Skan pamięci

Nie da się zatrzymać czasu, bo zarówno ludzie, jak i rzeczy po nich przemijają. Warto jednak pomagać pamięci, choćby po to, żeby przemijać świadomie.

Trzydzieści osiem hektarów historii. Ale nie takiej spisanej w książkach, dokumentach, kronikach. Taką to można w każdym innym muzeum napotkać. W Sanoku jest to 38 hektarów historii zawartej w pozostałościach po ludziach, którzy odeszli. Dosłownie i w przenośni. Odeszli, bo zostali wygnani, odeszli, bo ich lata przeminęły. Jakie to wszystko symboliczne. Krew z krwi, ciało z ciała, kamień z kamienia, drzazga z drzazgi. Taki jest sanocki skansen.

Kulturowy tygiel

Idea budowania muzeów pod gołym niebem ma europejską tradycję. Pierwsze na świecie powstało w 1881 roku, w pobliżu Oslo. Kolejne, dziesięć lat później, zorganizował Artur Hazelius, który na wyspie Djurgården w Sztokholmie zgromadził 150 przykładów architektury drewnianej z terenu całej Szwecji. Było to w parku zwanym Skansen. Stąd nazwa. Niedługo potem zaczątkiem pierwszego polskiego muzeum na wolnym powietrzu stanie się chata kaszubska zakupiona we Wdzydzach Kiszewskich koło Kościerzyny na Kaszubach przez Izydora i Teodorę Gulgowskich. Nie przetrwa wojny.

Skansen w Sanoku powstał dzięki sprzyjającej atmosferze w okresie powojennym oraz zaangażowaniu pierwszego dyrektora, Aleksandra Rybickiego. – To była postać nietuzinkowa, człowiek, o którym można by nakręcić dobry film – opowiada Marcin Krowiak, historyk z działu oświatowo-promocyjnego sanockiego skansenu. – Jego przygoda z muzealnictwem – dodaje – rozpoczęła się jeszcze przed wojną. Wciągnął się w historię Bieszczadów, Beskidu Niskiego, a także Łemkowszczyzny i Bojkowszczyzny oraz Pogórzan i Dolinian, czyli grup etnograficznych, które prezentujemy w skansenie. To przecież był tygiel, w którym współistnieli mieszkańcy różniący się zarówno religijnie, jak i kulturowo. Oni nie mieli świadomości narodowej, byli po prostu „miejscowymi”, „tutejszymi”. Dopiero wydarzenia z lat dwudziestych XX wieku rozbudziły tę świadomość i miały wpływ na koleje ich losu. A te przede wszystkim potoczyły się ścieżkami wygnania.

Historia, która boli

Opuścić swój dom pod przymusem oznacza zostać wygnanym. A wygnanie zawsze jest bolesne i zawsze pozostawia doświadczenie utraconego raju, choćby rodzinna ziemia raju na pozór nie przypominała. Chociaż, jak podkreśla Marcin Krowiak, wymiana ludności na terenie Polski południowo-wschodniej zapoczątkowana została wcześniej, niż miała miejsce słynna akcja „Wisła”, to jednak właśnie w wyniku tej akcji ostatecznie domy, zagrody, czy świątynie pozostały puste. Przeprowadzona w latach 1947–1950 przez struktury państwowe Polski Ludowej miała na celu odciąć walczące oddziały UPA od naturalnego zaplecza. Polegała na masowej deportacji – wysiedleniu całych wsi i osad, rozproszeniu ludności cywilnej z terenów Polski południowo-wschodniej. Objęła Ukraińców, Bojków, Dolinian i Łemków oraz mieszane rodziny polsko-ukraińskie. Podobno ludność ukraińska na różne sposoby próbowała unikać znalezienia się na listach i wysiedlenia – zdobywając na przykład czy to fałszywe dokumenty tożsamości, czy metryki rzymskokatolickie w celu potwierdzenia polskości, bo jednym z głównych kryteriów kwalifikacji do wysiedlenia było wyznanie religijne (grekokatolicy i prawosławni, niezależnie od pochodzenia etnicznego, traktowani byli jako Rusini). Niestety, nie udawało się. Każdy, kto pozostał we wsi po wysiedleniu, uważany był za członka bandy i jako taki był traktowany.

Na Sanockie Muzeum Budownictwa Ludowego składają się w większości pozostałości po tych, którzy odeszli. Udało się to wszystko wydrzeć destruktywnemu działaniu czasu dzięki sprzyjającej atmosferze i konieczności ratowania ocalałych po wojnie resztek kultury ludowej. – Był to czas, kiedy chciano pokazywać przede wszystkim kulturę ludową – opowiada Marcin Krowiak. I dodaje: – Nie było szlachty, nie było „panów” – trzeba było czymś tę pustkę zapełnić, stąd w szerokiej przestrzeni zaczęła funkcjonować kultura ludowa, pojawiła się Cepelia. A dla miłośników tych ziem i ich historii była to możliwość ocalenia tego, co miało zniszczeć.

W lipcu 1966 roku, a więc osiem lat po powołaniu muzeum, udostępniono do zwiedzania pierwsze obiekty. Wśród nich między innymi spichlerz z Przeczycy z 1732 r., zagrodę i chałupę ze Skorodnego w Bieszczadach, cerkiew z Rosolina z 1750 r. czy młynek wodny z Woli Komborskiej z II poł. XIX wieku. – Pod względem liczby zgromadzonych obiektów jesteśmy jednym z największych skansenów w Europie – mówi Marcin Krowiak. – To tutaj wprowadzano prekursorskie sposoby konserwacji, które niejednokrotnie stosowane są do dzisiaj. Jest to muzeum, które cały czas się rozwija. Powstaje sektor pastersko-hodowlany. Mamy chałupę cygańską, w której do lat siedemdziesiątych mieszkała romska rodzina. Jest sektor dworski – dwór ze Święcan. Do realizacji jest plan związany z sektorem leśnym. Cały czas pojawiają się nowe pomysły. Ostatnia duża realizacja to rynek galicyjski. Idea ta pojawiła się, kiedy w latach pięćdziesiątych zauważono problem zanikania kultury małomiasteczkowej. Jest to powrót do korzeni. Mamy wyposażone kompletnie wnętrza i nowy sposób ekspozycji – do wnętrz wprowadzani są ludzie, którzy starają się je ożywiać.

Muzeum człowieka

– Jaki jest sens muzealnictwa skansenowego? – pytam, dodając, że to takie... nienowoczesne, niemultimedialne... nie na te czasy! Przed wejściem do poszczególnych budynków stojących wokół rynku galicyjskiego nie mam jeszcze świadomości, że w rzeczywistości jest zupełnie inaczej. – Skansen to jak najbardziej multimedialne muzeum – odpowiada Marcin Krowiak – tyle że zamiast wyświetlaczy widać tu człowieka. Można rozpalić w piecu. Można wejść do piekarni poczuć zapach i poznać smak. Tutaj w centrum jest człowiek.

Po kocich łbach, otoczakach, dopasowanych idealnie jeden do drugiego, pochodzących ponoć z Sanu, idziemy przez galicyjski rynek. Mamy wrażenie, że odwiedzamy opuszczone miasteczko. Zamknięty zakład zegarmistrzowski i poczta. Nikt nie stoi w kolejce do aptekarza. Gdyby spojrzeć na to z perspektywy żyjących – wydaje się, jakby przeszedł tu kataklizm. Ale to przecież muzeum, skansen. Na dodatek w czasach pandemii, w ostatnich dniach przed kolejnym całkowitym zamknięciem dla zwiedzających.

Zbliżamy się do poczty. Poczmistrz, jak się dowiaduję, jeszcze do końca tygodnia pełni swoją służbę. – Mamy podpisaną umowę z Pocztą Polską, więc skrzynka funkcjonuje. To jest najlepszy sposób uczenia historii, przez jej pokazywanie. Poczta zajmuje jedną czwartą budynku, pozostałe pomieszczenia są mieszkalne – tłumaczy przewodnik. I pyta: – Czy widział ksiądz kiedyś taki kalkulator? Przyglądam się czemuś, na pierwszy rzut oka jednak wybitnie nieelektronicznemu. To książka. A jednak kalkulator. – Niesamowite! Jak funkcjonował… – zastanawiam się. – Jeśli chcemy sprawdzić, ile jest sto razy siedem tysięcy czterysta, to szukamy konkretnej rubryki – wyjaśnia przewodnik.

Eugeniusz Czubski opiekujący się pocztową ekspozycją pełni rolę tutejszego poczmistrza. – Ludzie pytają najczęściej o skrzynkę na pszczoły – mówi. Ja również, bo widząc ją w urzędzie pocztowym, kojarzę ją raczej z gołębiami niż z pszczelim rojem. – Przychodzą tu osoby, które całe życie pracowały na poczcie i są przekonane, że to jest właśnie skrzynka na gołębia pocztowego. Ale często pytają również o sejf, który stoi w kącie – opowiada pan Eugeniusz. – Z tym sejfem wiąże się ciekawa historia – włącza się Marcin Krowiak. – Firma, która zajmowała się produkowaniem takich sejfów, potrafiła doskonale pozyskiwać klientów, przekonując ich do swojej solidności. Kiedy chcieli sprzedać sejf rządowi tureckiemu, postawili go na podeście z drewna i podpalili. Kiedy drzewo się spaliło i sejf wystygł, wyciągnęli ze środka włożone tam wcześniej pieniądze i papiery. Nienaruszone – opowiada historyk.

Za najjaśniejszego

Mieszkalna część urzędu pocztowego budzi refleksję: skoro ludzie mieszkali tam, gdzie pracowali, to raczej mieli pracę na całe życie. Zupełnie inaczej niż w dzisiejszych czasach, w których stałość i niezmienność do popularnych nie należą, a ludzie zmieniają miejsca pracy, a czasem i profesje co kilka lat. Czy to oznacza, że w tamtych czasach bardziej się ze swoją pracą identyfikowali? Postrzegali ją po prostu jako powołanie? Te pytania towarzyszą nam w kolejnych budynkach, do których wprowadza nas Marcin Krowiak. Dlaczego? Bo w każdym ten układ się powtarza. Ba – w jednym z nich zamieszkiwał zarówno lekarz, jak i... urzędnik gminy. Dlaczego? Bo to ta sama osoba. – Niejeden współczesny urzędnik za głowę by się złapał, gdyby mu tę izbę pokazano i na dodatek powiedziano, że to jedyne miejsce, w którym taki urząd będzie funkcjonował – śmieje się historyk. Po drugiej stronie od wejścia – jak w poprzednich budynkach – kuchnia oraz pomieszczenia mieszkalne. I właśnie gabinet medyka. Urządzony dzięki rodzinie Ignacego Bieleckiego z Rymanowa. Na ścianie oryginał dyplomu lekarskiego, a jakże – po łacinie, z introdukcją wielkimi literami: „Augustissimi Imperatoris ac Regis Francisci Iosephi…” głoszącą, że Ignatius Bielecki doktorem za czasów miłościwie panującego Franciszka Józefa został. Podobno jako ponadstuletni lekarz jeszcze praktykował, a zajmował się głównie chorobami kobiecymi. Patrzy na nas z portretu. Urzędnik i jednocześnie lekarz. – Niektórzy dzisiaj są zszokowani, kiedy widzą tę medyczną ekspozycję – mówi Marcin Krowiak. I zupełnie się nie dziwię. W dziedzinie medycyny jeden wiek, ten ostatni zwłaszcza, to przecież jak skok o całą erę.

Zapach egzotyki

Przechodzimy do apteki. Tu znowu z jednej strony tajemnicze półki z setkami fiolek, z drugiej mieszkanie. Nad tym wszystkim... krokodyl. – Dzisiaj się chwalimy, że mamy apteki działające 24 godziny przez siedem dni w tygodniu – śmieje się przewodnik, ale to nic w porównaniu z tym, co widać tutaj… Apteka nosiła nazwę „Pod Opatrznością Bożą”, stąd nad drzwiami znajduje się Oko Opatrzności. Tajemniczy charakter tego wnętrza musiał budzić respekt. Obok pomieszczenia do mieszania składników medykamentów stoi urządzenie do lania świec. W sieni wanna, w której można było robić ciepłe kąpiele. Piecyk opalany węglem drzewnym, woda w obiegu zamkniętym. Nasiadówka na hemoroidy…

Równie egzotycznie odbieram sklep kolonialny, który w sezonie działa i oferuje zwiedzającym szeroki asortyment produktów. „Czekolady, andruty, keksy” – czytam reklamę. A jest ich tam, takich w przedwojennym stylu, wiele. Pierwsze reklamy maggi, archaiczne reklamy producentów do dzisiaj szanowanych na rynku. – Dlaczego firmy chwalą się obecnie rokiem swojego założenia, czemu sięgają do korzeni? – pyta Marcin Krowiak. I odpowiada: – Właśnie dlatego, że kojarzy się to z klasą, solidnością, trwałością! To prawda – myślę, solidność, trwałość i klasa to z całą pewnością te cechy, które wspominają starzy ludzie, mówiąc o tym, że „kiedyś było lepiej”.

To „lepiej” widać jeszcze wyraźniej w zakładzie zegarmistrzowskim, do którego wchodzimy. Nasz przewodnik bierze do ręki jeden ze starych zegarowych mechanizmów. Ekspozycja zegarów, jak twierdzi, to ponad trzysta eksponatów, którymi opiekuje się Józef Jankiewicz, 90-letni zegarmistrz. – Proszę sobie wyobrazić – zachęca – dzieci z rodzicami, które wchodzą do tego pomieszczenia i widzą zegarmistrza z lupką w oku, pracującego nad mechanizmem. Przecież dla nich to jest pierwszy kontakt z takim zegarkiem!

Nie do znudzenia

Poczta, urząd, lekarz, apteka, zegarmistrz, sklep kolonialny, fotograf... Odwiedzenie choćby niewielu obiektów na galicyjskim rynku w sanockim Muzeum Budownictwa Ludowego już wywołuje oszołomienie. A przed nami jeszcze sektor naftowy, dworek, zespoły chałup... Trudno oprzeć się wrażeniu, że całe to bogactwo przyprawia o ból głowy podobny do tego, gdy w jeden dzień usiłuje się zwiedzić cały Luwr. Ale co tam Luwr ze wszystkimi jego wdziękami. Przypomina mi się anegdota opowiadana przez zmarłego dziesięć lat temu księdza profesora Sobańskiego o wizycie w Polsce jednego z zaprzyjaźnionych kanonistów – Winfrieda Aymansa z Monachium. Będąc wówczas rektorem Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie, Sobański wpadł na pomysł, aby pokazać wybitnemu koledze jedno z warszawskich muzeów. Ten przebiegł wszystkie ekspozycje w tempie ekspresowym, ledwo spozierając na prawo i lewo oraz mrucząc pod nosem ze znudzeniem: „Wszystkie muzea są takie same”. Aymans był bardzo mądrym człowiekiem. Ale racji nie miał. I gdyby pojechał do Sanoka, do Muzeum Budownictwa Ludowego, na pewno zmieniłby zdanie. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Rozpocznij korzystanie