Nostalgia ekskanclerza

Recepta Helmuta Kohla na kryzys Unii Europejskiej to „więcej Europy”, a na konflikt rosyjsko-ukraiński dialog z Putinem. W swojej nowej książce były kanclerz Niemiec stara się nas przekonać, że jego dokonania mogą trwać dalej w niezmienionym kształcie.

Jean-Claude Juncker ma twardy orzech do zgryzienia. 1 listopada został przewodniczącym Komisji Europejskiej, czyli „premierem” UE. Unii, która przeżywa kryzys finansowy, której członkowie, tacy jak Wielka Brytania, zastanawiają się nad tym, czy chcą w niej nadal być, która nie potrafi znaleźć skutecznej odpowiedzi na agresywną wobec sąsiadów politykę Rosji. W takiej sytuacji jak z nieba spadła mu pomoc ze strony Helmuta Kohla. Ten „przekonujący i przekonany Europejczyk”, jak sam o sobie mówi, wydał właśnie książkę, w której apeluje do mieszkańców Starego Kontynentu, aby nie porzucali „idei europejskiej” na rzecz „narodowych i regionalnych tendencji i interesów”. Zdaniem byłego polityka, ta pokusa nasila się zwłaszcza teraz, w epoce przedłużającego się kryzysu gospodarczego. Jest to, uważa Kohl, ważne, ponieważ u źródeł integracji europejskiej leży dążenie do zapewnienia wolności i pokoju. Jak ważne są wolność i pokój, on sam wie dobrze. Podobnie jak wszyscy przedstawiciele jego pokolenia, którzy pamiętają grozę wojny i bestialstwo totalitaryzmów. – Nie przegrajmy tego, co raz osiągnęliśmy – wzywa wielokrotnie były kanclerz Niemiec.

Mąż stanu zabiera głos

Nic więc dziwnego, że Juncker zgodził się wystąpić podczas prezentacji książki „Z troski o Europę” („Aus Sorge um Europa”), która właśnie trafiła do niemieckich księgarń. Mało który z żyjących byłych europejskich przywódców ma na swoim koncie tyle sukcesów, co Kohl. Rządząc Niemcami w latach 1982–1998 odcisnął ślad na historii nie tylko swojego kraju, ale także całego świata. Był jednym z architektów zjednoczenia swojej ojczyzny, procesu integracji Europy w instytucję, którą dziś nazywamy Unią Europejską, jednym z ojców wspólnej waluty euro, a także historycznego zbliżenia z Rosją – które za czasów zimnej wojny nie było możliwe. Z naszej, polskiej perspektywy warto zauważyć, że bez Kohla nie byłoby ostatecznego uznania polskiej zachodniej granicy oraz przystąpienia Polski do NATO.

Karierę Kohla zakończyły dwa wydarzenia. Pierwsze było prozaiczne – porażka wyborcza jego Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej (CDU) w 1998 r. z socjaldemokratami. Drugie było nietypowe – rok później nie chciał podać do wiadomości, kto wsparł 2 mln marek fundusz jego partii. Przez kolejne kilkanaście lat Kohl udzielał się publicznie, ale coraz rzadziej – zwłaszcza po 2007 r., kiedy to doznał wstrząsu mózgu. Dlatego fakt że zdecydował się zabrać głos właśnie teraz, świadczy o tym, że było to dla niego bardzo ważne. Niestety, czytając jego książkę, można mieć wątpliwości, czy rzeczywiście kieruje się on „troską o Europę”, czy raczej troską o to, by jego spuścizna przetrwała jeszcze trochę w niezmienionym kształcie.

Euro ponad wszystko

Kohl dużą część swojej książki poświęca obronie waluty euro. Trwający w UE kryzys finansowy jest tak naprawdę kryzysem strefy euro, a wspólna waluta jest jednym z najbardziej krytykowanych aspektów integracji europejskiej. Były kanclerz stara się pokazać, że bez euro trudno wyobrazić sobie UE. Nie ukrywa, że było ono od początku projektem przede wszystkim politycznym, więc o ekonomicznym aspekcie nie wspomina. Wykorzystuje okazję, by zdementować często powtarzaną opinię, jakoby zgodził się na opracowanie wspólnej waluty w zamian za zgodę prezydenta Francji François Mitterranda na zjednoczenie Niemiec. Idea była o wiele starsza. „Już kilka miesięcy po moim wyborze na stanowisko kanclerza w pierwszej połowie lat 80., gdy jeszcze nikt nie myślał o tym, że pod koniec dekady upadnie mur i nadejdzie niemiecka jedność, wspólnie z François Mitterrandem omawialiśmy temat wspólnej waluty” – tłumaczy Kohl.

Głosząc peany na cześć euro, Kohl mimochodem wrzuca wszystkich krytyków do nacjonalistycznego worka, ignorując sporą grupę ekonomistów kontestujących wspólną walutę, których trudno włożyć do skrajnie prawicowej szuflady. Kompletnie ignoruje argumenty przeciwników, także ten najbardziej rozpowszechniony, mówiący o tym, że strefa euro nie ma racji bytu, ponieważ gospodarki, które wchodzą w jej skład, są zbyt różnorodne. Co więc poszło nie tak? Po pierwsze Grecja za wcześnie wstąpiła do strefy euro. „Jej przedwczesne przyjęcie oznaczało rezygnację ze sprawdzonej zasady, że kurs na reformy oznacza kurs na przyjęcie” – pisze. Po drugie Niemcy doprowadziły do tego, że nieprzestrzeganie zapisów Paktu Stabilności i Rozwoju (nakazującego państwom pilnowanie dyscypliny finansowej), nie grozi karami finansowymi. W efekcie w UE nie istnieje efektywny bat na państwa, które rozrzutnie podchodzą do własnych budżetów.

To, że Niemcy uniknęły kary za własne błędy, nazywa „wstydem dla niemieckiej polityki”. I choć w obu przypadkach merytorycznie ma rację, to jednak trudno uniknąć wrażenia, że przede wszystkim wykorzystuje okazję, by skrytykować swojego następcę. Oba wydarzenia miały bowiem miejsce w czasie, w którym po przegranych wyborach do Bundestagu Kohl był już tylko szeregowym posłem. „Ze mną jako kanclerzem nigdy by się to nie wydarzyło” – pisze. Krótko mówiąc: ze mną nie, ale, drodzy wyborcy, ponieważ wybraliście Gerharda Schrödera, sami jesteście sobie winni.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Rozpocznij korzystanie