Cygaro pokoju

Bez zaangażowania dyplomacji watykańskiej nie byłoby zbliżenia między Kubą a Stanami Zjednoczonymi – mówi nam Przemysław Hauser, b. ambasador Zakonu Maltańskiego w Hawanie i jeden z uczestników tego procesu. Pomocna okazała się m.in. jego przyjaźń z synem Fidela Castro.

Emocje, emocje

Nie było łatwo usiąść do stołu rozmów. Relacje były zdominowane przez silne emocje, argumenty merytoryczne odgrywały rolę drugoplanową. – Po 50 latach emocje były tak ogromne, że głównym celem dyplomacji watykańskiej i moim było ich wygaszenie – przyznaje Hauser. – Właściwie do żadnych spotkań na początku nie dochodziło ze względu na nieodpowiedzialne gesty. W 2010 r. organizowałem duży event charytatywny w szpitalu dla trędowatych pod Hawaną. Do współpracy zaprosiłem ambasadę Belgii i Sekcję Interesów USA. Zostałem wezwany na dywanik przez ministra spraw zagranicznych Kuby. Poinformowano mnie, że inicjatywa bardzo im się podoba, natomiast nie widzą możliwości mojej współpracy z Amerykanami, bo inaczej nie wydadzą zgody na event. Ja oświadczyłem, że albo Amerykanie będą obecni, albo nie będzie w ogóle tego eventu. I rzeczywiście odwołałem go, a następnie ostentacyjnie wyjechałem z Hawany. I to zostało zauważone zarówno na Kubie, jak i w USA. To pokazuje skalę ogromnych napięć, które były po obu stronach. Żeby w ogóle usiąść do stołu, trzeba było je najpierw załagodzić, w czym rzeczywiście pomagały moje relacje z rodziną Castro – dodaje Hauser.

Jego zdaniem decyzja Obamy z 2009 r. była istotna dla uruchomienia procesu, bo spowodowała ogromny ruch turystyki rodzinnej. Kubańczycy z Florydy zaczęli częściej odwiedzać rodziny, przywozić tam coraz więcej pieniędzy. – Przestali też patrzeć na Kubę jako na jedno wielkie więzienie. Wcześniej Kubańczycy z Florydy byli przeciwni jakimkolwiek rozmowom z reżimem Castro. Amerykanie robią tam badania fokusowe na temat polityki amerykańskiej. Obecnie ponad 70 proc. imigrantów kubańskich jest za zniesieniem embarga i wprowadzeniem nowych relacji z Kubą, co jeszcze 10 lat temu było nie do pomyślenia: aż 80 proc. było przeciwnych jakimkolwiek rozmowom z reżimem – dodaje.
 

Synowie Fidela

Były ambasador Zakonu Maltańskiego na Kubie miał nieraz okazję szczerze rozmawiać z synami Fidela Castro – także o tym, jak postrzegają reżim, który stworzył ich ojciec. – Oczywiście oni nie nazywają tego dyktaturą. To nie jest też rodzina dyktatora taka, jak sobie wyobrażamy: że dyktator ma pałac, w którym jego rodzina funkcjonuje w totalnym odizolowaniu od rzeczywistości, wszyscy mają złote klamki i kordony ochroniarzy. Spodziewałem się rozkapryszonych ludzi przyzwyczajonych do luksusu. A tymczasem jak Antonio przyjechał do mnie na spotkanie po raz pierwszy, to bez ochrony, jakimś autem typu łada. Byłem mile zaskoczony tym, że to nie są synowie dyktatora, o jakich czytaliśmy w przypadku Ceauşescu czy Kaddafiego. To są normalni pracujący ludzie, trzymani przez ojca z dala od polityki. Antonio jest lekarzem medycyny, przeprowadza operacje w szpitalu, jest jednocześnie członkiem... reprezentacji baseballowej Kuby i wiceprezesem światowej federacji baseballa, czyli bardzo amerykańskiego sportu. On z konieczności podróżuje po świecie, także po USA, wie zatem, jaka jest różnica między ich krajem a wysoko rozwiniętymi demokracjami. Mają też świadomość, że działania rządu są obliczone na pewną konserwację tego systemu i że de facto ten system jest bankrutem – dodaje.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Rozpocznij korzystanie