Ukraińska fala

Dyskutujemy o uchodźcach z Syrii, których nie ma, omal nie zauważając, że w tym roku znalazło się w Polsce blisko milion Ukraińców. Ciężko u nas pracują, studiują, czasem proszą o status uchodźcy, którego nie dostają. Czy to dla nas pozytywne doświadczenie? Szansa czy problem? 


Od kijowskiego Majdanu, którego dramatyczny finał miał miejsce w lutym 2014 r., rośnie liczba Ukraińców starających się u nas o pracę albo studiujących. Polskie placówki konsularne i dyplomatyczne wydały do października br. ponad 765 tys. wiz obywatelom Ukrainy (...). Rośnie więc liczba Ukraińców przez dłuższy czas przebywających w naszym kraju, na różne sposoby próbujących sobie znaleźć miejsce w naszym społeczeństwie. 


Recepta na niż 


Specyficzną i być może najciekawszą grupę w tej społeczności stanowią młodzi ludzie, którzy wybrali Polskę jako miejsce studiów. W tym roku spośród blisko 42 tys. cudzoziemców studiujących w Polsce ponad 23 tys. to Ukraińcy. Oznacza to wzrost o ponad 8 tys. osób w stosunku do roku poprzedniego. Jeśli dodamy, że 10 lat temu nie było ich nawet 2 tys., widać, jak wielkie zmiany nastąpiły w tym obszarze. W opinii Jarosława Gowina, ministra nauki i szkolnictwa wyższego, nadal nie wykorzystujemy wszystkich szans związanych z ukraińskim boo-
mem na polskie uczelnie.

– Powinniśmy się bardziej otworzyć na studentów z Ukrainy – mówi wicepremier Gowin w rozmowie z „Gościem”. – Mamy potencjał, aby mogło ich u nas studiować nawet 100 tys. Ich obecność pozwala nam zapełnić lukę na uczelniach, powstałą w wyniku niżu demograficznego. Ważne jest także to, aby młoda elita ukraińska poznała nasz kraj, miała tutaj przyjaciół i znajomych oraz kształciła się w duchu dobrych relacji z Polską – dodaje. Jego zdaniem warto zapraszać do studiowania w Polsce przede wszystkim matematyków oraz przedstawicieli nauk ścisłych i przyrodniczych, gdyż są na ogół nieźle przygotowani i dobrze sobie radzą na studiach. 
Zdaniem dr. Pawła Kowala z Instytutu Studiów Politycznych PAN, obserwującego proces migracji ukraińskiej do Polski, studenci z Ukrainy najczęściej wybierają ośrodki akademickie we wschodniej Polsce, a więc Przemyśl, Rzeszów, Lublin, choć niemała grupa studiuje także w Krakowie, Warszawie czy Wrocławiu.

W 2014 r. 4 tys. z nich otrzymało różnego rodzaju dofinansowania (zwolnienia z opłat i stypendia), ale dotyczy to studentów uczelni państwowych. Ukraińcy jednak najczęściej studiują na uczelniach prywatnych, gdzie nie mają stypendiów i płacą czesne. W przypadku mniejszych uczelni, np. w Suchej Beskidzkiej, Rzeszowie, Przemyślu czy Chełmie, stanowią grupę, bez której trudno byłoby tym uczelniom funkcjonować. Od ukraińskich studentów słyszałem, że wybierając prowincjonalne uczelnie, wiedzą, że poziom nauczania nie zawsze jest tam odpowiedni. Ale studia są tańsze, a dyplomy uznawane w całej Unii. Jeśli do tego dodamy, że trzeba zapłacić także za akademik oraz utrzymanie, okazuje się, że ukraińscy studenci pozostawiają u nas całkiem spore pieniądze. 
Zainteresowanie studiami w Polsce jest tak wielkie, że na Ukrainie powstało wiele biur i agencji specjalizujących się w doradzaniu i wyborze dogodnego miejsca studiów. Za wysoką opłatą pomagają wypełniać kwestionariusze oraz załatwiać formalności wizowe. O ukraińskich studentów intensywnie zabiegają także polskie uczelnie, tworząc dla nich w internecie strony informacyjne, organizując promocję w dużych miastach ukraińskich albo fundując dla niektórych stypendia. 


U nas im dobrze, ale… 


Rozmawiałem Ukraińcami studiującymi na Uniwersytecie Wrocławskim. Wszyscy dość sprawnie posługiwali się językiem polskim, co wynika z tego, że ubiegali się o stypendia umożliwiające im bezpłatne studiowanie w Polsce. Jednym z wymogów, aby takie stypendium otrzymać, jest dobra znajomość języka polskiego. Kilka osób otrzymało stypendia w ramach projektu „Teraz Wrocław”. Zdecydowali się na studia u nas, gdyż wiedzieli, że Polska chętnie ich przyjmie, nie ma tu większej bariery językowej oraz istnieje możliwość znalezienia pracy dorywczej, umożliwiającej utrzymanie. Podkreślali, że dla nich ważna jest także jakość zdobywanej wiedzy. U nas nie załatwia się zaliczenia za łapówkę, niedozwolone jest ściąganie, a nauczyciele akademiccy traktują ich życzliwie. W akademikach tworzą zwartą grupę. W naszych rozmowach pojawił się nawet termin „ukraińskie piętro”, gdyż faktycznie w jednym z wrocławskich akademików całe piętro zajmowane jest przez studentów z Ukrainy. Z polskimi rówieśnikami dogadują się na ogół dobrze, chociaż czasami zdarzają się zabawne nieporozumienia. Na przykład słowo „zakaz”, często spotykane w miejscach publicznych, w języku rosyjskim oznacza „zamówienie”.

– O co tu chodzi, myślałam, gdy czytałem komunikat o „zakazie palenia”, wspominała swoje początki we Wrocławiu Maria z Kijowa, studiująca dziennikarstwo. Z polskimi kolegami spotykają się też poza uczelnią i razem spędzają wolny czas. Nie zawsze jednak tak jest, zwłaszcza w mniejszych ośrodkach. Bywa, że studenci ukraińscy raczej trzymają się w swoich środowiskach i poza zajęciami na uczelni nie mają zbyt wiele kontaktów z Polakami. Do-
ktor Kowal mówi nawet o procesie pewnego świadomego zamykania się tej społeczności we własnym kręgu, co nie sprzyja integracji, a czasem rodzi frustrację i niechęć do goszczącego ich kraju. Dlatego warto pomyśleć – mówi Kowal – o programach adaptacyjnych, które wciągną studentów z Ukrainy w życie miejscowych społeczności. 
Co ich u nas zaskoczyło negatywnie, pytałem. Jarosław z Równego, który studiuje chemię, zwraca uwagę, że wielu jego polskich znajomych zwiedziło prawie całą Europę, ale żaden z nich nigdy nie był na Ukrainie.

– Generalnie temat ukraiński zszedł dzisiaj na drugi plan – potwierdza Bohdan z Winnicy, studiujący ekonomię. Nawet wydarzenia na wschodniej Ukrainie nie przebijają się już w polskich mediach. W dyskusjach dominują uchodźcy, a wiedza Polaków o Ukrainie jest niewielka. Dlatego dominują o nas stereotypy, zwłaszcza wśród ludzi starszych, mówili młodzi Ukraińcy. Ten motyw w rozmowach powracał. Jeśli najczęściej nie mają problemów w relacjach z rówieśnikami, w kontaktach z ludźmi starszymi, m.in. w pracy, zdarzało się, że okazywano im niechęć lub traktowano w sposób paternalistyczny. 
Jedna rzecz irytowała ich jednak szczególnie. Chodzi o sytuacje, kiedy ich polscy rówieśnicy, pół żartem, przekonywali ich, że Lwów, Tarnopol, a nawet Kijów to polskie miasta. – Zawsze w takich sytuacjach odpowiadam, że tak Lwów jest polski jak Wrocław niemiecki – mówi zadziornie Krystyna z Borysławia pod Lwowem. – Niestety, Polacy w ogóle nie mają pojęcia o tym, że te ziemie miały także ukraińską przeszłość, a ich historia nie skończyła się, kiedy Polacy musieli je opuścić – dodaje. – Nie traktuję takich głosów jako przejawów polskiego rewizjonizmu – wtrąca Igor z Lwowa – ale miło mi nie jest, kiedy słyszę, że moje miasto to „polskie” miasto.


«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Rozpocznij korzystanie