Polak do bicia

Polacy w Wielkiej Brytanii wpłacają do budżetu 35 proc. więcej z tytułu podatków, niż pobierają w formie zasiłków. Brytyjscy populiści udają, że tego nie widzą. Pogłębiają w ten sposób niechęć do imigrantów z Europy Centralnej.

Harlow, południowo-wschodnia Anglia. W sobotę wieczorem 27 sierpnia grupa nastolatków zaatakowała Polaków przed lokalem typu „take away”, czyli z jedzeniem na wynos. Napastnikom miało nie podobać się prowadzenie rozmów po polsku w miejscu publicznym. Gdy przyjechała policja, na ziemi leżało dwóch pobitych do nieprzytomności mężczyzn. Zostali przewiezieni do szpitala, niestety, jeden z nich zmarł w poniedziałek. W minioną sobotę ulicami Harlow przeszedł marsz milczenia w proteście przeciwko przemocy wobec Polaków. Niestety, zaledwie kilka godzin po jego zakończeniu, w nocy z soboty na niedzielę, w tym samym mieście doszło do kolejnej napaści na dwóch polskich obywateli: zostali ciężko pobici, ze złamanym nosem i rozbitym łukiem brwiowym trafili do szpitala. Tutaj na szczęście nikt nie zmarł, ale sekwencja wydarzeń pokazuje, że sytuacja jest poważna.

Agresja 
po referendum

W prowadzonym śledztwie ws. pierwszego pobicia w Harlow (tego ze skutkiem śmiertelnym) wątek napaści na tle narodowościowym jest brany pod uwagę wyjątkowo poważnie. Nie jest to bez znaczenia, ponieważ badanie spraw pod tym kątem wcale nie stanowi reguły w dochodzeniach prowadzonych przez tamtejszą policję i wymiar sprawiedliwości. Od czerwcowego referendum w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej wyrazy niechęci wobec Polaków na Wyspach coraz częściej przybierają formę ciętych uwag, szykan lub wprost ataków. „Incydent” w Harlow jest jednak najbardziej tragiczny w skutkach. – W przeprowadzonym krótko po referendum sondażu 74 proc. badanych Polaków mieszkających w Wielkiej Brytanii wskazało, że obawia się negatywnych postaw brytyjskiego społeczeństwa wobec imigrantów, a 12 proc. takich negatywnych postaw doświadczyło – mówi GN Małgorzata Skibińska, szefowa Polish Professionals, organizacji zrzeszającej polskich profesjonalistów różnych dziedzin, działających w Wielkiej Brytanii. – Jeśli te liczby zestawimy z pięciokrotnym wzrostem liczby przestępstw klasyfikowanych jako tzw. hate crime (przestępstwo na tle nienawiści), wykazanym przez statystyki policyjne (porównujące okres sprzed roku i po referendum), to zdecydowanie można mówić o tym, że wynik referendum uwolnił tłumione wcześniej negatywne emocje i patologiczne zachowania. Imigranci okazują się dogodnym celem dla wyładowania frustracji, która narasta w społeczeństwie brytyjskim od lat. W ciągu dwóch tygodni od referendum takich przestępstw policja odnotowała ponad trzy tysiące – dodaje Skibińska

Filary gospodarki

Ta rosnąca niechęć czy wprost nienawiść do Polaków – pomijając jej aspekt moralny – jest o tyle irracjonalna, że budowana na całkowicie fałszywych przesłankach, które w społeczny obieg wpuścili brytyjscy populiści – politycy i media. Sprowadzają się one do prostej tezy: Polacy zabierają nam pracę, żyją z zasiłków, więc... wynocha do domu! (dosłownie takie napisy pojawiają się na niektórych sklepach prowadzonych przez Polaków). Tymczasem oficjalne dane rządowe pokazują, że gospodarka brytyjska ma się dobrze m.in. dzięki pracy imigrantów z Europy Centralnej i Wschodniej, z których większość stanowią właśnie Polacy. Co więcej, brytyjski system socjalny (mimo cięć w ostatnich latach, nadal dość szczodry) jest możliwy do udźwignięcia przez budżet także dzięki podatkom, które pochodzą z pracy Polaków. Ci zaś wpłacają do budżetu prawie 35 proc. więcej pieniędzy z tytułu danin, niż pobierają w formie różnego rodzaju benefitów socjalnych (dane rządu brytyjskiego z 2014 roku). W ostatnich dniach dziennik „Independent” przywołał niedawną wypowiedź byłej minister ds. biznesu Anny Soubry, która jest przekonana, że brytyjska gospodarka jest po prostu uzależniona od swobodnego przepływu pracowników z krajów unijnych. „Nasza gospodarka może nie przeżyć bez nich”, powiedziała Soubry. Jeszcze dobitniej irracjonalizm rosnącej niechęci do Polaków skomentował słynny brytyjski komik, Jimmy Carr. W najnowszym skeczu żartował z tych, którzy nagle (po 10 latach od otwarcia rynku brytyjskiego na pracowników z nowych krajów członkowskich UE) zaczęli obawiać się Polaków: „Myślę, że jeśli przyjeżdża facet z Polski, który nie zna języka, nie ma pieniędzy ani znajomości i już pierwszego dnia zabiera ci pracę, to znaczy, że jesteś g... wart!”.

Polacy 
wypożyczeni

Ten argument o rzekomym zabieraniu pracy przez imigrantów pojawiał się tuż przed otwarciem rynku na nowe kraje unijne 12 lat temu i właśnie podczas niedawnej kampanii referendalnej. W międzyczasie temat był raczej wyciszony. Nie z „litości”, tylko z obserwacji rynku. Wszyscy bowiem zobaczyli, że Polacy (a także Litwini, Słowacy czy Rumunii) wcale pracy nie zabierają, tylko przeciwnie, zajmują stanowiska, którymi Anglicy, Szkoci czy Walijczycy nie chcieli się „splamić”. Dlatego też otwarcie rynku brytyjskiego na Polaków nie było żadnym „wynagrodzeniem” za niedotrzymanie sojuszy w historii, żadną formą „rekompensaty” za zostawienie nas samych w 1939 roku (co sugerowała część publicystów), tylko... zwykłym biznesem, bardzo opłacalnym dla brytyjskiej gospodarki. Tydzień temu trafnie opisał to popularny dziennikarz BBC Andrew Marr. Swój felieton dla „The Sunday Times” zatytułował znacząco: „Dziękujemy ci, Polsko, za użyczenie nam swojej młodzieży”. I już w samym tekście napisał: „Gdybyśmy usiedli z kartką papieru i ołówkiem i spróbowali ustalić, jaki kraj byłby idealnym źródłem imigrantów dla Wielkiej Brytanii, to myślę, że po wzięciu pod uwagę wszystkich procentów, historycznych dat i ekonomicznych równań, mielibyśmy słowo »Polska« zaznaczone, podkreślone i opatrzone trzema wykrzyknikami”.

Tomasz Kania, szef polskiego Katolickiego Radia Londyn, animator kultury i działacz społeczny, w rozmowie z GN wspomina, że kilka dni po referendum pojechał do Bostonu na północy Anglii, miejscowości, którą właśnie Polacy, ale też Litwini praktycznie przywrócili do życia. Właśnie dzięki inwencji, przedsiębiorczości i pracowitości. Zanim przyjechali tam Polacy, miasteczko było uśpione. Gdy pojawili się nasi rodacy, zaczęły powstawać centra handlowe, knajpki itp. Pomimo tego (czy raczej właśnie ze względu na to) konflikt z miejscowymi Anglikami narastał od lat. – Polacy, owszem, „zabrali” im pracę w fabrykach i rolnictwie, tyle że Anglicy... wcale nie chcieli tam pracować, bo woleli żyć na zasiłkach – mówi Tomasz Kania. Paradoks polega na tym, że miejscowość, którą m.in. Polacy podnieśli z marazmu, prawie w całości głosowała za Brexitem. – Dlaczego? Bo myślano, że zaraz po referendum wszyscy Polacy i inni imigranci wyjadą. Zdziwili się, gdy do nich dotarło, że to nie działa z automatu. Efekt jest też taki, że Boston upodobał sobie tzw. element, m.in. byli więźniowie. Miejscowi opowiadali mi, że nie ma teraz tygodnia bez morderstwa czy napadu – dodaje polski radiowiec i działacz.

Wracajcie
do domu

Agresywnych zachowań wobec Polaków rzeczywiście było więcej w ostatnim czasie. Zaczęło się od słynnego już umieszczenia napisu: „Wracajcie do domu” na wymazanych uprzednio farbą drzwiach Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego (POSK) w londyńskiej dzielnicy Hammersmith. Były też incydenty z rozdawaniem ulotek z wyraźnie antypolską i antyimigrancką treścią. Alarmujące było również podpalenie przybudówki ogrodowej w domu polskiej rodziny w Plymouth. Podpalacze zostawili kartkę z wyraźną groźbą: „Wynocha do swojego p...go kraju, następna będzie wasza rodzina”. List z pogróżkami odkryła młodsza córka, gdy ojciec walczył z pożarem...

Małgorzata Skibińska z Polish Professionals uważa, że brakuje kompleksowych rozwiązań dla problemów społecznych, powodujących właśnie takie sytuacje konfliktowe. – Są one zażegnywane jedynie w sposób doraźny, co odbije się na brytyjskim państwie rykoszetem – mówi GN. Jednocześnie jest przekonana, że niechęć i agresja wobec Polaków to jednak margines. – Zwłaszcza teraz bardzo ważne i potrzebne są okazywane tak licznie przez brytyjskie społeczeństwo oznaki sympatii, szacunku i solidarności z polską społecznością. Swoją liczebnością zdecydowanie przewyższają one te na szczęście incydentalne wydarzenia wymierzone przeciwko naszym rodakom. Jednak najpiękniejsze słowa uznania i poparcia, wypowiedziane nawet przez uznanego dziennikarza BBC, nie zastąpią silnej i zdecydowanej reakcji brytyjskiego rządu – dodaje.

Tomasz Kania z KRL również dostrzega dobre gesty ze strony Brytyjczyków, właśnie w odpowiedzi na niechlubne incydenty. – Po zdarzeniu w POSK przed budynkiem pojawiło się mnóstwo kwiatów, ludzie z ulicy spontanicznie przychodzili, by zapewnić o swojej sympatii, dzieci z jakiejś szkoły zrobiły nawet laurki dla Polaków – mówi. – Sam często pracuję z Brytyjczykami i nigdy nie spotkałem się z niechęcią z ich strony, a ostatnio nawet zaczęli bardziej podkreślać w rozmowach ze mną, że Polacy nie stanowią dla nich żadnego problemu. Oni robią swoje biznesy i nie ma dla nich znaczenia narodowość, tylko to, czy z kimś albo na kimś można zarobić – dodaje Kania.

Incydenty 
czy fala?

Po wydarzeniach w POSK deputowany Greg Hands, mieszkający w dzielnicy Hammersmith, napisał na Twitterze: „Powiedzmy to głośno i wyraźnie, że Polacy są niesamowicie mile widziani w Wielkiej Brytanii i słowo »solidarność« nigdy nie było bardziej odpowiednie”. Prawdą jest też, że przez zdecydowaną większość czasu, odkąd Polacy zaczęli zdobywać Wyspy, warunki do rozwoju, nie tylko w branżach niechcianych przez miejscowych, były dla imigrantów naprawdę dobre. Każda brytyjska firma szkoliła swój personel pod kątem „equality and diversity” (równości i różnorodności). Można było odczuć, że nawet jeśli Anglicy nie darzyli prywatnie sympatią nowych pracowników z powodu ich narodowości (czy raczej częściej z powodu pewnej nieporadności związanej np. z niedoskonałością języka), bardzo pilnowali się, żeby w relacjach zawodowych tego nie okazywać. Po referendum można wyraźnie odczuć, że panuje większe przyzwolenie na dyskryminację. Co jest tym bardziej irracjonalne, że po 12 latach Polacy dowiedli, że jeśli ktoś ma powody do obaw z powodu ich pracy na Wyspach, to nie Brytyjczycy, tylko państwo polskie, pozbawione w ten sposób nierzadko fachowców – rzeczywistych i sprawdzonych już w Polsce, ale też potencjalnych, którzy jeszcze nie zdążyli wykazać się zdolnościami na polskim rynku pracy. Prawdą jest też, że dopóki nie stanie się w pełni jasne, na czym w praktyce będzie polegał Brexit, jakie będą jego konsekwencje dla pracujących już na Wyspach Polaków, sami zainteresowani mają powody do obaw. Nie tylko o swój status w brytyjskim społeczeństwie, ale również – co pokazała zbrodnia w Harlow – o własne życie.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Rozpocznij korzystanie