Cisza domowego piekiełka

Trzy historie. Niestety, nie z palca wyssane. Rozegrane w domowym zaciszu, w którym w oparach alkoholu wychowali się Julka, Adam i Mariola.

Ten Adaś to najczęściej atakuje, gdy Adam pójdzie z wizytą do rodzinnego domu. W domu czeka wspaniała, choć zahukana i przerażona życiem matka. Ale czasem czeka też ojciec... Wcale nie wspaniały. Pijus jeden, choć przecież wykształcony i ceniony w pracy. Gdy Adam go widzi, znów staje się przerażonym, maleńkim Adasiem. I wewnątrz płacze, bo wracają wspomnienia „cudownego” dzieciństwa między jednym ciągiem a drugim. Więc Adam od kilku lat stara się do rodzinnego domu nie zajeżdżać. Z matką spotyka się na mieście lub też zaprasza ją do siebie.

Że powinien ratować matkę przed ojcem tyranem? Właśnie nie musi, i nie powinien! Do trzydziestki ją ratował. Bez skutku. Tak jest ze współuzależnionymi: jeśli nie zechcą się leczyć, nic im nie pomoże... Zresztą, jak dowiedział się Adam od psychologa, to przecież matka powinna dziecko bronić... W okolicach trzydziestki było już bardzo, bardzo źle. Ten lęk, zupełnie nie wiadomo skąd przychodzący, irracjonalny, niszczy totalnie. Był lęk, był wielki ból i cierpienie. Adam na to mówił „smoła”. Były i myśli samobójcze... Na szczęście niewykonane. Więc psychiatra i leki. Pozwoliły stanąć choć trochę na nogi.
A po lekach przyszedł czas na terapię. Żeby wiedzieć, jak te lęki rozwiewać, żeby uczyć się normalnie reagować na stres, na ludzi i relacje. Jest trudno, czasem nawet bardzo. Ale powoli, powoli układa w całość rozsypane dzieciństwo. Może jeszcze parę lat, a Adaś, jako Adam, będzie potrafił normalnie wrócić do domu? Na razie Adam dziękuje Bogu, że... nie smakuje mu alkohol. Bo gdyby smakował...

Mariola. Czysta patologia

– Pani! Chce pani wiedzieć, jak to u mnie w rodzinie było? Czysta patologia, można powiedzieć. Totalne chlanie i ojca, i matki. A my, dzieciaki, to cudem chyba żeśmy przeżyły. Z głodu i chłodu... Nawet z siostrą spałyśmy ciągle w ubraniach. Gdyby w nocy trzeba było znów uciekać.

– To były inne czasy, lata pięćdziesiąte, jak byliśmy mali. Teraz to by nas do domu dziecka pewnie zaprowadziła pomoc społeczna... I może dobrze by było? Bo ja to jakoś doszłam do kultury, do porządku. Jestem krawcową, pracuję ciężko i jakoś sobie radzę. Dwoje dzieci chyba dobrze wychowałam. Ale ci moi bracia... Siostra niestety już nie żyje. Ale bracia? Ochlajtusy, jak i rodzice. Ale co im się dziwić? Nikt ich niczego lepszego nie nauczył.

– Więc ostatnio na Wigilię jadę tam, na wieś, do swoich. Bo swoi to jednak swoi. Wchodzę do domu brata, a tam... Przepraszam, że płaczę, ale widzę to samo jak i u mnie w domu było: ani choinki, ani opłatka. A na stole nic prócz chleba i zdechłej konserwy. Za to na środku stoi gorzała. Wielka butla. A brat i bratowa (taka sama pijaczka jak i on) siedzą i piją.

– Wściekłam się tak, że brat uciekł do drugiego pokoju. Zabrałam te jego biedne dzieci do samochodu, zawiozłam do siebie. Jeść dałam. One już właściwie dorosłe, mają po 18 i 19 lat. Ale płakały jak maleńkie. I mówiły: „Ciociu? Czy my kiedyś będziemy żyć normalnie, jak ludzie? To możliwe?”. Mówię im: „Możliwe, możliwe. Ale łatwo to wam nie będzie”.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Rozpocznij korzystanie

Reklama

Reklama

Reklama