Nie tylko Karbala

Choć formalnie, jako państwo, 
od 70 lat nie uczestniczymy w żadnej wojnie, polscy żołnierze wciąż walczą na różnych frontach i kontynentach. 


Film „Karbala”, który jakiś czas temu trafił do naszych kin, przypomina jedną z wielu bitew, jaka rozegrała się w XXI wieku z naszym udziałem. Jej szczegóły poznaliśmy dopiero po latach, dzięki dwóm książkom, na podstawie których powstał obraz Krzysztofa Łukaszewicza. O innych starciach wciąż wiemy niewiele. Zwłaszcza jeśli brali w nich udział antyterroryści z formacji GROM, a sama operacja miała charakter tajny. 
Temat misji, zwłaszcza ofiar z nimi związanych, przez całe dekady był świadomie marginalizowany, a żołnierze przeżywający traumę po powrocie do kraju – zdani na siebie, rodziny i przyjaciół. Stu dwudziestu żołnierzy poległych na misjach dopiero niedawno doczekało się pomnika przed Centrum Działań Weterana poza Granicami Kraju. Samą placówkę, stworzoną z myślą o weteranach i kombatantach najświeższej daty, otwarto 21 grudnia 2014 r., w rocznicę śmierci pięciu polskich żołnierzy w Afganistanie. To w tym kraju poległo ich najwięcej – czterdziestu czterech.


W interesie Moskwy


Z pierwszej zagranicznej misji, w jakiej wzięliśmy udział po II wojnie światowej, nie możemy być dumni, podobnie jak z większości toczonych przed 1989 rokiem. Zazwyczaj w miejscach konfliktów musieliśmy bowiem realizować w mniejszym lub większym stopniu strategiczne interesy Układu Warszawskiego. W Korei polscy żołnierze teoretycznie nadzorowali zawieszenie broni między komunistyczną Północą a demokratycznym Południem. W praktyce ludzie starannie wyselekcjonowani pod kątem lojalności wobec Moskwy (był rok 1953) uczestniczyli w przemycie sowieckiej broni. W drugim roku trwania misji polskie kwatery zostały z tego powodu ostrzelane, a nawet obrzucone granatami. Ale śmierć trzech polskich oficerów w Korei – choć propagandowo wykorzystana przeciw Seulowi – nastąpiła nie w walce, ale w efekcie wypadku helikoptera.
Żołnierze Ludowego Wojska Polskiego pojawili się także w Wietnamie, Laosie i Kambodży, znów formalnie w ramach Międzynarodowej Komisji Kontroli i Nadzoru (ICCS), w praktyce zacierając ślady sowieckiej aktywności w regionie. Jedynie w Kambodży stawaliśmy w słusznej sprawie, bo przeciw zbrodniczemu reżimowi Czerwonych Khmerów. Wiadomo, że doszło tam w 1973 roku do poważnej bitwy z udziałem naszych żołnierzy, o której – bez szczegółów – dowiedzieliśmy się dopiero po wielu latach. Drugi raz przyszło nam walczyć z Khmerami już w 1992 r., znów pod flagą ONZ. Ta misja miała mieć charakter wyłącznie logistyczny, ale polski kontyngent został dwukrotnie zaatakowany przez komunistycznych partyzantów. 


GROM gromi na Bałkanach


Kambodża to było jedno z pierwszych poważnych wyzwań dla żołnierzy odrodzonego Wojska Polskiego. Trudnych, bo na początku na misje trafiali często ludzie do tego nieprzygotowani. Szczególnie traumatyczne chwile przeżywali na Bałkanach, gdzie toczyła się wyjątkowo brutalna wojna, w której wszystkie strony konfliktu za nic miały konwencje i prawa międzynarodowe, w tym szczególny status wojsk rozjemczych. Polacy – podobnie jak formacje innych krajów – z zasady nie podejmowali bezpośredniej walki, nawet gdy ich oddziały były ostrzeliwane. Poza jednym wyjątkiem. Dotyczył on komandosów specjalnej jednostki GROM.
27 czerwca 1997 r. przeprowadziła ona głośną akcję pod kryptonimem „Little Flower”, której celem było ujęcie Slavka Dokmanovicia, zbrodniarza wojennego zwanego „rzeźnikiem Vukovaru”. Operacja została starannie przygotowana i bezbłędnie wykonana. Miała zresztą ciąg dalszy, bo w odwecie za aresztowanie Dokmanovicia serbscy spadochroniarze uprowadzili mieszkańców wioski Ilok i zagrozili ich wymordowaniem. Polscy komandosi odbili zakładników. Tym razem doszło do użycia broni. Szczegółów operacji nie znamy, wiadomo, że były ofiary po serbskiej stronie. 
Równie sprawnie udało się polskim komandosom z GROM-u pięć lat później opanować w Iraku strategiczną platformę naftową w porcie Umm Kasr. Natomiast zupełną tajemnicą owiana jest ich pierwsza misja – na Haiti, która miała miejsce w 1994 roku. 
Podobno Lech Wałęsa nie chciał wyrazić zgody na ten wyjazd polskich komandosów. Był to kontyngent interwencyjny, chodziło o zaprowadzenie porządku w ogarniętym chaosem kraju, a z tego typu misjami na Haiti nie mamy najlepszych skojarzeń historycznych. Z drugiej strony zależało nam na „wkupieniu się” do NATO, więc ostatecznie żołnierze GROM-u na Haiti polecieli. Oficjalnie szkolili tamtejszych policjantów, ale ich pierwszy dowódca, gen. Sławomir Petelicki, w swoich wspomnieniach z tamtej misji przyznał: „Sojusznicy uznali w nas partnera nie tylko do ćwiczeń, ale też do działań bojowych”.


Trzy dni w piekle


Wydarzenia, jakie rozegrały się w irackiej Karbali, znamy już w detalach, choć film – jak to film – nie do końca oddaje prawdę. Na przykład nie wszyscy iraccy policjanci zdezerterowali, gdy kilkudziesięciu polskich żołnierzy wspólnie z kilkunastoma bułgarskimi komandosami przebiło się do tamtejszego ratusza (city hall). Otoczony oddział miał też przez cały czas wsparcie z powietrza i łączność. 
Atakujących było przeszło pół tysiąca, Polacy i Bułgarzy dysponowali za to nowocześniejszym sprzętem, mieli wozy pancerne, działo bezodrzutowe. Słabo uzbrojeni powstańcy spod znaku szyickiego duchownego Muktady al-Sadra atakowali po zmroku. Nie sposób dokładnie ocenić liczbę zabitych, szacuje się, że mogło być ich nawet 200 po arabskiej stronie. Podczas trzydniowego oblężenia nikt z obrońców nie zginął, ale gdy w czasie wycofywania z ratusza batalion bułgarski wpadł w zasadzkę, poległ jeden żołnierz. Warto pamiętać, że walki w Karbali trwały tak naprawdę kilka tygodni. Śmierć poniosło w nich jeszcze trzech żołnierzy amerykańskich, w tym jeden oficer. 
O specyfice miejsc, gdzie odbywaliśmy misje, najlepiej świadczy fakt, że nawet realizowanie filmu o nich wiązało się z niemałym ryzykiem. – Mieliśmy kręcić zdjęcia wyjazdowe w Egipcie, ale wybuchły tam rewolucja i walki o władzę. Potem w Kurdystanie, który wkrótce został zaatakowany przez dżihadystów. Potem w południowej Turcji, gdzie przy granicy z Syrią także wprowadzono stan wyjątkowy. Została w końcu Jordania, gdzie, gdy przyjechaliśmy na dokumentację, konsul życzył nam powodzenia na zdjęciach, jednocześnie radząc nam robić te zdjęcia jak najszybciej, póki jest spokojnie – wspomina reżyser „Karbali”.


«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Rozpocznij korzystanie