Cena uzdrowienia

O „instrukcji obsługi” charyzmatów i nowotworach, które Bóg bierze na siebie, z Aleksandrem Bańką rozmawia Marcin Jakimowicz

Marcin Jakimowicz: Co czuje człowiek wypowiadający przy kilkutysięcznym tłumie słowa: Bóg w tej chwili uzdrawia obecne tu osoby chore na raka?

Aleksander Bańka: – Przede wszystkim ogromną odpowiedzialność. Po drugiej stronie są osoby z ogromnymi problemami, których często nie jestem sobie w stanie wyobrazić. Człowiekowi, który tego nie przeżywa, trudno to ogarnąć.

Ci ludzie przeczołgani przez chemie i oddziały onkologii chwytają się desperacko Twoich słów…

– Czuję pewne zażenowanie. Bo to twoje pytanie, myślę, ma drugie dno. I dotyczy jakiejś przedziwnej tajemnej mocy, którą rzekomo dysponuję. A ponieważ nią dysponuję, jestem albo szczególnym Bożym wybrańcem, albo szarlatanem, albo szaleńcem. Uspokajam cię: żadna z tych trzech rzeczy.

Ojciec Remigiusz Recław przyznaje, że dla niego wypowiedzenie słów proroctwa o tym, że Bóg uzdrawia tę czy inną osobę, jest rodzajem śmierci. Nie dostaje wcześniej „odgórnego” SMS-a z listą osób, które mają odzyskać zdrowie…

– Słowo poznania jest jednym z charyzmatów Ducha Świętego, a te są w Kościele od zawsze. I najważniejszymi nie są te najbardziej spektakularne. Charyzmaty są pewnymi precyzyjnymi narzędziami, które daje nam Pan Bóg. Wymagają od nas umiejętności obsługi, ale mają taką przedziwną właściwość, że się plastycznie adaptują do tego, kto nimi posługuje. U jednych będą się objawiały przez silne przeczucia, obrazy, słowa. Są też osobowości – takie jak moja – na takie sygnały bardziej odporne. Jestem niezwykle racjonalny. I Pan Bóg ma ze mną większy kłopot…

Ale w końcu wypowiadasz do mikrofonu słowa: Bóg uzdrawia Jana Kowalskiego, który ma 23 lata…

– Pytasz: Jak to działa? Trudno o tym opowiedzieć. To jest tak, jakbyś próbował przypomnieć sobie czyjeś imię. Główkujesz, pocisz się i nic. Odkładasz to i zaczynasz zajmować się czymś innym. I nagle przychodzi olśnienie. Przypominasz sobie to, czego szukałeś. Bez żadnego wysiłku umysłowego. To działa jak błysk. Często towarzyszy temu pewność, że to słowo jest od Ducha Bożego. Czasami jest bardziej mglisto, i wtedy musimy skoczyć w nieznane. Wymaga to ogromnego zawierzenia. I posłuszeństwa wspólnocie Kościoła.

Co czujesz, gdy po kilku tygodniach ludzie przysyłają ci świadectwa, że rzeczywiście zostali uzdrowieni? I dołączają diagnozy lekarzy, którzy nie znajdują śladu choroby?

– Dzięki temu dary charyzmatyczne jakoś się weryfikują. Ale to przede wszystkim powód do uwielbienia Pana Boga. Po ostatnim wieczorze uwielbienia czytałem niezmiernie wzruszające świadectwa. Czytasz te listy, drżysz i masz poczucie, że uczestniczysz w czymś, co cię przerasta. Czujesz, że twoja rola jest drugo- czy trzeciorzędna. Tym masz jedynie doprowadzić ludzi do spotkania z Jezusem. Resztę zrobi On sam.

Czytanie z ostatniej niedzieli: „Był w synagodze człowiek opętany przez ducha nieczystego. Zaczął on wołać”. Jadę do Tychów i widzę na własne oczy to, o czym czyta kapłan. Kiedy po raz pierwszy przekonałeś się, że Ewangelia sprawdza się na Twoich oczach?

– To był proces. Bóg zawsze był w moim życiu obecny, ale w pewnym momencie pojawiła się tęsknota, pragnienie osobistego spotkania. Mniej więcej od 1995 r. zacząłem się bardzo intensywnie modlić. Przebrnąłem przez setki książek teologicznych, chłonąłem wiedzę. To było fascynujące, dawało jakieś poczucie władzy, budowało moje ego.

Opętany we wspomnianej Ewangelii krzyczał: „Wiem, kto jesteś: Święty Boży”. Czy to nie jest nasz problem? Zbyt dużo wiemy, sporo czytaliśmy, słuchaliśmy setek rekolekcji. Pytam człowieka, który robi habilitację z filozofii…

– Na początku też myślałem, że mam Pana Boga „opanowanego” (śmiech). Czułem się „mocny w gębie”. Miałem solidną teologiczną bazę i gdy do domu pukali Świadkowie Jehowy…

...to odchodzili jako klerycy…

– Aż tak to nie (śmiech). Ale spokojnie mogłem odpowiedzieć na wszystkie ich pytania. Wyżywałem się z dziką satysfakcją. Ale wtedy pojawiło się silne pragnienie: sporo rozumiesz, ale czy ty to przeżywasz? A jedynym sposobem, który pozwalał to zweryfikować, była modlitwa. Potraktowałem to bardzo poważnie…

…to znaczy?

– Podjąłem postanowienie, że codziennie przez godzinę będę modlił się z Pismem Świętym. I tak jest do dzisiaj. Potem zobaczyłem, że nie potrafię żyć bez Eucharystii. Na modlitwie zacząłem doświadczać tego, że słowo Boże przemienia. Zobaczyłem, jak bardzo zafałszowany obraz Boga noszę w sobie. Zobaczyłem, że za chrześcijaństwo uważałem to, co chrześcijaństwem nie jest: zestaw prawd wiary, moralność, etykę. A to wszystko jest przecież jedynie konsekwencją realnego doświadczenia prawdy, że Bóg jest bliżej mnie samego niż ja sam. Słyszy każdy mój oddech, każdą myśl…

Czy Twojej posłudze towarzyszą zawirowania, ciemność?

– Tak. Bo to doświadczenie bliskości Jezusa, o którym mówiłem, nie musi być wcale emocjonalne.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Rozpocznij korzystanie