Wszystko jest

Kapsztad wita przyjezdnych rajskimi widokami. Zachwyt nad przyrodą zmącić może przepaść dzieląca bogatych i biednych – jak z Góry Stołowej do dna Atlantyku.

Popatrz, jak tu pięknie! Wszystko jest! I góry, i ocean, i bogata architektura – pokazuje Sizwe, 33-letni kierowca taksówki. Mijamy stadion zbudowany na mundial w 2010 roku. Tu Holendrzy wybili z głowy Urugwajczykom grę w finale mistrzostw. Mogli poczuć się jak w domu. W końcu to holenderscy żeglarze 366 lat temu zakładali przylądkowe miasto (kaap to po holendersku przylądek, stad to miasto). Dziś historyczny port zamieniono na turystyczne centrum rozrywki. Co pół godziny wypływa stąd jacht, wyrzucając z głośników taneczne rytmy. Witamy w Kapsztadzie.

Wille i blaszane pudełka

Trasa z lotniska do portu zajmuje 25 minut. Wystarczająco długo, by wzrok przyzwyczaił się do kontrastujących ze sobą obrazów. Dzielnice ulepione z blaszanych kontenerów i willowe dzielnice z basenami. W szybie mignął plac zabaw przypominający składowisko śmieci. Potem wolno rozwinął się pas chatek-pudełek, zbitych z byle czego. To jedno z wielu townships, ubogich osiedli, jakie otaczają Kapsztad. Odpowiednik południowoamerykańskich faweli czy amerykańskich slumsów i zarazem pamiątka z okresu apartheidu.

W całej metropolii Kapsztadu żyje blisko 4 mln osób. Z tego prawie milion w ubóstwie. Na ulicach usłyszeć można aż 11 oficjalnych języków. W Mieście Matce, jak nazywany bywa Kapsztad, przodują języki angielski i afrikaans. Biali, czarni i koloredzi żyją tu razem. Nie jak dawniej – obok siebie. Oparty na segregacji rasowej system upadł ostatecznie 24 lata temu. Zostały rany. I poczucie krzywdy, które dotyczy w jakimś stopniu każdego. Czarnoskórzy mieszkańcy niosą bagaż wieloletniej dyskryminacji. Biali skarżą się na prowadzoną przez rząd politykę ekonomicznych przywilejów dla czarnej i kolorowej ludności.

Do 23 września w RPA trwa kalendarzowa zima. – Chłodno dzisiaj – rozmowę z czarnoskórym studentem rozpoczynam od pogody. – Tylko 13 stopni. Jak dla mnie bardzo chłodno! – stwierdza Lahai Rois Iradukunda. Na tutejszą uczelnię przybył z Rwandy. – Po raz pierwszy w życiu założyłem kurtkę – śmieje się.

Kiedy pytam Lahaia o konflikty na tle pochodzenia, nie przestaje się uśmiechać. – Osobiście nie odczuwam, żeby wspólne życie białych i czarnych w tym mieście było problemem. Konflikty powstają w głowach polityków. Zwłaszcza że zbliżają się wybory – ocenia Rwandyjczyk.

Mozaika młodych

Miasteczko Bellville leży 20 km od centrum Kapsztadu. Młoda kobieta krąży wokół McDonalda. Podnosi z ziemi papierki, kawałki folii. – Przepraszam, masz drobne? – stara się być dyskretna. Na jej twarzy rysuje się zmęczenie. Nie mam w kieszeni ani centa. – Mieszkasz w pobliżu? – odpowiadam pytaniem. Przytakuje, odwraca się i odchodzi.

W parku obok, na boisku szkolnym, rozpoczyna się trening rugby. Męskie liceum imienia D.F. Malana, premiera Afryki Południowej sprzed 70 lat, jest jednym z lepszych w okolicy. – Warunkiem, by się tu uczyć, jest znajomość afrikaans – mówi ks. Bogdan Buksa, proboszcz tutejszej parafii. W kościele Matki Bożej Fatimskiej stoi figura Maryi, przywieziona z Polski. – Ten kościół zakładali Portugalczycy – uśmiecha się do figury ks. Bogdan. – Mam 64 ministrantów mówiących w kilkunastu językach – dodaje, zwracając uwagę na wielokulturowość miejsca. Przy kościele spotyka się też spora grupa młodych. Afrykańska mozaika. Przyjechali z Ugandy, Mozambiku, Rwandy i innych zakątków Czarnego Lądu, żeby studiować lub znaleźć dobrą pracę.

Dzień zero

Na kapsztadzkim lotnisku nad głowami podróżnych unosi się 50 litrowych butelek. Liczba jest nieprzypadkowa. Kolorowa instalacja przypomina, że jedna osoba może zużyć nie więcej niż 50 litrów wody w ciągu dnia. Zresztą całe miasto bije na alarm z obawy przed „dniem zero”. Trwa kampania społeczna: „Razem chrońmy wodę”, „Każda kropla na wagę złota”... W lutym tego roku dziennikarze, również w Polsce, podali taką oto wiadomość: „Za 10 tygodni w południowoafrykańskim Kapsztadzie z kranów przestanie płynąć woda”. „Dzień zero” oznacza zakręcenie kurków na dobre. Medialne prognozy się nie sprawdziły, chociaż problem wciąż istnieje. – Parę miesięcy temu naprawdę byliśmy pełni obaw. Poziom wody w zbiornikach sięgał ledwie 12 proc. – opowiada Michał Kramin, który w Kapsztadzie mieszka od urodzenia. – Od 3 lat deszczu jest jak na lekarstwo. Czekaliśmy na solidne opady tej zimy. O deszcz modliło się całe miasto. Teraz poziom w zbiornikach wzrósł do 58 proc. Możemy spać spokojniej – wyjaśnia. „Bez wątpienia opady deszczu były odpowiedzią na modlitwy” – stwierdza jeden z czytelników na łamach dziennika „Cape Times”. „A teraz nasza wdzięczność Bogu za błogosławieństwo deszczu powinna być wyrażona publicznie” – zapowiada.

Woda – szanuję

Zdaniem Isabeli Horn wodny problem wynika nie tylko z braku opadów. – W ostatnim czasie potężnie rozrosła się liczba mieszkańców, zwiększyła się konsumpcja wody, co przerosło rządzących miastem polityków – uważa. – Najpierw straszono nas, że „dzień zero” nadejdzie w styczniu. Potem mowa była o kwietniu i o sierpniu. Dziś kolejny termin to luty 2019 roku... I ciągle rosną opłaty za wodę – żali się mieszkanka luksusowej części Kapsztadu.

Miasto ograniczyło dzienne zużycie wody do 513 mln litrów. Za cel stawia sobie 450 mln. Organizacje pozarządowe radzą oszczędzać. 50 litrów na osobę, nie więcej – przy najbliższej okazji powraca przestroga. – Nauczyliśmy się szanować wodę – mówi Michał Kramin. – Staramy się wykorzystywać ją dwukrotnie. Na przykład woda z kąpieli przydaje się do spłuczki w toalecie – tłumaczy. – Trwają próby odsalania wody morskiej. Pochłania to jednak olbrzymie koszty – podkreśla Kramin. – Moim zdaniem dochodzi jeszcze kwestia umiejętnej konserwacji wodociągów. Tak, aby woda płynęła tam, dokąd powinna, zamiast ginąć po drodze – dopowiada Sylwia Polańczyk, mieszkająca w Kapsztadzie od 26 lat. Niektóre domy wyposażone są w specjalne wodomierze. Po przekroczeniu dziennego limitu dopływ wody zostaje odcięty.

Ziemia obiecana

Innym głośnym tematem stał się spór o ziemię. Władze RPA proponują nawet zmianę konstytucji. Po to, by móc odbierać białym farmerom ziemię bez konieczności wypłacania odszkodowań. Wokół tej sprawy snuje się wątek ataków na farmerów, jakie trwają od lat na terenie kraju. – Warto pamiętać o początkach gospodarczej działalności człowieka na tej ziemi. Jako pierwsi zaczęli uprawiać ją Holendrzy. Dziś niektórzy domagają się, aby zwrócić im ziemię, gdy tymczasem nigdy jej nie posiadali – przypomina Winston Fontaine, mieszkaniec Kapsztadu. – Osobiście nie słyszałem o atakach na farmerów. Zdarzają się natomiast najazdy na ich ziemie. Mam nadzieję, że nie staniemy się kolejnym Zimbabwe – dodaje. W 2000 roku w Zimbabwe rząd przeprowadził reformę rolną, w wyniku której tysiące białych gospodarzy musiało opuścić swoje farmy. To z kolei doprowadziło do kryzysu gospodarczego w kraju. – Potomkowie pierwszych osadników mozolnie uprawiają ziemię. Poświęcają temu swoje życie. Mam wątpliwości, czy ludzie, którzy chcą teraz im to odebrać, potrafią odpowiednio zadbać o to dziedzictwo – dodaje ks. Bogdan Buksa.

– Szukanie pokojowych rozwiązań wszelkich konfliktów to południowoafrykańska, dobra tradycja – dopowiada Sylwia Polańczyk. – Ataki na białych farmerów są faktem. Jednak ich skala jest dużo mniejsza, niż pokazują to światowe media. Te ataki to jeden ze sposobów wymuszenia sprzedaży ziemi za niewielkie pieniądze – uważa Polka.

Latarnia nadziei

Wysoka na 1086 metrów, płaska jak stół. Góra Stołowa jest wizytówką Południowej Afryki, a nawet czymś więcej. – Była latarnią nadziei – wspominał lata spędzone w więzieniu na pobliskiej wyspie Robben Island Nelson Mandela. Były prezydent RPA i laureat Pokojowej Nagrody Nobla sam stał się twarzą tego regionu świata. – Żyjemy w raju na ziemi – uśmiechają się mieszkańcy Kapsztadu, spoglądając na tonącą w chmurach płaską górę. Kapsztadzka przyroda zachwyca. Tu łączą się Ocean Atlantycki z Oceanem Indyjskim. Gigantyczne fale przyciągają fanów surfingu. Z bliska można podziwiać setki fok i tysiące afrykańskich pingwinów. A zimą wypatrzeć czerwony kwiat protei królewskiej – element godła państwowego.

Nieopodal placu Noblistów (pomniki Alberta Luthuliego, abp. Desmonda Tutu, Frederika Willema de Klerka i Nelsona Mandeli) łapię taksówkę. A właściwie taksówka łapie mnie. – Taxi? – czarnoskóry mężczyzna uśmiecha się szeroko. – Chętnie, za moment – odpowiadam. – Dlaczego? (Why?) – dopytuje kierowca. Nie rozumiem, czemu o to pyta. – Wino? (Wine?) – powtarza. Mówi po angielsku jak każdy w Cape Town. Ale jego naturalnym językiem jest xhosa. – Ta ziemia słynie z dobrego wina – reklamuje. Trzy razy upewnia się, czy na pewno dotarłem do jego miasta z Polski. – Robert Lewandowski! – rzuca wreszcie. I opowiada o swojej miłości do Kapsztadu, rodziny i Boga. – Kocham Jezusa! – składa deklarację. Po czym wyjmuje ze schowka angielskie wydanie Biblii. – To moje pierwsze Pismo Święte – uśmiecha się. Na stronie tytułowej widnieje podpis kreślony ręką dziecka. – Mam trudną pracę. Dlatego staram się przez cały czas żyć modlitwą – wyznaje.

Odwiedzam jeszcze willową dzielnicę, gdzie niektóre domy przypominają fortece. Wysokie mury, drut pod napięciem, uzbrojeni ochroniarze... – Okolica jest spokojna – zapewnia jedna z białych mieszkanek. – Choć zdarzają się kradzieże. Ostatnio częściej. Dlatego musimy się chronić. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Rozpocznij korzystanie