nowych fundacji. Uwielbiał to. Był tu, w Warszawie. Nie widział kupy gruzów, brudu – widział piękno, które zrodzi się po latach. Powiedział mi kiedyś: „Uwielbiam pracować. Jestem niedoszłym pracownikiem fizycznym. Wolałbym to robić, a muszę pisać i pisać” (śmiech). Budowa sprawiała mu ogromną frajdę. 
Gdy podszedłem do jego otwartej trumny w paryskim kościele 
św. Gerwazego, zacząłem się modlić. Tak jak zwykle modli się za zmarłego. Padłem na kolana i nagle złapałem się na tym, że ja nie mówię: „Wieczny odpoczynek”, „Zdrowaś Maryjo” czy „Ojcze nasz”, ale „Sanctus”! „Święty, Święty, Święty Pan Bóg zastępów…”. I pomyślałem: jemu to zawdzięczam! On nauczył mnie tego swym życiem. 
I banalna rzecz – Pierre-Marie zmywał naczynia po posiłkach braci. To była norma. A posiłki jadło często kilkanaście osób! Słynny założyciel, przełożony ogromnej międzynarodowej wspólnoty przy zlewie? Dla mnie – księdza z Polski – był to niezwykły szok i znak ogromnej pokory


Ooo, to największy grzech!


Siostra Joanna (przełożona wspólnoty sióstr): Najtrudniejsza rzecz na świecie? Uwierzyć, że Bóg cię kocha. Bardzo dotyka mnie pierwszy paragraf naszej reguły: „Całą swoją istotą przyjmuj miłość, którą Bóg pierwszy cię obdarza”. Od tego zaczyna się cała reguła! „Naucz się tych słów na pamięć” – zaproponował mi w Paryżu Pierre-Marie. Pamiętam, że spowiadałam się kiedyś u niego i powiedziałam, że nie wierzę wystarczająco w Bożą miłość. A on przerwał mi (a nie miał takiego zwyczaju!) i powiedział: „Ooo, to jest największy grzech – nie wierzyć w Bożą miłość”. Wszystkie inne grzechy są przecież konsekwencją tej niewiary.
Nie oglądał się wstecz. „Dwa lata pustyni? To był najwspanialszy czas mojego życia. Byłem najszczęśliwszą osobą na świecie” – opowiadał. „A nie chciałby brat na jakiś czas tam wrócić?” – zapytałam. „Nie ma takiej opcji! Nie wolno oglądać się za siebie. Teraz mam inne zadanie!”. Jakie? Tysiące drobnych spraw. Odpowiadanie na listy, słuchanie braci. Drobnostki, które sprawiają, że wzrastamy do świętości. 
Bardzo podoba mi się historia z jego dzieciństwa. Nauczycielka poprosiła dzieci: „Namalujcie swoje logo, godło, emblemat”. Kilkuletni Pierre-Marie zaczął z przejęciem szkicować. Namalował samolot i podpisał go: Je fonce! Czyli lecę, pruję do przodu. Gdy dowiedziałam się o tej historii, parsknęłam śmiechem. Patrzyłam na niego przez 17 i pół roku (aż tak długo mieszkałam w Paryżu) i rzeczywiście przypominał mi taki samolocik. Pruł do przodu. To był cały Pierre-Marie. 
Choroba? Nie zajmował się sobą, nie pieścił. Do szpitala poszedł jedynie ze względu na polecenie przełożonego. Nie było histerii, rozdrapywania ran. Był ogromny pokój. Przypomina mi w cierpieniu Jana Pawła II. Pięknie przeszedł przez tę lekcję. Przyjmował nasze małe gesty. 
Wiedział, że Polacy noszą w sobie jakiś rodzaj smutku – balast komuny, ran wypływających z osobistych tragedii. Kiedyś podszedł do mnie i zaczepił: „A prosiłaś już Boga o radość? Nie??? To proś! Przecież powiedział: proście, a otrzymacie. Ja na pustyni zrobiłem setki kilometrów, odmawiając Modlitwę Jezusową. Po francusku szeptałem: Panie, Jezu Chryste, Synu Boga żywego, daj mi Twój pokój i radość. I dał!”.
To prawda. Nigdy nie widziałam, by przez kilka dni chodził smutny. 
Jego cecha? Prostota, prostota i jeszcze raz prostota. W życiu we wzajemnych relacjach, w drobnych gestach. To zmywanie naczyń, o którym opowiadali bracia, to nie była żadna pokazówa. To była codzienność! Uwielbiał pielęgnować kwiatki. Praca w ogrodzie w Magdali, naszym domu rekolekcyjnym, sprawiała mu ogromną frajdę. Co mnie zachwycało? Jego ogromna wiara. Jak skała. Nie „pudrował” siebie. Był zwykłym, słabym człowiekiem i nigdy tego nie ukrywał. Cały czas mówił, że droga do świętości prowadzi przez naszą niedoskonałość.
Kochał Kościół. Pamiętam, jak bardzo cieszył się, gdy w 1996 r. Watykan zatwierdził po latach nasze konstytucje. Cieszył się jak dziecko! Był lekki, jakby ogromny głaz spadł mu z serca. Powiedział: „Teraz jesteśmy w rękach Kościoła. On uznał nasz charyzmat. I Kościół – jeśli zaczniemy robić jakieś głupstwa – może nas przywołać do porządku. Jeśli polecimy samolotem, a on spadnie do morza i nikt z nas nie przeżyje, a za sto lat ktoś odkurzy gdzieś te nasze konstytucje i zacznie nimi żyć, to dzieło będzie trwało! To nie jest już nasze!”.
Gdy spadł werdykt: „rak, przerzuty”, nie było w nim żadnej histerii. „Jestem gotowy. Idę do Jeruzalem niebieskiego” – zdawał się mówić. Bardzo mnie poruszyło to, że gdy wiedział, że zostało mu niewiele czasu, powiedział mi: „Zrozumiałem, że śmierć to największy akt miłości, jaki możemy oddać Bogu. Pomogła mi w tym wdowa z Ewangelii. Te dwa grosiki, które wrzuciła do skarbony to dusza i ciało. Jedyne, co możemy oddać Bogu”.


«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Rozpocznij korzystanie