Złoto na kamieniu

Gdzie złoto rodzi się na kamieniu? Wedle starej przepowiedni – w niewielkiej osadzie na ziemi sądeckiej. Przepowiednia to zrealizowana. Co więcej, w Kamiannej można spotkać współczesnego Midasa, który wszystko, czego dotknie, przemienia w... miód.

Osiem tysięcy lat temu prymitywna ręka narysowała na ścianie jaskini Cuevas de la Araña w Walencji kobietę wybierającą miód z dziupli z rojem pszczół. To prawdopodobnie pierwsza podobizna tych owadów wraz z nieodłącznym ich towarzyszem – człowiekiem. Czy autor rysunku zdawał sobie sprawę, że bartnik, czyli ktoś, kto z wysoko położonej dziupli wybiera miód, stanie się pszczelarzem – hodowcą i przyjacielem tych owadów? Zapewne nie. A już na pewno nie podejrzewał, że osiem tysięcy lat później naukowcy stwierdzą, że pszczoły mają zablokowany kod genetyczny i dlatego nie podlegają prawom ewolucji. I że pszczelarze będą mieli swój dom. W Kamiannej, czyli stolicy polskiego pszczelarstwa, jak czytam na stronie Polskiego Związku Pszczelarskiego. Królową tu jest miododajna pszczoła. Królowanie to trochę dziwne, bo pszczoły raczej służą. Nie tylko człowiekowi.

Bartnik w sutannie

Pszczelarstwo w Polsce silnie powiązane jest z nazwiskami... księży. Przykładów można by mnożyć dziesiątki, dość powiedzieć, że w lipcu tego roku w Hańsku po raz szesnasty odbył się Dzień Pszczelarza, a poświęcony był pamięci ks. Jana Dolinowskiego. To jeden z pierwszych w kraju i na świecie konstruktorów ula ramowego. Pszczelarzy w Polsce honoruje się między innymi medalem ks. dr. Jana Dzierżona, Górnoślązaka nazywanego ojcem współczesnego pszczelarstwa. Dom pszczelarza w Kamiannej należy do ośrodka noszącego imię ks. dr. Henryka Ostacha, który po święceniach kapłańskich rozpoczął pracę duszpasterską w Studziannej, ale marzył, aby osiąść w takim miejscu, w którym życie religijne i społeczne trzeba będzie budować od podstaw. Cel ten osiągnął 8 maja 1960 roku, kiedy otrzymał dekret kierujący go właśnie do Kamiannej. Tu wydzierżawił pasiekę, zdobył kwalifikacje mistrza pszczelarskiego i rozpoczął działalność edukacyjną oraz propagatorską, ucząc okolicznych mieszkańców sztuki pszczelarskiej. To dzięki jego zaangażowaniu w 1983 roku powstał Dom Pszczelarza.

Iskra Bożego ducha

Ośrodek w Kamiannej to kompleks budynków, które łączy jedno: pachną złociście. Czy to sklepik, czy kościół, czy galeria św. Ambrożego, czy pasieczysko. Na ścianie niewielkiego baru, w którym częstują kawą (kajam się przed wszystkimi, których dotąd nie rozumiałem, że słodzą ją miodem!), pamiątkowy dyplom. Tytuł: „Honorowy Ambasador Ziemi Łabowskiej. Pan Jacek Nowak”. Wchodzi ubrany w góralski strój, którego poszczególne elementy opisze później, nawiązując do obecnych w nim serca i krzyża. Erudyta, niezwykle mądry człowiek, który zajmuje się między innymi inseminacją pszczół, genetyką, pisaniem książek. – Cieszy się Pan z tych honorów? – pytam honorowego ambasadora ziemi łabowskiej.

– No pewnie – odpowiada z szelmowskim uśmiechem. – Ale trzeba na takie honory uważać, bo tam, w górze, przed sądem, to nie takie honory będą uznawane – dodaje. Już wiem, że rozmowa będzie dynamiczna. Zaczynam więc od końca: – No to jeśli chodzi o niebo... wierzy pan, że będą w nim pszczoły?

Pan Jacek waha się krótką chwilę, wszak rozmawia z „Gościem” w koloratce. – No pewnie! – odpowiada w końcu zdecydowanie.

– Mają duszę? – drążę temat. – Tego nie wiem. Ale ks. Jan Dzierżon powiedział kiedyś, że w pszczołach jest iskierka Bożego ducha – mówi.

Pod krzyżem bez Jana

Życie tych owadów jest fascynujące. I nie chodzi tylko o to, że pszczoły miewają ludzkie nawyki. Ani o to, że ich obyczaje mają w sobie jakiś pierwiastek moralności czy że istniały jeszcze przed dinozaurami. Słuchając opowieści doświadczonego pszczelarza z tytułami, idziemy do pobliskiego kościółka. Niewielki. Z wielką historią ludzi, którzy modlili się w nim, gdy jeszcze był cerkwią. Łemkowie, których dzieje i kultura fascynują naszego rozmówcę, musieli jednak opuścić Kamianną. Cerkiew pozostała. – Mieszkańcy, którzy tu później przywędrowali z Pienin i Gorców, stwierdzili, że im ta świątynia wystarczy. Teraz to kościół pod wezwaniem Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny, cerkiew nosiła wezwanie Świętych Kosmy i Damiana – opowiada pan Jacek. – W 1945 roku Łemkowie zabrali cały wystrój świątyni, w tym ikonostas i dzwon św. Mikołaja, który ważył 405 kilogramów, i wywieźli na Ukrainę. Katolicy wówczas chodzili do kościoła w Bereście. W 1960 roku, kiedy do Kamiannej przyszedł ks. Ostach, kościół zaczęto odnawiać – dodaje.

Wchodzimy do środka. Wszystko tu jakby miodowym światłem spowite i na pewno pachnące pszczołami. W ołtarzu Matka Boża ze św. Elżbietą. Nawiedzenie św. Elżbiety to dość częste wezwanie kościołów w górskich miejscowościach. Obok ewangelicznej sceny św. Ambroży. Z drugiej strony wizerunek Maryi nazywanej Królową Pasiek. – Widać na tym obrazie klimat wiosny i klimat słowiański – mówi Jacek Nowak. Matka Boża prawą ręką wskazuje na rodzinę pszczelą, a lewą daje nam to, co najlepsze, czyli plaster miodowy z ula. Nad ołtarzem napis: „Tyś kazał zapalać w przybytkach Twoich utworzone z pracy pszczół świece”. Nie wnikam, skąd pochodzi i kto jest jego autorem. Gdy mu się przypatruję, pan Jacek bierze do rąk okazały paschał, jeden z wytworzonych w jego pracowni. Wiele ich trafi do polskich parafii. Zapalone prosto od nowo poświęconego ognia i okadzone w Wigilię Paschalną usłyszą śpiew pochwalny na swoją cześć. Hymn, w którym pszczoła zostanie nazwana pracowitą.

Drewno to główny budulec wystroju kościoła w Kamiennej. Twórcą rzeźb był Jan Stefaniak, góral z Ochotnicy Dolnej. Ołtarz główny z dziewięćsiłami, stacje drogi krzyżowej... Jest w nich coś niesamowitego – w jedenastej stacji brakuje... św. Jana. Jest Chrystus na krzyżu, jest Matka Boża, czekająca zapewne na Jezusowy testament: „Oto syn twój”, ale... syna nie ma.

– Twórca chciał swojego patrona, św. Jana, wyrzeźbić jako ostatniego – tłumaczy Jacek Nowak. – Niestety, zmarł w 1985 roku. Tej figurki nie dokończył. Jego syn rzeźbi i ma podobną rękę, ale pamięć po panu Janie chcemy uszanować – tłumaczy. Słusznie – myślę, a i myślenie symboliczne mi się włącza, bo przecież każdy przychodzący do tej świątyni może dzięki temu wskoczyć mentalnie w miejsce brakującego świętego. I usłyszeć w duszy ten testament: „Oto Matka twoja”.

W bocznej nawie kościółka zafrasowany Jezus z drewna, otoczony cierniami. Kto by przypuszczał, że to figura, która zdobyła jedną z pierwszych nagród na wystawie rękodzieła ludowego w Paryżu. Z odsłoniętymi kolanami. – To charakterystyczne dla naszych Frasobliwych – wyjaśnia pan Jacek. – Nasze zawsze miały kolana odkryte. Łemkowskie odwrotnie – przykryte.

Nie pytały o śmierć

Wychodząc z kościoła, trudno oprzeć się wrażeniu, że wszystko, co w Kamiannej z miodem i światłem związane, ma w sobie rys jakiegoś dramatu. On tam po prostu wisi w powietrzu. Jest w historii tego słodkiego miejsca moment gorzki, łyżka dziegciu, a właściwie wiadro. Nieobcy był księdzu, którego imię nosi cała pasieka. – Ks. Henryk Ostach był doktorem nauk biblijnych. O Hiobie pisał – mówi Jacek Nowak. – I jak Hiob miał życie – dodaje. Coś w tym jest, myślę. „Dobro przyjęliśmy z ręki Boga, czemu zła przyjąć nie możemy?” Wspominamy biblijnego mędrca w dobrym momencie, mam się bowiem niebawem dowiedzieć o akcji, której ks. Ostach był inicjatorem. Ponad siedemset dzieci. Od czwartego do szesnastego roku życia. Z Mińska, Lwowa, Wilna... W ramach akcji „Dzieci Czarnobyla” w środku nocy 6 czerwca 1990 roku dotarły do Kamiannej, żeby odzyskać tu zdrowie. Sprawę opisała Izabela Pieczara w „Przekroju” rok później („Po życie do... ula”, „Przekrój” 23/1991). Jak stwierdziła, „odparzone, z licznymi śladami pasożytów na ciele” dzieci przybyły do Polski wycieńczone podróżą, ubrane w dresy, bez bielizny nawet. Ich opiekunka, jak wspomina Pieczara, po polsku powiedziała do nich, że na tej ziemi nie są wyrzutkami, gdyż jest to ziemia ich ojców. I faktycznie – jak troskliwa matka ziemia ta pomogła im odzyskać przynajmniej część zdrowia i rumieńców. Podobno przestały pytać: „Czy ja umrę, proszę księdza, bo moja koleżanka już umarła?”. Nie pytały o śmierć nawet te z nich, którym „zarastały oczy, bielały dziąsła i wypadały włosy”, dodaje dziennikarka. Kuracja miodem i propolisem z Kamiannej spowodowała wypłukanie u większości z nich śmiercionośnych pierwiastków. – Akcja trwała od roku 1987 do 1995. W szczytowej fazie dzieci było nawet dwadzieścia tysięcy – mówi Jacek Nowak. I dodaje: – Leczyli je lekarze z całej Polski. Mieszkały zarówno w tym ośrodku, jak i w naszych domach.

Przed domem św. Filipa zadaję sobie pytanie, czy ktokolwiek z dorosłych chciałby z ust dziecka usłyszeć pytanie: „Czy ja umrę, bo moja koleżanka już umarła?”. Nikt, z całą pewnością nikt. Przypatrujemy się domowi noszącemu imię założyciela oratorianów. Wielki, okazały, wspaniały. Miał być domem księży emerytów. Przypomina się mimowolnie jego patron – św. Filip Nereusz, który sierotom rzymskich ulic niósł pociechę i dobroć.

Janosik w mitrze

Młode pszczoły tłumnie oblegają jeden z uli. To ponoć ich pierwszy lot, taka młodzieżówka, jak ustalają nasi gospodarze. Faktycznie, wygląda to jak szkolny plac wypełniony tłumem dzieci, w którym każde ma sporo do... wybzyczenia. Uważając, by nie podpaść młodzieży, ustawiając się w polu wlotu do ula, ruszamy w kierunku kolejnych pomieszczeń. Zaglądamy do izby, w której produkuje się świece, w tym paschały. I do laboratorium, w którym dokonuje się inseminacji matek pszczelich, podobno o wiele bardziej koniecznej niż w przypadku innych gatunków. Mikroskop, metalowe narzędzia, dyskretne światło... poważna sprawa. Wszystko po to, by oddalić jak najbardziej stopień pokrewieństwa pomiędzy pszczelą matką i trutniem.

Przechodzimy do galerii św. Ambrożego, która swoje bogactwo zawdzięcza Józefowi Różańskiemu. Przez wiele lat zbierał on wizerunki świętego, które przekazał pasiece w Kamiannej. Czegóż w tej kolekcji nie ma... Ambroży z wielickiej soli i z Peru, malowany na szkle i na płótnie, w formie ikon i haftów... Nie sądzę, by świętemu kiedykolwiek do głowy przyszło, że kilka metrów od bzyczących rojów pszczelich znajdzie się izba z dziesiątkami jego podobizn. Ani to, że jedna z nich będzie... drewnianą figurą Janosika. Tyle że w mitrze.

Oglądamy te wszystkie ambrozjańskie wizerunki. Cisną się myśli o wielkości świętego. Odejść z tego świata po napisaniu traktatu o dobrej śmierci? Czemu nie... Zwłaszcza jeśli za życia przekonało się do Chrystusa późniejszego biskupa Hippony, św. Augustyna, a na biskupa zostało się wybranym jeszcze przed chrztem, i to za sprawą małego dziecka, które zawołało: „Ambroży biskupem!”. Myślę o tym okrzyku, o wahaniach przyszłego hierarchy, o pszczołach, które usiadły mu na ustach niebawem po narodzinach, i przyznaję mu rację: „Dobra mowa jest jak plaster miodu”. Krążą te słowa nade mną jak rój pszczół, unoszą się między mną i dziesiątkami wizerunków świętego. Dobra mowa jak plaster miodu. Tym bardziej rozumiem przypisywaną Einsteinowi (ale i paru innym wielkim tego świata) sentencję, że po wyginięciu pszczół wszyscy wyginiemy. Fizycznie – bo nie będzie pokarmu roślinnego. Ale i duchowo. Deficyt dobrej mowy ostatecznie musi doprowadzić do śmierci gatunek ludzki.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Rozpocznij korzystanie