SkąD NAsz ród

Jestem potomkiem Czyngis-chana. A wy to tylko musicie udowodnić!

Takie mniej więcej słowa padły z ust jednego z petentów katowickiego Archiwum Archidiecezjalnego. Był to człowiek świetnie wykształcony, doktor nauk medycznych. Jego oczekiwania nie były całkiem nierealne, ale skierowane w niewłaściwą stronę.

Bo archiwiści nie bardzo mogli mu pomóc. Najstarsze na świecie księgi metrykalne pochodzą z XV-wiecznych Włoch. Najdawniejsza polska księga metrykalna (z krakowskiej parafii mariackiej) zaczyna się w 1548 r. Świeckie akta stanu cywilnego to wynalazek rewolucji francuskiej, a więc dużo późniejszy. Tymczasem słynny mongolski wódz zmarł w pierwszej połowie XIII wieku.

Jeśli nie historyk archiwista, to kto mógłby pomóc panu doktorowi? Genetyk.

Jak powszechnie wiadomo, kobiety mają parę chromosomów płci XX, a mężczyźni – XY. To znaczy, że ów Y przekazywany jest z ojca na syna. Trzeba by więc porównać kod genetyczny osoby zainteresowanej i Czyngis-chana. Z tym jednak jest problem, bo miejsce pochówku potencjalnego przodka jest nieznane. Są jedynie pewne przypuszczenia. Można więc próbować porównać kod DNA osoby współcześnie żyjącej z kodem ojca czy brata Czyngis-chana albo jego męskiego potomka w linii prostej, którego pochodzenie od historycznego władcy jest udowodnione. Oczywiście, i tu tkwi pewna pułapka, bo mogło się zdarzyć, że biologicznym ojcem osoby znajdującej się w łańcuchu pokoleń pomiędzy dwiema badanymi osobami mógł być ktoś zupełnie inny, niż wynika z dokumentów. Cóż, genealogia genetyczna weryfikuje zarówno oficjalne dokumenty, jak i rodzinne legendy.

Moje genetyczne nazwisko

Badania genetyczne służą także do analizy migracji na przestrzeni wielu wieków. Jest to możliwe dzięki temu, że chromosom Y dziedziczony jest z ojca na syna w formie niezmienionej. Ale nie zawsze. Czasem dochodzi do zmiany, czyli mutacji. Tak powstają haplogrupy, czyli społeczności osób pochodzących od jednego przodka. I tak na przykład mniej więcej połowa mieszkańców Polski należy do haplogrupy R1a. – Ja należę do haplogrupy J2, która pojawiła się na Bliskim Wschodzie pod koniec ostatniego zlodowacenia – mówi Damian Jureczko, prezes Górnośląskiego Towarzystwa Genealogicznego „Silius Radicum”. Kolejne, coraz głębsze badania wykazały, że pełniejszy zapis jego genetycznego „nazwiska” to: J2b2a1a1a1a1a3a1. Kolejne litery i liczby oznaczają coraz to późniejsze mutacje. Ostatnia – jak mówi – miała miejsce około IV wieku przed Chr. lub później.

Ta wiedza genetyczna w zestawieniu z wiedzą historyczną, mówiącą, że nazwiska odimienne (takie jak Jureczko) są charakterystyczne dla ludności zamieszkującej okolice Karpat, pozwala przypuszczać, że przodkowie pana Damiana po mieczu przywędrowali na Śląsk z Bliskiego Wschodu przez Bałkany. Trwało to wiele tysięcy lat. – W linii ojcowskiej jestem Ślązakiem z dziada pradziada. Moi przodkowie po mieczu zamieszkiwali Górny Śląsk już w I poł. XVII wieku. Badania genealogiczne innych linii (np. matczynej) dowiodły jednak, że miałem także przodków „za rzeką” (to znaczy w Zagłębiu Dąbrowskim) czy w Wielkopolsce. Niektóre linie moich przodków wywodzą się także od Niemców wyznania ewangelickiego (Arndt, Grundmann, Feist). To mnie uczy tolerancji, życzliwości wobec drugiego człowieka. Bo może jesteśmy ze sobą bardziej skoligaceni, niż się to wydaje – mówi Damian Jureczko. Kierowane przez niego stowarzyszenie prowadzi obecnie projekt „Silesia”, polegający na badaniu DNA mieszkańców Śląska (projektsilesia.pl).

Badają Piastów

Jak zauważył historyk polskiej szlachty dr Łukasz Lubicz-Łapiński, opisane wyżej możliwości genetyki służą nie tylko hobbystom, ale także zawodowym historykom. I tak na przykład zespół prof. Marka Figlarowicza, biologa molekularnego z Poznania, bada w ten sposób pierwszy polski ród królewski, czyli Piastów. Praca jest tym trudniejsza, że nie ma współcześnie żyjących potomków piastowskich. Za ostatniego męskiego przedstawiciela tej dynastii uchodzi Jerzy Wilhelm, książę legnicko-brzeski, który zmarł w 1675 r. Nieco później zmarła ostatnia Piastówna – Karolina, księżniczka legnicka (1707). Ponadto pewne pochówki piastowskie są nieliczne, a niektóre z nich – np. nekropolia w Brzegu – były plądrowane.

Dr Lubicz-Łapiński przyznaje, że nie słyszał o podobnych badaniach Jagiellonów. Wie, że analizowano ich linie boczne. Wykazano zbieżności, wskazujące, że rodziny te miały wspólnego przodka około XIII–XIV wieku, czyli mniej więcej wtedy, gdy żył protoplasta Jagiellonów, litewski książę Giedymin. W dodatku stwierdzone cechy DNA wskazują na pochodzenie z okolic Morza Bałtyckiego.

Prócz badań męskiego chromosomu Y wykonywane są także badania mitochondrialnego DNA dziedziczonego zasadniczo w linii żeńskiej. Te badania mają mniejsze znaczenie w genealogii.

Wykonuje się także tzw. badania autosomalne. Mają one wskazać prawdopodobieństwo wystąpienia jakiejś cechy uwarunkowanej genetycznie. Chodzi o cechy wyglądu, skłonność do jakiejś choroby czy reakcję na podanie określonego leku.

Czy warto się badać?

Prof. Ewa Bartnik, genetyk z Uniwersytetu Warszawskiego i Polskiej Akademii Nauk, jest sceptyczna wobec takich, zwykle komercyjnych, ofert. – Za kolor oka odpowiada nie jeden, ale 15 genów – mówi pani profesor. I dodaje, że jej syn pięknie łysieje w wieku 28 lat, choć cecha ta nie wystąpiła u żadnego z jego znanych przodków.

Z analizy może wyniknąć, że prawdopodobieństwo wystąpienia jakiejś choroby wynosi np. 20 proc. – Co to znaczy? Że zachoruję albo nie zachoruję. To niewiele – wzrusza ramionami prof. Bartnik. Dodaje, że chorób wywoływanych przez pojedynczy gen jest dwa, trzy, może cztery tysiące. Tak jest np. z pląsawicą Huntingtona. Dlatego warto badać swoje DNA pod kątem możliwości wystąpienia jakiejś choroby, ale tylko wtedy, gdy występuje ona u innych członków rodziny – uważa prof. Bartnik. Jej zdaniem oferty firm z tej dziedziny mogą być zwykłym naciąganiem klienta.

Podobnego zdania jest prof. Michał Milewski z Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie. Jego zdaniem niektóre propozycje komercyjne są wartościowe, inne – nie. Ale nawet jedna z dużych firm oferujących miarodajne testy genetyczne ma w USA problemy. Wolno jej tam reklamować swe usługi genealogiczne, ale już nie genetyczne. Wynika to z obowiązujących za oceanem ścisłych obwarowań prawnych dotyczących porad genetycznych. – W Polsce pod tym względem mamy wolnoamerykankę – przyznaje prof. Milewski.

Niestety, możliwe jest użycie informacji o kodzie genetycznym człowieka wbrew jego interesom. Załóżmy na przykład, że badania wykryją u jakiegoś człowieka gen odpowiadający za wspomnianą pląsawicę Huntingtona. Jeśli taka informacja trafi do towarzystwa ubezpieczeniowego, to najprawdopodobniej odmówi ono ubezpieczenia takiej osoby na życie. Bo zawarcie polisy oznaczać będzie dla firmy więcej strat niż zysków.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Rozpocznij korzystanie