Ustawa widmo

Czy to możliwe, by ustawa uchwalona przez parlament i podpisana przez prezydenta nigdy nie weszła w życie? Zanosi się na to, że tak. Dla kogo solą w oku jest ustawa o zawodzie fizjoterapeuty?

Polscy fizjoterapeuci od ponad ćwierć wieku zabiegają o uchwalenie ustawy regulującej prawa rządzące ich zawodem. Kolejne projekty zawsze jednak przepadały na jakimś etapie prac parlamentarnych. Wreszcie w zeszłym roku udało się. 26 października 2015 r. prezydent Andrzej Duda ustawę podpisał. Ma ona wejść w życie 31 maja 2016 roku. Okazuje się, że nie jest to pewne. 9 lutego 2016 r. grupa posłów złożyła wniosek o przedłużenie aż do dwóch lat tzw. vacatio legis, czyli oczekiwania na wejście w życie ustawy. Posłowie argumentują, że w tym czasie przygotują nowelizację zmieniającą prawo, które jeszcze nie zaczęło funkcjonować. O co w tym chodzi?
 

Po co ta ustawa?

W Polsce jest około 70 tys. fizjoterapeutów. Pacjent, który chce skorzystać z ich usług, nie może mieć jednak pewności, że trafia we właściwe ręce. Ponieważ zawód fizjoterapeuty nie jest uregulowany prawnie, nie można zabronić otworzenia gabinetu fizjoterapii osobie, która ukończyła jakiś weekendowy kurs. Szacuje się, że takich oszustów działa w Polsce kilka, a może nawet kilkanaście tysięcy! Pół biedy, jeśli hochsztaplerzy tylko wyłudzają pieniądze od pacjentów. Gorzej, jeśli za bardzo uwierzą w swoje umiejętności i komuś zaszkodzą. Takie przypadki, niestety, zdarzają się. Poza tym z powodu braku uregulowań prawnych studia fizjoterapeutyczne prowadzi się wciąż w różnych prywatnych niewielkich szkołach. Ich absolwenci nie legitymują się tytułem magistra lub licencjata i mają niższe kwalifikacje, ale na rynku funkcjonują. Uchwalenie ustawy pozwoli na utworzenie samorządu fizjoterapeutów, który zweryfikuje uprawnienia ludzi wykonujących ten zawód. Hochsztaplerów będzie można wtedy ścigać, tak samo jak można ścigać kogoś, kto bezprawnie podaje się za lekarza. Ustawa ujednolica również sprawę wykształcenia fizjoterapeuty, nakładając na niego obowiązek ukończenia pełnych studiów magisterskich i zdania egzaminu państwowego.

Dlaczego zatem tak oczywistej regulacji nie udało się „przepchnąć” przez tyle lat? Okazuje się, że pomysły te torpedowała zawsze część… środowiska lekarskiego. Również obecnie Naczelna Rada Lekarska walczyła o utrącenie projektu. Lekarskiemu samorządowi nie podoba się pozbawienie lekarzy nadzoru nad fizjoterapeutami. Ustawa, nakładając na fizjoterapeutę odpowiedzialność za przebieg prowadzonej przez niego terapii, daje mu bowiem także samodzielność.

Zabiegi NRL okazały się jednak nieskuteczne, bo w samym środowisku lekarskim zdania na ten temat są podzielone. Były wiceminister zdrowia Igor Radziewicz-Winnicki, lekarz pediatra, komentował w Senacie: „Niemożliwe staje się dążenie do utrzymania XIX-wiecznej struktury i filozofii systemu opieki zdrowotnej, gdzie prym wiedli wyłącznie lekarze i jedynie lekarzom przyznawano kompetencje nadzorcze, kierownicze, koordynujące i kreujące proces leczenia. Nie ma żadnych podstaw, poza złą wolą, by nie dostrzec, że poszczególne zawody medyczne, w tym zawód fizjoterapeuty, wypracowały swoją odrębną tożsamość zawodową. Kompetencje znakomitej większości lekarzy w zakresie fizjoterapii są niższe niż magistrów fizjoterapii”.

– Tak naprawdę zdecydowana większość lekarzy popiera ustawę. Mamy zapewnione na piśmie poparcie wielu wybitnych lekarzy, w tym kilkunastu konsultantów krajowych. Nie mówiąc o poparciu społecznym, bo przecież pod projektem podpisało się 131 tys. osób, a także stowarzyszenia pacjentów – mówi Jacek Tuz, fizjoterapeuta, instruktor Międzynarodowego Instytutu McKenziego, działający również w Stowarzyszeniu Fizjoterapia Polska.

Spośród 70 tys. fizjoterapeutów około 100 ma tytuł profesora, ponad 2 tys. doktorat, a około 30 tys. ukończyło podyplomowe szkolenia zawodowe. Studia magisterskie z zakresu fizjoterapii trwają 5 lat. Jak to możliwe, że Naczelna Rada Lekarska kwestionuje kwalifikacje ludzi o takim przygotowaniu zawodowym? Ustawa przecież pozwoli wyeliminować z zawodu ludzi słabiej wykształconych. Obejmie też fizjoterapeutów obowiązkiem prowadzenia dokumentacji terapii i obciąży ich odpowiedzialnością za jej przebieg. Czy magister fizjoterapii potrzebuje w swej pracy nadzoru? Przecież współpraca fizjoterapeutów i lekarzy leży w interesie również tych pierwszych. Kiedy podejrzewają na przykład problemy reumatologiczne czy neurologiczne, wysyłają go do reumatologa lub naurologa, tak samo jak zrobiłby lekarz pierwszego kontaktu. Ale w stosunku do lekarzy nikt nie wnioskuje o nadzór. O co więc chodzi?
 

Rynek NFZ, czyli dodatkowe ogniwo

Jak sytuacja wygląda teraz w praktyce? Przyjrzyjmy się najpierw rynkowi usług refundowanych przez NFZ. Pacjent na przykład po udarze jest kierowany przez leczącego go lekarza na fizjoterapię. Odpowiednie zabiegi przepisuje jednak bardzo często nie on sam, tylko lekarz – specjalista rehabilitacji medycznej. W Polsce jest ich zaledwie około 1700. Oczekiwanie na wizytę u nich sięga nawet 10 miesięcy. Dopiero po takiej wizycie fizjoterapeuta dostaje zlecenie od lekarza i ma prawo zabrać się za rehabilitację pacjenta. Chory traci wiele miesięcy, podczas których jego stan z powodu zwłoki pogarsza się, nieraz nieodwracalnie.

Istotą sporu pomiędzy fizjoterapeutami i lekarzami jest to, że ci pierwsi chcą pominąć obowiązek korzystania z ogniwa pośredniego, czyli wizyty u lekarza rehabilitacji. Domagają się też, by o rodzaju podejmowanych zabiegów fizjoterapeutycznych mógł decydować fizjoterapeuta. Zdaniem fizjoterapeutów zlecenia od lekarzy są zwykle ogólnikowe i niewiele pomagają. Obrazowo tłumaczy to dr Zbigniew Wroński, krajowy konsultant w dziedzinie fizjoterapii. – Wyobraźmy sobie, że pacjenta boli biodro. Idzie do lekarza. Ten stawia diagnozę lekarską: zmiany zwyrodnieniowe stawu biodrowego i kieruje do fizjoterapeuty. Fizjoterapeuta dopiero wykonuje badanie funkcjonalne – bada, który kierunek ruchu jest ograniczony – zgięcie, wyprost, rotacja, przywiedzenie? Pyta, w jakich sytuacjach w ciągu dnia boli biodro itp. Możliwych zaburzeń funkcji jest dużo. Różni pacjenci ze zmianami zwyrodnieniowymi biodra mogą mieć różne objawy. Pacjenta może boleć, gdy zgina nogę, gdy dłużej stoi, może mieć tylko uczucie sztywności stawu lub może go budzić ból w nocy. Każdy z tych pacjentów, mimo że ma taką samą diagnozę lekarską, będzie miał inną diagnozę funkcjonalną, a co za tym idzie, skuteczna fizjoterapia będzie musiała wyglądać inaczej. Co więcej, każda zaobserwowana przez fizjoterapeutę podczas pracy z pacjentem konieczność zmiany terapii wymaga wysłania pacjenta do kolejnej konsultacji u lekarza rehabilitacji. To oznacza następne miesiące oczekiwania i kolejne pieniądze wydawane przez NFZ za poradę lekarską.

Uproszczenie drogi od lekarza specjalisty (kardiologa, onkologa, neurologa itd.) do fizjoterapeuty zakwestionowałoby jednak potrzebę istnienia osobnej specjalizacji lekarzy rehabilitacji – i w konsekwencji mogłoby spowodować, że NFZ nie refundowałby ich usług. Nic więc dziwnego, że Naczelna Rada Lekarska broni ich pozycji.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Rozpocznij korzystanie