Czekoladziarka

Czekolada powinna być jak... najprostsza. Wtedy jest najzdrowsza i rozpływa się w ustach. I wcale nie musi być ulepkiem z cukru.

Historia o minifabryce czekolady nie rozgrywa się w jakimś słodkim domku z piernika. Ot, dom rodziców, miejsce zaadaptowane do wyostrzonych przepisów sanitarnych, których przecież bezwzględnie trzeba przestrzegać. I historia o minifabryce czekolady nie zaczyna się gdzieś za górami, za lasami, tylko w podwarszawskim Wołominie. W dodatku czekolady nie robią jakieś czekoladowe wróżki, tylko najprawdziwsza, z krwi i kości, oraz zamiłowania do słodkiej (choć bardziej wytrawnej) przyjemności, Anna Antczak. Mama trzech córek, żona, absolwentka SGH. Kobieta przedsiębiorcza, która pasję do czekolady zamieniła w domowy biznes. Ale po kolei.

Domowe czekoladki?

– Zawsze uwielbiałam czekoladę. Mój mąż podobnie. Ale chcieliśmy jeść taką prawdziwą, smaczną i zdrową, a nie wyroby masowe, które powstają w gigantycznych koncernach, a które w zasadzie smakują podobnie, zawierają mnóstwo cukru i przeróżnych chemicznych dodatków – opowiada pani Anna. – Oczywiście fortunę wydawaliśmy na lepszą, zdrową czekoladę. Gdy urodziła się nasza pierwsza córka, również jej chcieliśmy dawać zdrowe słodycze. I do tej pory, zarówno Majka, jak i dwie młodsze córeczki, wolą zdro- wą czekoladę od tych skle- powych. Ale państwo Antczakowie na lubieniu czekolady, tej gorzkiej, która zawiera przynajmniej 70 proc. ziaren kakaowca, nie poprzestali. Bo właściwie dlaczego czekolady nie zacząć robić w domu? Na własne, rodzinne potrzeby? Ostatecznie nie święci garnki lepią, więc i produkcja czekolady może okazać się niezbyt trudnym przedsięwzięciem. – Zaczęliśmy czytać o produkcji czekolady, zgłębiać czekoladową wiedzę – śmieje się pani Anna. – I poznawać teorie łączenia składników, tak by stworzyć najlepszy smak, zapach i konsystencję. Ale od teorii do praktyki... całkiem spora droga. Bo robienie czekolady wcale nie jest sprawą prostą. Pani Anna opowiada o swoim czekoladowym świecie, a jednocześnie miesza obłędnie pachnącą, gęstą czekoladową masę. Trochę właśnie jak... czekoladowa wróżka, patyczkiem – różdżką sprawdzając odpowiednią temperaturę. Masa kręci się od wielu, wielu godzin, miesza, lekko podgrzewana, w specjalnej, niewielkiej maszynie. O właśnie! Bo z tą małą maszyną był największy problem.

– Żeby zrobić czekoladę, potrzebna jest maszyna o nazwie konsza. W Polsce są dostępne wielkie maszyny, do masowej produkcji. Małych konsz po prostu nie ma – mówi pani Anna. – Konsz nie ma, a konszować trzeba, jeśli się chce mieć dobrą, prawdziwą i „swojską” czekoladę. Na szczęście Antczakowie, uzbrojeni w cierpliwość, czekoladowe apetyty oraz... internet, znaleźli sposób na domowe konszowanie i sprowadzili mały, używany aparat wprost z... USA. Podobnie inną, niewielką maszynę do tzw. temperowania, czyli nadawania czekoladzie odpowiedniej konsystencji, a także estetycznego wyglądu. Temperowanie – od ogrzewania i schładzania czekoladowej masy. Aż do smacznego skutku. – Więc najpierw kuwertura z nasion kakaowca ląduje w konszy razem z cukrem trzcinowym. Musi się tu kręcić przez 48 godzin. Masa, kręcąc się, nabierając odpowiedniej temperatury, staje się gładka, lśniąca, ma odpowiednią konsystencję. Trwa to dość długo, bo nie dodaję do swojej czekolady lecytyny sojowej, która w masowych produkcjach nadaje konsystencję i wygląd, ale w nieco sztuczny sposób. Z konszy gęsta, coraz mocniej pachnąca czekoladowa masa przelana zostaje do temperowania. Temperatura raz podwyższa się, raz obniża.

Cała chemia i fizyka w jednej, czekoladowej masie. – Gdy zaczynałam się uczyć czekoladowego fachu, kupiłam sobie książkę na ten temat – po angielsku. I miałam dreszcze, gdy widziałam rozpisane chemiczne wzory, bardzo skomplikowane. Trochę mnie to przerażało, bo nigdy nie byłam miłośniczką tego przedmiotu. Ale powolutku, powolutku zgłębiałam czekoladowe tajemnice. Szczególnie gdy byłam z drugą i trzecią córką na urlopie macierzyńskim. Karmiłam córki, czytałam i uczyłam się czekoladowych zawiłości. A nasza, jeszcze domowa czekolada stawała się coraz wspanialsza – opowiada pani Anna. Aż w końcu znajomi, dalsza rodzina i przyjaciele zawyrokowali: tej czekoladowej pasji nie można ukrywać w czterech ścianach! Czekolada od pani Anny zyskiwała bowiem coraz więcej amatorów. Spragnionych smaku, który zostaje w ustach na długo, którzy docenią prawdziwy zapach i charakterystyczny „klik” przy łamaniu kolejnego (i kolejnego, i kolejnego...) kawałka. Więc najpierw wszelkie domowe „nadprodukcje” trafiały do bliskich znajomych. Potem amatorów czekoladowego „klik” przybywało.

Czekoladowy (mini)biznes

– Zbiegło się to z decyzją, by raczej nie wracać do pracy etatowej, która trwa od rana do nocy i po prostu uniemożliwia wychowywanie dzieci. Dlatego zaczęłam myśleć, jak (nieco komercyjnie) rozwinąć czekoladową pasję. Bardzo pomagał (i nadal pomaga) mi mąż. Trzeba się było przebić przez wszystkie biurokratyczne obostrzenia dotyczące produkcji i sprzedaży żywności. Dostosować (niemałymi kosztami) pomieszczenie w domu rodziców pani Anny do wymogów sanepidu. W końcu, małymi kroczkami, zdobyć rynki, czy raczej ryneczki zbytu. Bo bez tego ani rusz, ani kosteczka czekoladowa się nie sprzeda. – Zaczęłam współpracować z tzw. kooperatywami spożywczymi, czyli grupami ludzi, znajomych, kupujących wspólnie. To się opłaca i dostawcom, i kupującym. Bo ci pierwsi mają zbyt, a drudzy – smaczne i zdrowe produkty po rozsądnych cenach. Potem zaczęłam też wozić swoje czekolady na biobazarek – moja czekolada jest certyfikowana, nie zawiera sztucznych dodatków, a składniki są ekologiczne. Powoli, powoli czekoladowa działalność pani Anny rozrasta się. Chociaż są okresy bardziej... słodkie (czy raczej tłuste) i mniej słodkie.

– Moje żniwa to grudzień. Bo wiele osób kupuje dobrą czekoladę na prezent. I w ogóle coraz więcej konsumentów chce je ść zdrowe słodycze. Miesiące zimowe to czas, gdy czekolady jemy najwięcej. Potem wybieramy inne produkty. By na przykład latem właściwie z niej rezygnować i przerzucić się na lody. Wtedy mam... wolne. Więc może lody – smaczne, zdrowe i bez polepszaczy będą sposobem na lato? – A może? – śmieje się pani Anna. – Dawno temu nie przypuszczałabym, że będę producentem zdrowej czekolady. A jednak się udało! Więc nie wykluczam kolejnych, smacznych pomysłów na przyszłość. Kobiety – mamy – potrafią wszystko! Pani Anna wylewa ciut brązowego płynu na blat. W ten sposób sprawdza, czy czekolada jest gotowa. Jeśli szybko zrobi się twarda i odejdzie łagodnie od blatu, znaczy, że można wylewać ją do form. Jeśli nie, proces temperowania jeszcze się nie zakończył. Jednak jest! Kawałeczek czekolady chrupnął między palcami i... zniknął w ustach. Pycha. Pani Anna przelewa masę czekoladową na silikonowe i plastikowe podkładki. Delikatnie ją rozprowadza, wyrównuje, odstawia do zastygnięcia do specjalnej lodówki. Gdy konsystencja jest odpowiednia, posypuje czekoladę przyprawami. – Teraz robię czekoladę z gałką muszkatołową i cynamonem. Ta obok będzie z tymiankiem oraz... solą himalajską. To przebój. Wyjątkowo ciekawy smak, który uwielbiają koneserzy – opowiada. – A teraz część czekolady wyleję do plastikowych foremek. Takich w kształcie... tradycyjnej czekolady.

Czekolada pani Anny, już gotowa, po połamaniu, ląduje w firmowych woreczkach. Z nalepką „Czeco”. Cały proces – od początku produkcji do końca – trwa kilka dni. I przyspieszyć tego się nie da. Dobra czekolada nie lubi pośpiechu. – Przed Bożym Narodzeniem robiłam małe czekoladki z Mikołajami, dzwonkami i aniołkami – opowiada. – Trochę dłubaniny, ale efekt końcowy bardzo przyjemny. Myślę też o poszerzeniu asortymentu, na przykład o niewielkie czekoladki – dodatki do wizytówek. Z siedmiu kilogramów czekoladowego gęstego płynu powstało wiele, wiele paczuszek czekolady. I nawet czekolada do picia. – Taka nowość. Czekoladowe płatki można dodać do gorącego mleka, zamieszać i wspaniała domowa czekolada gotowa. Moje dzieci ją uwielbiają! Polecam tym, którzy nie przepadają za wyrobami „instant” – zachwala pani Anna. A największa, najsłodsza radość z tego czekoladowego biznesu? – Prócz tego, że robię to, co lubię (i to dosłownie!), i że mam czas dla dzieci i męża? Oraz że jestem szczęśliwą kobietą? Wielka radość to oczywiście pozytywny i bezpośredni kontakt z ludźmi, zadowolonymi klientami – amatorami czekolady. Oni kupują, jedzą, chwalą i wracają. Czekoladowe samozadowolenie w słodkiej pełni.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Rozpocznij korzystanie