Nierówni i nierówniejsi

Pandemia tylko pozornie jest egalitarna. W rzeczywistości już pogłębiła światowe nierówności.

Jak podsumować rok w świecie, który zamarł, zastygł, zawiesił swój normalny bieg pod wpływem pandemii? Powiedzieć, że cały świat „jak jeden mąż” po raz pierwszy doświadczył równości, bo koronawirus nie zna granic geograficznych i majątkowych i każdego dotknął tak samo? Byłoby to nie tyle banalne, ile zwyczajnie nieprawdziwe.

Pogoda dla bogaczy?

Nie ma żadnej równości, nawet w tak egalitarnym, wydawałoby się, zjawisku. Bogate społeczeństwa, owszem, zamarły ze strachu, ale czym są te nasze lockdowny i nawet liczba zmarłych na COVID-19 w porównaniu z takimi krajami jak Syria, Jemen czy parę innych państw afrykańskich, gdzie toczące się od lat wojny już dawno zrujnowały gospodarki, infrastrukturę, o liczbie ofiar śmiertelnych nie mówiąc. Pandemia okazała się tylko kolejnym gwoździem do trumny. Ba, można powiedzieć, że wojna jako jedyna nie poddała się kwarantannie – toczące się konflikty zbrojne okazały się odporne na koronawirusa, bo nie tylko nie zostały zawieszone, ale w niektórych miejscach doszło wręcz do ich eskalacji.

Trudno też mówić o równości w przeżywaniu pandemii w sytuacji, gdy bogate kraje albo już zaczęły szczepienia, albo odliczają dni bądź tygodnie do rozpoczęcia narodowych programów szczepień, a tzw. Trzeci Świat czeka na ewentualne zmiłowanie „lepszej” części globu. Pandemia ma potencjał egalitarny, ale w praktyce bogatsza część ani myśli rezygnować z tego, do czego przywykła. Owszem, część naszych społeczeństw wykazała się niezwykłą, jak na Zachód, gotowością do podporządkowania się wszystkim ograniczeniom, ale głównie dlatego, że spodziewamy się raczej kryzysu, który szybko minie. Nie bierzemy pod uwagę, że świat zachodni mógłby na dłużej lub na zawsze stracić to, co przez ostatnie stulecia wypracował, stworzył.

Czy jest w tym coś złego? Nie, pod warunkiem że dokona się przewartościowanie naszego myślenia: że to, co mamy, nie należy tylko do nas, ale również do tych, którzy nie mają nic lub mają dużo mniej. To nie żaden socjalizm, tylko dobra starożytna szkoła chrześcijańska. Mówi o tym papież Franciszek w swojej najnowszej książce „Wróćmy do marzeń”: „Musimy znów poczuć, że się potrzebujemy, że jesteśmy za siebie odpowiedzialni, również za tych, którzy jeszcze się nie urodzili, i za tych jeszcze nie uważanych za obywateli (…). Bóg prosi nas, abyśmy mieli odwagę stworzyć coś nowego. Nie możemy wrócić do złudnego bezpieczeństwa struktur politycznych i ekonomicznych, które mieliśmy przed kryzysem (…). Musimy zwolnić, dokonać bilansu i zaprojektować lepsze sposoby wspólnego życia na tej ziemi”.

Próba elit

Socjologowie mówią, że na całym świecie upadł mit technokratycznego optymizmu, przekonanie, że nauka sobie ze wszystkim od razu poradzi, że znajdą się specjaliści, którzy od ręki rozwiążą nam nowe problemy. Inni z kolei przekonują, że pandemia już powoduje wymianę elit, że elity związane z różnymi instytucjami międzynarodowymi zostaną zmarginalizowane, a przy okazji może upaść mit globalizmu, tworzenia ponadnarodowych systemów społecznych, politycznych, gospodarczych i kulturowych. Zdaniem części obserwatorów jedną z ofiar tego procesu będzie m.in. Unia Europejska, która w pierwszej fazie pandemii okazała się praktycznie nieobecna. Później jednak pokazała, że potrafi działać wspólnie i pragmatycznie. Ale jednocześnie unijne elity chciały wykorzystać okazję, by skręcić mocno i zdecydowanie w kierunku federalizacji, centralizacji władzy w UE – o to przecież toczył się spór związany z tzw. mechanizmem praworządności.

Trochę niezależnie od pandemii okazję do przewartościowania wszystkiego, wszczęcia nowej rewolucji i wymiany elit zwietrzyły skrajnie lewicowe środowiska w USA i wspierająca je międzynarodówka spod znaku Antify. Pretekstem stało się zabójstwo George’a Floyda, Afroamerykanina, uduszonego przez białego policjanta. Słuszne oburzenie ludzi w wielu miejscach zostało zagospodarowane, czy raczej sterroryzowane, przez ruch Black Lives Matter, który nie krył swoich rewolucyjnych, destrukcyjnych celów. Trwające tygodniami zamieszki kolejny raz wydobyły przy okazji pogłębiające się nierówności, nie tylko rasowe, w społeczeństwie amerykańskim.

Wejście smoka

Słabość Ameryki to zawsze dobre wieści dla Chin, których ambicje nie ograniczają się do tego, by stworzyć tylko przeciwwagę dla USA (jak niegdyś ZSRR), ale by realnie zastąpić Stany Zjednoczone w roli światowego hegemona. „Znaki, że Chiny szykują się do podważenia światowego przywództwa Ameryki, są jednoznaczne i wszechobecne. Pekin dąży do zdominowania branż zaawansowanych technologii, które określą przyszły rozdział siły gospodarczej i wojskowej” – ogłosił magazyn „Foreign Policy”. Pytanie, czy chińskie pochodzenie COVID-19 pokrzyżuje lub spowolni te plany. Z pewnością nacisk Amerykanów na to, by ukarać Chińczyków za zatrzymanie świata, będzie silny, również pod rządami Joego Bidena, bo pewne kierunki strategiczne w polityce amerykańskiej są niezależne od zmiany lokatora Białego Domu.

Pandemia, ze swoją pozorną egalitarnością, w rzeczywistości może pogłębić podziały w świecie. Tyle że w drugą stronę. Jest groźba powstania całej masy tzw. ludzi zbędnych, czyli tych, którzy do tej pory mieli poczucie wpływu na społeczeństwo, a nagle ich kwalifikacje i sposób myślenia przestaną być odbierane jako potrzebne do życia, bo zostaną zupełnie wyparte przez produkty i wartości „pierwszej potrzeby”. To idealny grunt do kolejnych odsłon bolszewickich z natury rewolucji, które tworzą nowe nierówności, z nowymi wykluczonymi. I może całe to doświadczenie jest nam potrzebne również do tego, by z jednej strony robić wszystko dla zbudowania lepszego świata, ale jednocześnie, by przestać marzyć o nierealnej równości i stworzeniu raju na tym świecie. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Rozpocznij korzystanie

Reklama

Reklama

Reklama