Reklama! banner 468x60 expand
Ma podążać za scrollem. Banner 468x60, który po najechaniu myszką rozwija się w dół, do rozmiarów 468x240, pikseli. Po zdjęciu kursora myszy wraca do swojego rozmiaru. Wyceniany za 1000 odsłon. Format gif,jpg,swf

Lekarz ciała i duszy

Dla dobra pacjentów nie cofnął się nawet przed wypróbowaniem na sobie nowego leku. Prof. Andrzej Szczeklik (1938–2012) był dla lekarzy na całym świecie autorytetem dzięki osiągnięciom naukowym i postawie moralnej.

Prof. Szczeklika kojarzyło się z krakowską bohemą – nie bez kozery, bo był bywalcem i przyjacielem Piwnicy pod Baranami. Leczył Piotra Skrzyneckiego, Jerzego Turowicza, czy noblistów: Miłosza i Szymborską. Popularność przyniosły mu książki z pogranicza filozofii, etyki, mitologii i medycyny. Choć w medialnym szumie nie mówiono o tym, co w książkach tych uderzało lekarzy najbardziej – o jego wierze, relacji do Boga, o bezkompromisowej negacji eutanazji czy in vitro. Mniej pisało się niestety – chyba poza wywiadem, jakiego udzielił Krystynie Bochenek i Dariuszowi Kortce – o jego osiągnięciach naukowych. Tych, które zrewolucjonizowały naukę na światową skalę. Pamiętam taką scenę, która wybiła mój obraz profesora z „krakowskiej szufladki”. Światowy kongres alergologów i pulmonologów w Barcelonie, półtora roku temu. Na sali prawie 10 tys. naukowców i specjalistów z całego świata. Kiedy zapowiedziano kolejnego laureata prestiżowej nagrody Pirqueta, prof. Andrzeja Szczeklika z Polski, wszyscy zerwali się i na stojąco zgotowali owację. Serce rosło. Stojącym obok lekarzom z Polski łza dumy kręciła się w oku.

Profesorska śmietanka po kongresie wsiadła do samolotu relacji Barcelona–Kraków, by już na miejscu, u „mistrza”, podjąć kwestie dalszych badań, snuć debaty.

– Każdy internista na świecie zna nazwisko Szczeklik – mówi w rozmowie z GN prof. Chris Corrigan z King’s College London School of Medicine. – Andrzej był dla nas autorytetem w leczeniu chorób płuc. Ale też swoją postawą, słowem, koił nasze dusze. Przyjaźniliśmy się przez ponad 20 lat i był jednym z najserdeczniejszych ludzi, jakich poznałem. Był też niedoścignionym wzorem relacji lekarza z pacjentem. Nie tolerował zaniedbywania pacjentów przez zespół. Z tego powodu potrafił zwolnić pracownika.

Prof. Peter Barnes, szef pulmonologii w Imperial College w Londynie: – Jesteśmy głęboko zasmuceni jego odejściem. Prof. Szczeklik był czołową postacią w badaniach nad astmą.

Biały woreczek i aspiryna

Rok 1976. W Chicago wielkiej renomy chemik Joseph Fried przedstawia kombinacje przestrzenne, w jakie układają się atomy tworzące cząsteczkę prostacykliny. To hormon produkowany przez wyściółkę tętnic, który kilka miesięcy przedtem odkrył kolega Szczeklika, farmakolog prof. Ryszard Gryglewski w londyńskiej pracowni noblisty Johna Vane’a. Odkrycie to ma być przełomem w leczeniu udarów mózgu, chorób serca, zabójczej choroby nadciśnienia płucnego. Nikt nie umie jednak dokonać syntezy hormonu potrzebnego do produkcji leku. Fried przywozi do Chicago niespodziankę: woreczek ze zsyntetyzowaną prostacykliną. Teraz pozostaje tylko ją wypróbować. Szczeklik z Gryglewskim wpatrują się w woreczek jak w magiczną kulę. Noc spędzą z amerykańskim chemikiem w barze, a następnego dnia lądują z tajemniczym woreczkiem w Krakowie. „Spieszyliśmy się jak szaleńcy. Co nas gnało? Ciekawość. Ale też i duch sportowy, zawsze obecny w nauce: być pierwszym” – napisze w „Katharsis” prof. Szczeklik.

Lekarze dokonają brawurowego posunięcia. Przetestują lek na sobie. „Kłóciliśmy się z Andrzejem, bo on też chciał być pierwszy, ale się uparłem” – powie prof. Gryglewski Krystynie Bochenek. Farmakolog traci przytomność przy eksperymencie, trzeba odłączyć aparaturę. Następnego dnia kolej na Szczeklika. „Położyłem się na kozetce w swojej klinice – pisze – pielęgniarka wsadziła mi w żyłę motylek, podłączyła kroplówkę i lekarstwo zaczęło kapać”. Zaczynają się dreszcze, temperatura ciała skacze do 41 stopni. Prostacyklina uległa zanieczyszczeniu bakteriami. „Wlewałem je sobie do żyły” – pisze Szczeklik. „Kiedy trawiony gorączką dotarłem do domu, w drzwiach zastałem żonę z naszym synkiem na ręku, zdecydowaną porzucić mnie na zawsze za to, że nie dotrzymałem słowa i wciąż robiłem na sobie doświadczenia. Wydało mi się, że minęła wieczność, zanim ją przekonałem, żeby została, wieczność – nim runąłem, dygocąc z zimna, na tapczan” („Katharsis”).

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Rozpocznij korzystanie