Ważne warzenie

Czy procenty mają moc? Mogą mieć również pozytywną, Gdy praca przy nich wyzwala wiarę w siebie i poczucie dobrze spełnionego obowiązku.

Niepozorny budynek na trasie Puck–Władysławowo. Kolorowe graffiti z urechotanym piwoszem przełamuje szarość muru. Skromne biuro z jednej, hala produkcyjna z drugiej strony.

– Mówią, że przypadki rządzą trochę światem. Może i rządzą. A może wszystko musi być po coś – mówi filozoficznie pan Janusz Golisowicz, do niedawna, przez 16 lat, kierownik warsztatów terapii zajęciowej. Od półtora roku – browarnik. Społeczny.

W pierwszym w Polsce, a szóstym na świecie, browarze spółdzielczym, który zatrudnia dorosłe osoby z niepełnosprawnością umysłową, pracuje trzynastu mężczyzn. Warzą to piwo, które waży więcej: wraz z fermentacją i wzrostem procentów, wzrastają ich nadzieje, radości. I duma, że jest się ważnym.

Makatkom stanowcze nie

Jeszcze kilkanaście lat temu zatrudnienie dorosłych niepełnosprawnych intelektualnie osób nie było wyjątkowo skomplikowane. Obecnie coraz mniej jest chętnych pracodawców, by przyjmować ludzi z upośledzeniem umiarkowanym lub średnim. – Obserwowałem to wśród moich podopiecznych. W końcu nastąpił moment, że wszystko padło, a ludzie pozostawali bez pracy, na garnuszku rodziców i pomocy społecznej – mówi pan Janusz, przysiadając na obrotowym krześle, w biurze. Za chwilę i tak go zawołają na halę, bo robota wre, trzeba pilnować temperatury w jednym z kotłów. A chłopaki nie zawsze ogarną.

Potem było tak, że na jakimś spotkaniu, na jakimś wyjeździe studyjnym dotyczącym przedsiębiorstw społecznych pan Janusz poznał Agnieszkę Dejnę. Specjalistkę od tworzenia takich przedsiębiorstw. I przede wszystkim mamę trzech synów, z których dwóch młodszych – bliźniaków, miało porażenie mózgowe dziecięce.

– Gdy się urodzili Franek i Michał, lekarz „pocieszycielskim” tonem stwierdził, że przecież „takie dzieci” mogą w przyszłości szyć makatki lub lepić durnostojki. Dostałam piany. Zakwalifikowano moje dzieci od razu jako „gorszej kategorii”, bez szans na sensowny rozwój. Nie ze mną te numery.

Dziś ośmioletni synowie, dzięki pracy i rehabilitacji, są sprawni fizycznie. Intelektualnie dużo powyżej rówieśniczej normy. – Natomiast ja z większą energią i determinacją pracuję z tymi niepełnosprawnymi, w których ktoś kiedyś nie uwierzył. Moi chłopcy z browaru mają ponad dwadzieścia lat, a potrzebują prowadzenia niemal takiego jak małe dzieci.

Czasem jednak ktoś zapyta: ale dlaczego nie robić z nimi choćby tych makatek? I co złego jest w lepieniu garnuszków? – Ano to, że tego nikt nie potrzebuje. Jeśli ktoś kupi, to z litości. A moim chłopakom litość nie jest potrzebna. Potrzebna jest praca, płaca, sensownie zagospodarowany czas i dyscyplina. Bo często mają z tym problem, a muszą funkcjonować w społeczeństwie – tłumaczy energicznie pani Agnieszka, równie energicznie wkraczając do browaru. W kaloszach. Wody na podłodze sporo, któryś z chłopaków wielką szczotą zgarnia ją do ujścia.

A pani Agnieszka tłumaczy dalej: – Godność osoby niepełnosprawnej powinna wynikać z powierzenia jej sensownego zadania, konkretnej funkcji. Wiary w jej możliwości. Robienie makatek to często po prostu przechowalnia i zabawa w przedszkole dla dorosłych – pani Agnieszka jednocześnie sztorcuje któregoś z chłopaków. Bo stoi tak bez przydziału i gapi się w sufit.

Ancymony

Stanowczo praca z chłopakami do najprostszych nie należy.

Jeden do tego swojego upośledzenia w stopniu średnim ma w pakiecie i ADHD. No wulkan dziwnych zachowań i szalonych nieco pomysłów. Browarny ancymon.

– I jedynym na niego sposobem jest ciągła i prosta organizacja pracy. Jeśli jest w ruchu i może wykonywać różne techniczne prace, jest w swoim żywiole. I naprawdę dobrze sobie radzi.

Rzeczywiście. Ancymon dwoi się i troi. Coś tam przykręci, coś przyniesie. Łypie jednocześnie na panią Agnieszkę, czy dobrze działa. Dobrze.

– Niektórzy nasi chłopcy pochodzą z trudnych rodzin. Z tego wynika brak wiary w siebie, zahamowania, lęki. Nikt przez lata nie uczył ich systematyczności, dbania o siebie. Czasem mówią o nas, o mnie i o Januszu, że jesteśmy jak mama i tata. I tak chyba jest, bo po prostu traktujemy ich jak własne dzieci. A dzieci się kocha i od nich wymaga.

Sebastian, chyba ulubieniec. Polegać na nim można jak na Zawiszy. Wszystko umie, zorganizowany.

– I tylko sytuacja w domu ciężka. Jeśli pieniędzy nie przyniesie – może zobaczyć drzwi od drugiej strony. Jak zaczęliśmy działać, musieliśmy przewalczyć z większością rodzin, żeby chłopcy własne konta założyli. Żeby mieli chociaż częściowy dostęp do własnych, ciężko zarobionych pieniędzy. Jednocześnie trzeba chłopaków uczyć gospodarności i mądrego wydawania. Nikt wcześniej ich tego nie nauczył i efekt jest taki, że niektórzy mogliby w jeden dzień pensję roztrwonić.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Rozpocznij korzystanie