Wszyscy jesteśmy mnichami

Kiedy mnich nie chce rozmawiać, zakłada kaptur na głowę. A my? Ani w pracy, ani w domu numer z kapturem nie przejdzie. Ale jest wyjście – można zaszyć się w Tyńcu.

Oprócz bijącego dzwonu, dociera tu tylko z lotniska w Balicach dźwięk rozdzierającego niebo samolotu. Jak w „Wielkiej ciszy” Gröninga. No, prawie, bo na dziedzińcu opactwa benedyktynów w Tyńcu ciągle ktoś się kręci. To rowerzyści, to turyści. Umawiają się na afrykańską kawę i szarlotkę z benedyktyńską bitą śmietaną. Delektują się widokiem leniwie ciągnącej się Wisły, lasów, pagórków. Klimat, na szczęście, w niczym nie przypomina mrocznej aury z powieści Umberta Eco „Imię Róży”. Dominuje tu światło, w powietrzu unosi się zapach ziół i spokoju. Czasem, pod osłoną czarnego habitu, któryś z opasanych skórzanym pasem benedyktynów przemknie dziedzińcem, uśmiechnie się do gości. – Monachos to żyjący pojedynczo, ale nie w izolacji. – tłumaczy o. Jan Paweł Konobrodzki. – Nie jesteśmy z zaświatów, choć chcemy się w nie wyrwać. Święty Benedykt pisał w Regule, by przyjmować gości jak Chrystusa.

Na wysoki połysk

Mnich, śnieżnobiały uśmiech, błękitne radosne oczy, prowadzi nas do szklanej windy. Na pierwszym piętrze otwiera ciężkie szklane drzwi do skryptorium. 15 osób pochyla się tu nad średniowiecznymi wzorami pisma, nanosząc rysikiem spoiwo przygotowane na bazie starej receptury: białko, miód, guma i pigment. – To forma terapii – przekonuje Barbara Bodziony, historyk sztuki, prowadząca warsztaty iluminatorstwa. Za trzy dni trzeba zapłacić 500 zł. Na drugie piętro pną się marmurowe schody. Wszystko w tonacji piasku, ściany z czerwonej cegły. Oświetlenie i wpadające przez półkoliste okna światło słoneczne pozwalają zachwycić się starymi kamieniami. Miejscami widać tynk z XVII wieku. Brakujące elementy uzupełnia beton i różowa fuga oraz zaprawa – mielona cegła i węgiel drzewny. Lewe skrzydło opactwa to tzw. Wielka Ruina. W 1830 r., po pożarze, klasztor w Tyńcu zawalił się i przez 123 lata nie było tu nikogo. Przed II wojną światową przyszli Polacy z Belgii, uformowani na mnichów, i zaczęli odbudowywać Tyniec. Jeszcze 18 lat temu hulał tu wiatr. Potem zadaszono i podbudowano stropy. Dzięki m.in. funduszom z Unii Europejskiej postawiono tu w dwa lata „perełkę”. Ale nie wszyscy bracia są zadowoleni z projektu przebudowy. Bali się i nowoczesności, i że ludzie komercję i zbyt im zarzucać będą.

W Wielkiej Ruinie i w starej części domu rekolekcyjnego jest miejsce dla 85 gości. Pokoje nie mają numerów, ale łacińskie imiona. Wszędzie surowość miesza się z elegancją. W pokojach stół, a na nim Reguła, Pismo Święte, łóżko i łazienka na wysoki połysk. Noc kosztuje tu od 80 do 299 zł, wyżywienie – 30 zł obiad i 15 kolacja. Cały rok dom jest pełen gości. Przyjeżdżają na warsztaty antydepresyjne, z o. Leonem Knabitem, dla małżeństw w kryzysie, na rekolekcje „Z pogranicza zaświatów”, medytacyjne. Te ostatnie prowadzi o. Jan Paweł. – Zawsze jest full – mówi benedyktyn. Na kolorowych poduszkach siadają na posadzce i delektują się milczeniem. Trudno się oprzeć wrażeniu, że to miejsce dla wybranych, a dla mnichów lukratywne przedsięwzięcie. – Faktycznie to raczej na kieszeń biznesmenów – tłumaczy o. Jan Paweł. – Ale gdzie dla nich jest miejsce, żeby się mogli pozbierać? Częstochowa? – tłumy, Licheń? – tłumy. Grupowe rekolekcje są na tzw. dzwonek. A my nikogo do niczego nie zmuszamy.

Tyniec to dobre miejsce dla tych, którzy są na bakier z Kościołem albo po dramatycznych przeżyciach chcą się pozbierać. W sali, gdzie niegdyś była biblioteka, teraz gęste rzędy krzeseł i fortepian. Kilka razy do roku są tu koncerty, wesela. Choć przy akompaniamencie chorałów i lampki wina, bo tańczyć mnisi nie pozwalają. Czasem zaszywa się tu opat, o. Bernard Sawicki. Improwizuje na fortepianie. Zyski z domu gości, wydawnictwa, konferecji idą na ogrzewanie budynków, utrzymanie zabytku. Dzięki produkcji i sprzedaży wyrobów – chleba, likierów, konfitur, serów, oliwy, ziół – mnisi dają pracę ponad 3 tysiącom osób. Resztę mnisi odkładają do wspólnej kasy. Jeśli któryś potrzebuje na bilet do Warszawy, prosi opata. I nie zawsze może pojechać.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Rozpocznij korzystanie