Tylko piach

Największe wrażenie robią kształty wydm – linie tak doskonałe, jakby wyszły spod cukierniczego pędzelka. I piasek nieskalany ludzką stopą, marszczony jedynie muśnięciami wiatru.

Co zabrać na pustynię? – Dużo wody, coś na głowę, krem z filtrem – mówił Piotrek. – Aha, i weźcie jakąś ładną koszulę i długie spodnie. T-shirt i krótkie spodenki schowajcie sobie do reklamówki. Podjedziemy najpierw na kawę do takiego ekskluzywnego hotelu, gdzie jest dobry punkt widokowy – dodał, widząc nasze zdziwienie. – Przy wjeździe na teren hotelu zwracają dużą uwagę na strój. I tak nie jestem pewny, czy nas wpuszczą, ale spróbować można.

Wielki plac budowy

Pustynia Ar-Rab al-Chali, położona w południowej części Półwyspu Arabskiego, obejmuje obszar 650 tys. km kw. i jest tym samym największą pustynią piaszczystą na świecie (wbrew obiegowym wyobrażeniom Sahara jest przede wszystkim kamienista, a piaski stanowią tylko ok. 20 proc. jej powierzchni). Nazwa Ar-Rab al-Chali oznacza dosłownie „pusty kwartał”, chociaż Beduini częściej używają innej, nieformalnej – Ar-Rimal, czyli po prostu „piach”. Największa część tej pustyni, ok. 80 proc., leży na terenie Arabii Saudyjskiej, ale sięga ona także poza granice tego kraju – do Jemenu, Omanu i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. W przypadku tych ostatnich zajmuje ona aż 97 proc. powierzchni, z czego rzadko zdają sobie sprawę turyści wypoczywający w hotelowych kurortach w okolicy Dubaju czy Abu Zabi. Wystarczy jednak ruszyć się nieco z miasta, by odkryć piękno surowej przyrody.

Naszymi przewodnikami po pustyni są Piotr Cieśliński i Dawid Niemiec – na co dzień pracownicy emirackich kolei. Tak, tak, kolej w Emiratach istnieje, choć tylko towarowa i na peryferiach kraju. Z racji swojego zawodu obaj panowie mają z pustynią ciągły kontakt. Wyruszamy więc z nimi z Abu Zabi na południe, w stronę granicy z Arabią Saudyjską. Po opuszczeniu miasta krajobraz zmienia się gwałtownie, jakby odcięty żyletką: pnące się w niebo wieżowce o fantastycznych kształtach ustępują początkowo miejsca nieciekawej piaszczystej równinie, grodzonej prowizorycznymi płotami, pooranej przez koparki. W tym rejonie Zjednoczone Emiraty Arabskie wyglądają jak wielki plac budowy, co zresztą nie jest dalekie od prawdy. Do lat 60. ubiegłego wieku, kiedy zaczęto w Emiratach eksploatować ropę, Dubaj i Abu Zabi były małymi osadami rybackimi, gdzie pracowali m.in. poławiacze pereł, a mieszkańcy nie przemieszczali się wcale luksusowymi autami po 7-pasmowych autostradach, tylko przemierzali pustynię na wielbłądach i osłach.

Kaprysy Tęczowego Szejka

Od czasu do czasu mijamy jakąś fabrykę z przylegającym do niej osiedlem robotniczym, gdzie w jednym pokoju mieszka nieraz po kilka osób. Ich lokatorzy cieszą się z pensji – śmiesznych jak na tutejsze standardy, ale pozwalających rodzinie na godniejsze życie w macierzystym kraju, np. Indiach, Pakistanie czy Bangladeszu. Po drodze napotykamy też narodowe muzeum samochodów, które wydaje się zupełną abstrakcją tutaj, pośrodku niczego. Wielka hala mieści w sobie niezwykle bogatą kolekcję zgromadzoną przez członka rodziny królewskiej – Hamada bin Hamdana al Nahyana, zwanego „Tęczowym Szejkiem”. Zyskał ten przydomek po zakupie siedmiu mercedesów 500SEL, z których każdy miał mu służyć w innym dniu tygodnia, i pomalowaniu ich na siedem kolorów tęczy. Szejk znany jest także z innych ekscentrycznych pomysłów. Na swojej prywatnej wyspie kazał wyryć największy na świecie napis, widoczny nawet z kosmosu. Litery układały się w słowo... HAMAD. Napis został jednak ostatecznie usunięty – być może więc poproszono szejka o trochę powściągliwości.

W muzeum „Tęczowego Szejka” znajdujemy setki luksusowych limuzyn oraz auta giganty, w tym replikę amerykańskiej półciężarówki Dodge Power Wagon, zbudowaną w skali 8:1. Nie dość, że może pełnić funkcję mieszkania, wyposażonego w cztery sypialnie, kuchnię i łazienkę, to w dodatku jeździ! Jest tu też – naturalnych już rozmiarów – replika samochodu Mercedes Benz Patent-Motorwagen Nummer 1 z 1885 r., czyli pierwszego automobilu. Na zewnątrz hali znajdujemy natomiast przyczepę wielkości małego bloku mieszkalnego, wpisaną 25 lat temu do Księgi Rekordów Guinnessa. No tak, w tym kraju wszystko musi być „naj” – mieszkańcy Emiratów mają przecież u siebie najwyższy budynek świata (Burdż Chalifa w Dubaju), mają też najdroższy pod względem kosztów budowy hotel (Emirates Palace w Abu Zabi), więc i największa przyczepa nie dziwi aż tak bardzo.

Kawa, której nie było

Ruszamy w dalszą drogę. Piaszczysty krajobraz staje się coraz bardziej pofałdowany, pojawiają się też znowu daktylowe palmy. To znak, że dotarliśmy do oazy Liwa – zielonego łuku ciągnącego się przez ponad 100 kilometrów. Chcemy stąd skręcić do hotelu Qasr al Sarab na wspomnianą wcześniej „kawę z widokiem”. Ale przy wjeździe na teren hotelu strażnik każe nam zawracać. – Wszystkie miejsca zajęte – kręci głową. Nie pomaga przekonywanie, że my tylko na kawę. Dawid próbuje jeszcze przez telefon połączyć się z hotelem, jednak odpowiedź jest ciągle taka sama. Zawracamy więc nieco zawiedzeni, a potem skręcamy w boczną drogę. Wreszcie możemy przebrać się w T-shirty i krótkie spodenki. Najwyższy czas, bo słońce grzeje już niemiłosiernie – temperatura przekracza 40 st. C. W oddali majaczy hotel przypominający baśniowy pałac. Widać stąd, że na ogrodzonym terenie mogłoby się zmieścić całe miasto. Może więc nasze stroje nie były jednak dostatecznie ładne?

Po drugiej stronie drogi dostrzegamy za to farmę wielbłądów i postanawiamy się z nimi przywitać. Zwierzęta, będące kiedyś podstawą transportu na tych terenach, dziś stanowią głównie atrakcję turystyczną. Farmy pilnuje brodaty Pakistańczyk. – Nie wolno robić zdjęć! Sto dirhamów! – wykrzykuje. – Pięćdziesiąt! – targuje się Dawid i, o dziwo, dozorca wyraża zgodę. To mniej więcej tyle samo, co 50 zł, więc w sumie dosyć drogo jak na kilka fotek, ale możliwość pogłaskania egzotycznego wierzchowca jest kusząca. Zwłaszcza że zwierzęta zachowują się bardzo przyjaźnie, a nawet zdają się pozować do zdjęć.

Grające piaski

Kolory pustyni stają się coraz intensywniejsze. Żółć miesza się z czerwienią, świadczącą o większej domieszce tlenków żelaza. Jeśli przy drodze jest płot, to często już tak przysypany, że całkowicie niknie w piasku. Największe wrażenie robią jednak kształty wydm – linie tak doskonałe, jakby wyszły spod cukierniczego pędzelka. Ich zawijasy, załamania, gra światła i cienia. I piasek nieskalany ludzką stopą, marszczony jedynie muśnięciami wiatru.

Więc kalamy ten piasek, odciskamy na nim ślady stóp i butów. W dotyku okazuje się bardzo delikatny, dużo drobniejszy i czystszy niż ten nad Bałtykiem. Sprawdzamy także inne, niezwykłe jego właściwości – okazuje się, że kiedy zbiegamy po zboczu stromej wydmy, piasek zaczyna grać. Dźwięk trudno porównać z czymkolwiek – brzmi trochę jak skrzyżowanie kontrabasu z motocyklem. Czasem słychać go jeszcze długo po zbiegnięciu – widocznie poruszone przez nas warstwy piasku, osypując się, trą o siebie gdzieś pod powierzchnią.

Za to kiedy wspinamy się po wydmach, zapadając się raz po raz, piasek wsypuje się do butów i staje się coraz bardziej uciążliwy. W końcu kiedy słońce przestaje już tak mocno grzać, postanawiamy pozbyć się obuwia, zostawiając je na szczycie jednej z wydm – tak, by były widoczne nawet z daleka. Sami zaś wspinamy się na inną wydmę – na nasze oko najwyższą w okolicy. Widok stamtąd jest oszałamiający. Gdzieś w oddali jedynie mała oaza i odsłonięte dno okresowego słonego jeziora, zwanego sabkhą. A poza tym – jak śpiewał Bajm – „tylko piach, suchy piach”. Z każdej strony falujące morze piasku.

Czas na zasłużony odpoczynek. Piotrek rozkłada szeroką matę i z plecaka wyciąga termos. Każdy z nas dostaje do ręki styropianowy kubeczek. W oczekiwaniu na zachód słońca pijemy wreszcie upragnioną arabską kawę. Całkiem niedaleko ciągle widnieją zarysy naszych butów.

Nie jesteśmy sami

Słońce pikuje nad horyzontem i kolory pustyni szybko zaczynają się zmieniać. Przeważają teraz różne odcienie złota i brązu. Ale tarcza naszej gwiazdy, zamiast schować się za wydmy, zaczyna przesłaniać się paskami obłoków, by wreszcie całkiem zniknąć za chmurami. Kiedy obserwujemy ten spektakl, nagle z zamyślenia wyrywa nas warkot silników. Okazuje się, że nawet w takim miejscu samotność jest tylko ułudą. Dwa terenowe auta z łatwością pokonują kolejne wydmy, zbliżając się do nas. A jednak w końcu jeden z samochodów zawiesza się na grzbiecie sąsiedniej wydmy, utykając w piasku. Z auta wyskakuje dwóch Arabów w galabijach i rękami próbuje odkopywać koła. Widząc, że nie mają żadnych narzędzi, postanawiamy pomóc. Wspólnymi siłami udaje się wypchnąć samochód z piasku. Arabowie w podzięce częstują nas daktylami i... kawą. Odbieramy to jako premię za to, że w hotelu się nie udało.

Siadamy w kręgu i ucinamy sobie miłą pogawędkę w scenerii jak z filmu o Beduinach. Nasi nowi znajomi wypytują o Polskę, a sami dzielą się wrażeniami z podróży do Afryki. Robi się jednak coraz ciemniej, a my, nim dotrzemy do auta, musimy jeszcze wrócić po nasze buty. Żegnamy się więc i na skróty próbujemy dotrzeć w miejsce, gdzie je zostawiliśmy. Ale że idąc Arabom na pomoc, przemieściliśmy się nieco, zadanie okazuje się wcale nie takie proste. W nocy, rozświetlanej tylko blaskiem księżyca, wszystkie wydmy wyglądają podobnie. Dobre pół godziny błąkamy się po nich, nawołując się, by nie zgubić jeszcze siebie nawzajem. Wreszcie słyszymy ucieszony głos Piotrka: – Są!

Wszyscy zbiegamy się w jedno miejsce i oddychamy z ulgą. Potem, po własnych śladach, spokojnie już schodzimy do samochodu. Pamiętajcie: jeśli kiedykolwiek będziecie na pustyni, nigdy nie zostawiajcie butów na wydmach! •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • zdzichu
    25.06.2018 14:20
    Podoba mi się, że autorzy odnajdują i opisują ukryte piękno pustyni. Nie jest to od razu takie łatwe to piękno zrozumieć dla mieszkańców naszej strefy klimatycznej.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Rozpocznij korzystanie