Misje pana Marcina

Od urodzenia porusza się na wózku. Chorował na ciężką depresję. Zawalczył o siebie z najlepszą pomocą…

Marcin Drzewiecki mieszka w niewielkiej miejscowości pod Mławą. Choruje na zanik mięśni. – Jestem od urodzenia na wózku. Nie chodzę. Mam ciężką mowę – mówi, faktycznie dość niewyraźnie, starając się, by zostać zrozumianym. Ale z tej mowy bije ogromne ciepło. I czego nie zrozumie się rozumem, to poczuje się sercem.

Walka

Młodość nie była łatwa. Bo jak tu być szczęśliwym i spełnionym, gdy wokół znajomi rozwijają się, uczą, zakładają rodziny. A tobie pozostaje wózek, zamknięcie i dom… – Skończyło się tym, że nie akceptowałem siebie, swojego życia. Przyszła ciężka depresja. Zacząłem przyjmować silne leki i brałem je wiele, wiele lat. Myślę, że byłem od nich już bardzo uzależniony. Bałem się je odstawić z obawy, że to się dla mnie źle skończy – opowiada pan Marcin. – Naprawdę było ze mną źle, nie widziałem sensu życia i czułem, że to wszystko zmierza w złym kierunku.

Do czasu. Pan Marcin dostał książkę o Matce Bożej. Przeczytał ją jednym tchem. W jednym z rozdziałów był przepiękny fragment o uzdrowieniu niepełnosprawnego chłopca. Rzecz się działa w Medjugorju, była mocnym i wstrząsającym świadectwem. Na tyle wstrząsającym, że pan Marcin zrozumiał, że i on musi jechać do Medjugorja. Po ratunek i uzdrowienie. – Wszedłem na Facebooka i co mi się wyświetliło? Ogłoszenie, że ktoś organizuje pielgrzymkę do Medjugorja. Skontaktowałem się natychmiast z organizatorem. Bardzo odradzano mi tę wyprawę. Przecież tam się jedzie kilkanaście godzin. „Pan nie wytrzyma” – usłyszałem. A ja wiedziałem, że wytrzymam. I tak się stało – mówi pan Marcin. – Nie dzięki swojej sile zresztą. To Maryja mi pomogła. Chciała, żebym do Niej przyjechał.

Pierwszy dzień pobytu. Tylu ludzi, rozmodlonych i pokornie czekających przy konfesjonałach. Tyle modlitwy… – Modliłem się również o uwolnienie, bo dopiero tam poczułem, że jestem człowiekiem zniewolonym, uwięzionym. Modliłem się o uzdrowienie z depresji, o Boże prowadzenie, o wiarę. Modliłem się żarliwie jak nigdy przedtem. I wtedy usłyszałem Jej słowa: „Nie martw się, Ja jestem z tobą”. Było to silne przeżycie, wręcz namacalne. Ale jednocześnie dla człowieka małej wiary niezrozumiałe. Zastanawiałem się potem: czy to naprawdę była Ona? Maryja? Jednocześnie czułem, jakby straszliwie ciężki kamień w moim sercu – przyzwyczajeń, lęków, bólu – pękał i rozbijał się na wiele kawałków – opowiada pan Marcin. – W końcu poczułem się wolny!

I modlił się jeszcze mocniej, i pytał: „To naprawdę Ty do mnie przemówiłaś?”. Znów usłyszał: „Jestem z tobą. Nie martw się”. I przestał się martwić…

Nowe życie

W Medjugorju było mu tak dobrze. Chciał zostać tam jak najdłużej. Gdy modlił się o pokój w sercu, o nowe, lepsze życie po powrocie, przeleciał nad nim biały gołąb. – W sercu wiedziałem i poczułem, że dam radę. Że Duch napełnił mnie siłą i pokojem na nowe życie. Że będę miał siłę do walki o każdy dzień i znalezienie sensu życia – uśmiecha się pan Marcin.

I tak się stało. Wrócił odmieniony. – Wszelkie lęki, strach, zniechęcenie i ból zniknęły. Naprawdę zacząłem nowe życie, otrzymałem ogromną łaskę. Po jakimś czasie wiedziałem, że mogę odstawić leki antydepresyjne. Byłem zdrowym człowiekiem! – cieszy się pan Marcin. – Bóg pokazał mi, że moje życie jest piękne. Mimo że na wózku i mimo że fizycznie jestem niepełnosprawny. Bóg mi pokazał, że można być szczęśliwym mimo fizycznych ograniczeń. Teraz wiem, że On mnie kocha, a wszelkie lęki i zwątpienia były od Złego.

Niedługo potem pan Marcin jeszcze raz pojechał do Medjugorja. – Modliłem się o ludzi, z którymi będę mógł kontynuować moją drogę duchową. I poznałem takich! Spotkałem Mariusza spod Warszawy i Weronikę z Siedlec – mojego duchowego brata i duchową siostrę. Łączymy się codziennie wieczorem na modlitwie, wspieramy. Modlitwa z nimi to wielki dar od Pana – jest przekonany pan Marcin. – Jechałem do Medjugorja prosić o kogoś, z kim będę się mógł modlić. Bóg jest dobry. Ofiarował mi przyjaciela, z którym modlę się i rozumiem. Doświadczamy na co dzień, że przez wspólnotę dwóch, trzech osób można otrzymać wiele łask. Pan Bóg pokazuje, że te łaski są podwojone, potrojone, jeśli modlimy się ufnie i wspólnie. Założyliśmy grupę modlitewną, łączymy się o godzinie 21, w czasie Apelu Jasnogórskiego. Dodatkowo z Marcinem łączymy się w ciągu dnia: pracuję zdalnie, więc mogę sobie na to pozwolić. Modlitwa nas bardzo umacnia. Różaniec to wielka broń!

Pani Weronika: – Marcin jest dla mnie jak brat. W grudniu ubiegłego roku, gdy się poznaliśmy na pielgrzymce, także moje życie się zmieniło. On mnie wspiera. Modli się za mnie i ze mną. Nikogo nie ocenia, wspiera, nie stara się doradzać czy dominować. Podchodzi do każdego człowieka z ogromnym sercem i ciepłem. Mimo fizycznych ograniczeń pomaga innym osobom i nie jest na drugiego człowieka obojętny. Jakbym go znała od zawsze…

Pokonywać bariery

Nowe życie duchowe wiąże się z nowymi wyzwaniami. Również fizycznymi. – Wjechałem najpierw nad Morskie Oko. Wózkiem. Nie końmi – opowiada pan Marcin. – Ale chciałem więcej. Moim marzeniem było wejście na Giewont. Pod ten krzyż, który jest tak wysoko, jakby roztaczał opiekę nad całą Polską…

Ale jak to zrobić? – Plan był taki, żeby wejść w kwietniu tego roku. Ale wiadomo: lockdown. Musiałem czekać. W międzyczasie, gdy zacząłem mówić o swoim marzeniu, udało się nawiązać kontakt z Uniwersyteckim Klubem Alpinistycznym z Warszawy. Oni postanowili pomóc…

I pod koniec września udało się! Dwudziestu silnych, wysportowanych górołazów podjęło wyzwanie. – Marcin musiał pokonać zwykłą barierę strachu, lęk związany z wysokością. Musiał powierzyć swoje życie obcym ludziom – wspomina pan Mariusz. – To wcale nie było łatwe.

– Mam lęk wysokości. Tutaj musiałem poddać się i przemierzać wiele kilometrów, po stromiźnie, pod górę, w nosidle. W zimnie. Panowie zmieniali się co chwilę, bo wnoszenie mnie było ogromnie wyczerpujące – wspomina pan Marcin. – A ja się od początku modliłem na różańcu. Całą drogę.

Wielki lęk, poczucie zagrożenia minęły dosłownie chwilę po rozpoczęciu marszu. – Kilka ich kroków, moja modlitwa i poczułem wielką, nieopisaną radość. Lęk wysokości zniknął. Szliśmy w spokoju. Nie czułem zimna, którego bardzo się obawiałem. Patrzyłem na góry i cieszyłem się wspaniałymi widokami. Czułem się, jakby ktoś mnie otulił i dał poczucie bezpieczeństwa. Usłyszałem słowa: „Jeśli będziesz leciał, złapię cię za rękę”…

Bezpiecznie weszli na Giewont i zeszli. W trakcie wspinaczki alpiniści pytali o powód tej wyprawy. – Mówiłem, że chcę pokonywać bariery i lęki. Że Bóg mnie do tego zachęca i wspiera. Że chciałbym pokazywać innym, że trzeba walczyć z barierami i strachem. Chciałbym, żeby jak najwięcej ludzi odzyskało chęć życia i wiarę mimo przeciwności losu. Moje życie nie odmieniłoby się po ludzku. Każdy z nas ma swój krzyż i z Bożą pomocą trzeba go nieść. Wtedy jest się szczęśliwym…

Słuchali. I wielu prosiło o modlitwę…

Marzenie

– Jestem mówcą motywacyjnym, byłem radnym, koordynatorem ds. społecznych w mojej gminie. Jako osoba niepełnosprawna dostałem nagrody za aktywność i wiele prospołecznych działań. To oczywiście cieszy. Ale wiem, że moim powołaniem jest przede wszystkim modlitwa. I trwanie przed Panem. To robię teraz najczęściej…

– Marcin pomaga wielu osobom z różnymi problemami. Nie ocenia zniewolonych nałogami, do zdemoralizowanych podchodzi z empatią i miłością jak do chorego, który wymaga leków, a nie połajanki – mówi pan Mariusz o swoim przyjacielu. – Ale przede wszystkim modli się za potrzebujących i wyjednuje im wiele łask.

– Moje największe pragnienie i marzenie obecnie? – pan Marcin się uśmiecha. – Chciałbym przejechać busem całą Polskę, dotrzeć do różnych miejsc. I cały czas modlić się o ochronę małżeństw i rodzin. O łaski dla małżonków i ich dzieci. Czuję, że to teraz moja modlitewna misja.

Misje trzeba wypełniać. Powodzenia, panie Marcinie!•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Rozpocznij korzystanie